"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

środa, 30 maja 2012

Filmowa niedziela, czyli kadry obrazem malowane- "Człowiek z Hawru".






Aki Kaurismaki przenosi swoich bohaterów z Finlandii, z zimowej scenerii do Francji, dokładnie do Normandii. Potrzebowałam chwilę, żeby się przyzwyczaić, do języka francuskiego. Jako, że nic  nie wiedziałam o filmie, to widok aktorów współpracujących od lat z reżyserem mówiących po francusku wprowadził mnie w lekkie zakłopotanie, czy aby na pewno mam do czynienia  z  oryginalną wersją filmu. Na pewno:)
Fabuła jest cudownie nieskomplikowana przez to nieodparcie urocza. Jest On, główny bohater- Marcel Marx (Wilms) i jest ona Arletta (Quinten) jego żona i są mieszkańcy miasteczka (bohater zbiorowy), jest i wredny sąsiad i dziwny przedstawiciel władzy (Darroussin). Codzienność mieszkańców toczy się po wytyczonych torach. Chętnie odwiedzanym miejscem jest bar, gdzie dla każdego znajdzie się miejsce, a szczególnie dla głównego bohatera, mały kieliszek wina, po całym dniu pracy (Marcel jest pucybutem), potem zakupy w jednym z małych sklepików, pogawędka z sąsiadką z piekarni. Niczym niezmącony spokój  nadmorskiego miasteczka,  portowej dzielnicy, od czasu do czasu słychać skrzeczącą mewę.
I w tą powtarzalność wkrada się nowy element układanki, element przestępczy dla władz, czyli czarnoskóry chłopiec, imigrant próbujący dostać się do Londynu i przez przypadek trafiający do Francji wraz z resztą przewożonych w kontenerze na statku uciekinierów. Od celu dzieliło ich tak niewiele. Oni zostają złapani i zapewne deportowani, a Idrissa (Blondin Miguel) ucieka i jak można się domyślić trafia pod opiekuńcze skrzydła Marcela. Dla niego zaopiekowanie się tym chłopcem jest tak oczywiste jak umycie rano zębów. Są sobie wzajemnie potrzebni, chłopak z oczywistych powodów, a Marcel dzięki niemu i nowym zadaniom do wykonania nie czuje się tak samotny w pustym domu. Żony tymczasowo nie ma, bo jest w wyniku choroby w szpitalu. Dotychczas ją ukrywała chcąc chronić swojego męża, bo jak mówi sam jest jeszcze jak duże dziecko. Mężczyzna nie do końca zdaje sobie sprawę ze stanu żony, może się więc ze względnym spokojem zająć chłopcem i zorganizować mu ucieczkę do Londynu , gdzie przebywa matka chłopca. A organizacja takiej wyprawy kosztuje go niemało wysiłku, determinacji i odwagi.
 Nie bójcie się, nie denerwujcie, że zdradzam fabułę, nie zdradzam, bowiem od samego początku widz wie, że w pomoc chłopakowi zaangażuje się nie tylko główny bohater, ale i całe miasteczko (nie bez perturbacji rzecz jasna), bo przecież inaczej być nie może.
Ten film to bajka i nie ma co się na to zżymać, bo bajka ta opowiedziana jest świetnie i nie zdradzę Wam jak się skończy, bo w bajkach przecież bywa różnie, nie wszystkie kończą się dobrze. A ta? Nie powiem hihi.
To specyficzne kino. Kino w konwencji, na którą dobrze jest się  zgodzić. To przepięknie sfilmowana bajka o dobrych ludziach, o solidarnie działających małych społecznościach, w których ludzie są blisko, są ze sobą naprawdę. Tak po prostu, bez fajerwerków, bo czasami więcej warte jest kilka przyjaznych gestów. Jakże dobrze się ogląda tą snującą  się w tempie ślimaczym  nastrojową opowieść. Przepiękne kolory i kadry. Każdy z nich można by przelać na płótno i powiesić na ścianie. Bardzo mocno kojarzyły mi się one z malarstwem Hoopera .
 Film jest utrzymany w nostalgii, jakby z innych czasów, dziwnie wyglądający policjant pije calvados i na nazwisko ma Monet. Nie wiem czy ma to jakieś znaczenie, czy to tylko przypadek, ale mi to pasuje:)

"Człowiek z Hawru"
Hooper

 Warto troszkę przymrużyć oko, bo temat poruszany w filmie trudny (sytuacja imigrantów) i wiadomo, że w życiu bywa mniej pięknie niż w filmie, więc my widzowie po prostu oglądajmy i niech nam będzie miło w towarzystwie filmowych postaci. Człowiek bez przeszłości (wcześniejszy film Kaurismakiego) uzyskał nową tożsamość i stał się Człowiekiem z Hawru:))
Jeśli więc masz chęć na nieśpieszną, specyficzną historie, nie poszukujesz skomplikowanej akcji i nagłych jej zaskakujących zwrotów i lubisz cieszyć oczy pięknymi zdjęciami, a uszy uroczymi dźwiękami, to jest to film dla Ciebie:) 

P.S w niedzielę obejrzałam jeszcze jeden film, ale jako że chcę aby już pojawił się nowy post, o tym drugim filmie napiszę (to znaczy dokończę) i umieszczę za niedługo:)

Buziaczki!

niedziela, 27 maja 2012

Przypominam-jutro 20.20:)

Zapominalskim przypominam o jutrzejszym premierowym Teatrze Telewizji:)

"Nex-ex" w reżyserii Juliusza Machulskiego w doborowej obsadzie!

link: Nex ex

Na Festiwalu Dwa Teatry Juliusz Machulski otrzymał nagrodę za oryginalny lub adaptowany polski tekst dramatyczny. Myślę, że panu Machulskiemu można zaufać:)

piątek, 25 maja 2012

Ten post musi być także samodzielny: "Ludzie ludziom zgotowali ten los"


Tak sobie pomyślałam jednak, że post dotyczący bytności naszej w dwóch ważnych miejscach w Muzeum Auschwitz i w Muzeum Birkenau musi znaleźć swoje oddzielne miejsce. Zasługuje na pojedynczy post. Tak więc zostanie ten wpis wspólny z koncertem Gabriela (bo to też wydaje mi się zasadne) i ten, który teraz zamieszczę, a który będzie kopią fragmentu "Dzień trzeci-poniedziałek". Tak to było...

"W poniedziałek udaliśmy się do Muzeum Auschwitz. Udało nam się ostatnim rzutem wejść bez przewodnika. Spędziliśmy tam 3 godziny. Niesamowite, że w ogóle nie czuliśmy zmęczenia. Czas tam w tamtym miejscu płynie inaczej. Nie bardzo wiem co mam więcej powiedzieć. Myślę, że żadne słowa tego nie wyrażą. Są zdjęcia zrobione nowym aparatem jak najdyskretniej. Ze zdjęć zrobione zostały dwa "filmiki". Zdjęcia nie są przerobione, tylko kolory zostały specjalnym programem podbite.

"Byłem tam jakieś dwa lata. Czas biegł tam inaczej niż tu na ziemi. Każdy ułamek sekundy biegł w innym cyklu czasowym. A mieszkańcy tej planety nie mieli imion. Nie mieli ani rodziców, ani dzieci. Nie ubierali się jak my tutaj. Nie urodzili się tam i nikt nikogo tam nie rodził. Nawet ich oddychanie regulowały prawa innego rodzaju. Ani nie żyli, ani nie umierali zgodnie z prawami tego świata. Zamiast imion mieli numery(...) Zostawili mnie, cały czas mnie zostawiali, zostawiali(...), przez niemal dwa lata mnie zostawiali, zawsze mnie zostawiali za sobą(...). Widzę ich, patrzą na mnie, widzę ich(...).

Jechiel Dinura-Kacetnik (fragment "Siódmy milion" Toma Segeva.

Wchodząc do Muzeum Auschwitz zaszliśmy do sklepiku gdzie książki sprzedawał przesympatyczny pan i opowiedział nam historię o mężczyźnie, który przyszedł do niego do sklepu po zwiedzeniu obozu. Opowiedział, że jak był w podstawówce na wycieczce w tym miejscu zachowywał się tak skandalicznie, że został wyproszony. Teraz już jako dorosły facet (wielki, z tatuażami) przyjechał ponownie. Na jednym ze zdjęć zobaczył żydowską dziewczynkę, która była łudząco podobna do jego córeczki. Tak to nim wstrząsnęło, że przepłakał na zapleczu sklepu dobrą godzinę. Deklarował także, że gdyby spotkał teraz tą przewodniczkę przepraszałby ją na kolanach za swoje karygodne zachowanie. I z tymi zdjęciami i z tą opowieścią Was pozostawiam.


Ze zdjęć (robionych jak najdyskretniej) został zrobiony filmik. Można go obejrzeć poprzez powiększenie, ale wtedy jest gorsza jakość zdjęć i można je obejrzeć na małym ekraniku z lepszą jakością.

Brzezinka video
Dźwięki do zdjęć: modlitwa za zmarłych (nie kadisz)

Oświęcim video
Muzyka w tle: Kadisz-Lamentacja Michał Lorenc

środa, 23 maja 2012

"Red Rain nieopodal największego cmentarzyska Europy, czyli o koncercie Petera Gabriela słów kilka i o odwiedzinach w piekle na ziemi.

DZIEŃ DRUGI-NIEDZIELA (DRUGA POŁOWA)

Nadszedł czas na dalszy ciąg opowieści. W pierwszej części byliśmy w Krakowie, a w drugiej odwiedzimy miasto Oświęcim. Post ten składał się będzie z dwóch podczęści. Są one do siebie z pozoru nieprzystające, jak czarne i białe się różniące, jak życie i śmierć. 
Pierwsza podczęść to wspomnienie koncertu Petera Gabriela na Life Festival Oświęcim, druga dotyczyć będzie pobytu na największym cmentarzu Europy bez ani jednego nagrobka, czyli w Muzeum w Auschwitz i Muzeum Birkenau. Z jednej strony życie, radość, muzyka z drugiej śmierć, zagłada niewyobrażalne okropności. Myślałam najpierw, że nie wypada łączyć tych dwóch wpisów, ale myślę sobie, że właśnie nie. Przekornie zostaną umieszczone wspólnie ze wspomnieniem koncertu.
Nie bez powodu jednak Life (życie!) Festival odbywa się właśnie w takim a nie innym mieście. Główną  bowiem ideą festiwalu jest budowanie pokojowych relacji ponad granicami kulturowymi i państwowymi oraz walka z rasizmem i antysemityzmem. I wydaje się, że festiwal promujący takie właśnie idee nie może się odbywać w żadnym innym mieście. Zestawienie przesłania festiwalu i miejsca ma tym większą moc im bardziej sobie uświadamiamy na jakiej ziemi stoimy. No ale od początku:)

Poprzedni post kończył się słowami cyt. "okolice Oświęcimia przywitały nas deszczem, a sam Oświęcim..."
...a sam Oświęcim przywitał nas na szczęście nie deszczem, ale za to jeszcze niższą temperaturą i mocnym wiatrem. Na regenerację sił mieliśmy niezbyt wiele czasu. W planie miałam wizytę w jakimś dużym markecie. Zakupić rajty i czapkę jakąś chciałam. Internet w telefonie znów odmówił współpracy i w końcu nie dowiedzieliśmy się czy w tym mieście w niedziele funkcjonuje sklep, w którym mogłabym zakupić potrzebne do ogrzania mi rzeczy. W rezultacie wyszłam w spodniach od piżamy pod jeansami:)) Wiele cieplej mi specjalnie nie było, ale zawsze coś. Udało się nam zaparkować naszą fordziczkę blisko stadionu i kilka minut później mój mąż był cofany na wejściu z aparatem. No ja mówiłam, że tym sprzętem to go nikt wpuści, ale on się zaparł, że jakoś przemyci (!!!). Dobrze, że przynajmniej nie wziął ze sobą statywu!:) Tak więc ja weszłam a małżonek odbył sobie przechadzkę spowrotem do auta. Piechur mój kochany:) Takie same aparaty wisiały na szyjach nielicznych panów z prasy legitymujących się stosownym identyfikatorem z napisem press. A mój mąż chciał przemycić. Fantasta:)

Ja się cieszę, że z nim nie poszłam, bowiem na scenie już grali panowie (przesympatyczni) z Atwerp Gibsy Orkestra jakże oni grali wyśmienicie! Nogi same tańczyły, ciało samo się gibało do rytmu. Wybuchowa mieszanka dźwięków bałkańskich, klezmerskich z domieszką ska. Uwielbiam takie perełki muzyczne. No i oni na tej scenie się tak fajnie bawili!

Antwerp Gibsy Orkestra

 Szkoda, że tak wczesna pora to była, bo i ludzi jeszcze niezbyt dużo i jasność psuła nieco klimat wydarzenia. Po chłopcach na scenę wkroczył zespół Kroke. Zostali zaproszeni przez samego Gabriela (potem się okazało, że panowie się znają od lat, a Kroke nagrało kilka numerów w studio Petera) Po jakimś czasie do chłopaków na scenie dołączyła Anna Maria Jopek w czerni w wielkim kapeluszu wspaniale wpisywała się w aurę koncertu i miejsca. Tak to był pierwszy magiczny moment jak słuchając jej głosu, dźwięku interumentów uświadomiłam sobie gdzie ja jestem. Ogólnie to Kroke nie zrobiło na mnie aż tak dużego wrażenia ,dopiero po połączeniu muzyki i miejsca serce zabiło mi mocniej. 

Tu akurat bez Anny Marii Jopek. Nie ma w sieci żadnego fragmentu z jej udziałem.

Po koncercie Kroke nastąpiła przerwa. Było tak zimno i wilgotno, że czas oczekiwania nie był najprzyjemniejszy. Organizatorom i zapewne samemu artyście zależało na tym, by zapadły ciemności. I słusznie bo zaraz obok muzyki najważniejszym elementem muzycznego przedstawienia były wizualizację. Na początek jedną piosenkę zaśpiewała pani występująca z Gabrielem na scenie, potem pojawił się sam on, oraz inni muzycy. A nie było ich mało moi drodzy, bo aż 80 ludzi na scenie wystąpiło razem z Mistrzem. Caaała orkiestra symfoniczna New Blood Orchestra. 
Już wspominałam o pierwszym magicznym momencie kiedy uświadomiłam sobie gdzie jestem, drugi magiczny moment nastąpił chwilę potem kiedy Gabriel przed zaśpiewaniem "Father, Son" zadedykował piosenkę swojemu tacie, który dwa tygodnie wcześniej obchodził swoje setne urodzinki. To już było wzruszające, ale jak usłyszałam głos tłumaczący to co przed chwilą powiedział Peter rozpłynełam się ze wzruszenia. A usłyszałam głos PIOTRA KACZKOWSKIEGO, który został zaproszony do tego zadania przez artystę. Miód na moje serce!! Chwilę później publiczność zaśpiewała tacie Gabriela "Sto lat", które ponoć zamieniło się potem w 200 lat (nie wiem ja tego nie słyszałam)

Peter dedykuje utwór swojemu tacie, słychać głos Kaczkowskiego, publiczność śpiewa Sto lat:)

 Niektórzy recenzenci się czepiali, że to było nie na miejscu, ale ja nie widzę nic w tym strasznego, wydaje mi się to raczej urocze. Ja osobiście swoje Sto lat dedykowałam naszemu polskiemu Piotrusiowi:) 
Przez cały koncert było zimno i wilgotno, zbierało się na deszcz, ale nie padało. Niebo czekało na moment odpowiedni, niebo czekało na Red Rain. Przy pierwszych dźwiękach zaczęło padać. Wraz z końcem utworu deszcz ustał. Poważnie!


 "Red Rain" tutaj troszkę się Peterowi zgubił głos, ale chwilę potem zniknął za kulisami i już dalej śpiewał, że hej:)

 I to była trzecia magiczna chwila koncertu Petera Gabriela. Nie mogło zabraknąć dwóch utworów chyba najbardziej kojarzonych z artystą. Biko oraz Don't give up. Także zespół Kroke zostało zaproszone na scenę by wykonać wspólnie "In your Eyes".

"Biko" tu słychać więcej Kaczkowskiego (no sami powiedzcie, że gardło ściska wzruszenie) doczekajcie do końca.

 To nie był taki zwyczajny koncert nazwałabym to raczej wydarzeniem multimedialnym. Bardzo duże wrażenie zrobiły na mnie perfekcyjnie zgrane w czasie, z nastrojem, tempem wizualizację. Żal, że nie można było robić zdjęć.

Reasumując bardzo mi się podobał koncert, jakkolwiek to infantylnie brzmi, zrobił na mnie wrażenie, ale jednak czegoś mi brakowało. To moje subiektywne wrażenie (tylko i wyłącznie), bo przecież to, że na koncercie z orkiestrą symfoniczną wyczekuje  jednak mocnego uderzenia, rockowego Gabrielowego kopnięcia jest czymś irracjonalnym wręcz. Dla mnie było za cicho. Chciałam poczuć dźwięk w ciele, chciałam poczuć wibracje. Raz poczułam przy Solsbury Hill i przy bum bum bum. 

bum bum bum:)

 Tego się nie da połączyć, bo muzyka symfoniczna żeby było słychać te cudowne dźwięki musi być wyważona. I tak właśnie było. Koncert był idealnie nagłośniony, a że dla mnie było za cicho to już mój problem:) Ja już wiem, po obejrzeniu filmów na youtube już wiem, że następnym razem zapłacę nawet 100zł więcej i będę najbliżej sceny jak się tylko da. Tam jest prawdziwy koncert, tam czuć każdy dźwięk, tam jest interakcja z publicznością. To nie koncert był za cichy tylko ja za daleko. Wcześniej byłam bliżej, ale było tak zimno w tej przerwie przed Gabrielem, że musiałam opuścić moje stanowisko i udać się na herbatę i ciepłą kanapkę. Potem już nie miałam siły się przedzierać przez tłum, bo ja w zasadzie źle się czuje w tłumie.
Pozostał lekki niedosyt po koncercie, tak szybko zleciało. 

p.s korzystałam uprzejmości youtuba. Ja nie miałam czym nagrywać:)

Miałam ambicję opisać dokładanie przebieg koncertu włącznie z tym co Gabriel mówił (a odnosił się do sytuacji na świecie w powiązaniu do historii miejsca festiwalu), wtedy wykazałabym się profesjonalizem, ale jako, że mnie wszelkie wycieczki ideologiczne (nie odbierając im słuszności i dając do tego prawo) słabo kręcą, wręcz jestem na nie głucha nie będę o tym wspominać. Odsyłam na stronę, na której przedstawiona jest set lista Piękny świat Petera Gabriela.


DZIEŃ TRZECI-PONIEDZIAŁEK

W poniedziałek udaliśmy się do Muzeum Auschwitz. Udało nam się ostatnim rzutem wejść bez przewodnika. Spędziliśmy tam 3 godziny. Niesamowite, że w ogóle nie czuliśmy zmęczenia. Czas tam w tamtym miejscu płynie inaczej. Nie bardzo wiem co mam więcej powiedzieć. Myślę, że żadne słowa tego nie wyrażą. Są zdjęcia zrobione nowym aparatem jak najdyskretniej. Ze zdjęć zrobione zostały dwa "filmiki". Zdjęcia nie są przerobione, tylko kolory zostały specjalnym programem podbite.

"Byłem tam jakieś dwa lata. Czas biegł tam inaczej niż tu na ziemi. Każdy ułamek sekundy biegł w innym cyklu czasowym. A mieszkańcy tej planety nie mieli imion. Nie mieli ani rodziców, ani dzieci. Nie ubierali się jak my tutaj. Nie urodzili się tam i nikt nikogo tam nie rodził. Nawet ich oddychanie regulowały prawa innego rodzaju. Ani nie żyli, ani nie umierali zgodnie z prawami tego świata. Zamiast imion mieli numery(...) Zostawili mnie, cały czas mnie zostawiali, zostawiali(...), przez niemal dwa lata mnie zostawiali, zawsze mnie zostawiali za sobą(...). Widzę ich, patrzą na mnie, widzę ich(...).
Jechiel Dinura-Kacetnik (fragment "Siódmy milion" Toma Segeva.

Muzeum Auschwitz (Oświęcim)


video
muzyka w tle: "Kadisz. Lamentacja" Michał Lorenc

Następnie udaliśmy się do Brzezinki gdzie spędziliśmy kolejne 2 godziny. Wiał wiatr, wiatr historii. 

Muzeum Birkenau (Brzezinka)

video
tło dźwiękowe: modlitwa  zmarłych (nie Kadisz. Kadisz nie jest modlitwą za zmarłych)

P.S Filmik można obejrzeć na pełnym ekranie. Wtedy jest troszkę gorsza jakość zdjęć. Na małym zdjęcia są wyraziste, ale małe.


I na zakończenie:

Wchodząc do Muzeum Auschwitz zaszliśmy do sklepiku gdzie książki sprzedawał przesympatyczny pan i opowiedział nam historię o mężczyźnie, który przyszedł do niego do sklepu po zwiedzeniu obozu. Opowiedział, że jak był w podstawówce na wycieczce w  tym miejscu zachowywał się tak skandalicznie, że został wyproszony. Teraz już jako dorosły facet (wielki, z tatuażami) przyjechał ponownie. Na jednym ze zdjęć zobaczył żydowską dziewczynkę, która była łudząco podobna do jego córeczki. Tak to nim wstrząsnęło, że przepłakał na zapleczu sklepu dobrą godzinę. Deklarował także, że gdyby spotkał teraz tą przewodniczkę przepraszałby ją na kolanach za swoje karygodne zachowanie. I z tymi zdjęciami i z tą opowieścią Was pozostawiam.


poniedziałek, 21 maja 2012

XII Festiwal Teatru Polskiego Radia i Teatru Telewizji Polskiej "Dwa Teatry" Sopot 2012


Dziś zakończył się XII Festiwal Teatru Polskiego Radia i Teatru Telewizji Polskiej "Dwa Teatry" Sopot 2012. W tej oto chwili na Tvp Kultura trwa transmisja na żywo:) Cieszy mnie to, że podobnie jak w zeszłym roku dane jest mi oglądanie gali w całości.




Galę prowadzili Agnieszka Szydłowska (radiowa Trójka i Tvp Kultura), oraz Maciej Orłoś (telewizyjna Jedynka) szło im to sprawnie i szybko, ale zeszłorocznej mistrzowskiej pary w postaci Andrzeja Poniedzielskiego i Artura Andrusa nie byli w stanie pobić nawet w najmniejszym procenciku. Gala 2011 była perełką po prostu. To z czym mieliśmy w tym roku do czynienia jest zaledwie poprawne. Był jakiś pomysł, jakaś konwencja, że niby nic nie jest ustalone i reżyser może wymyślić na poczekaniu jakieś różne zadania do wykonania, ale nie kleiło mi się to jakoś specjalnie. I nie wiem czy mi się wydawało, ale publika miała takie jakieś takie niekoniecznie zadowolone miny. W zeszłym roku sala pokładała się ze śmiechu. Jako, że transmisja była na żywo prowadzącym zależało na tym by się zmieścić w czasie, więc od samego początku nacisk kładziony był na to by laureaci streszczali się w podziękowaniach. Na początku zrobiło się trochę nieprzyjemnie, potem na szczęście sami nagrodzeni zaczęli to ogrywać. Wojciech Pszoniak żeby było szybciej posiłkował się w podziękowaniach samą słowa dziękuje końcówką, a Juliusz Machulski przystępując do podziękowań rzekł: będę mówić szybko, ale długo" hihi. Jasnym światełkiem była Aga Zaryan, która uświetniła swą obecnością i głosem galę. Nie nie było źle, ale dobrze też nie było. Niby śmiesznie a sztywno. Nie wiem.
 Na ale przejdźmy do meritum. Rozpoczniemy od najważniejszych nagród, od końca kolejności ich wręczenia.

GRAND PRIX

spektakl Teatru Tv: "Getsemani" 
dla reżysera- Łukasza. Wylężałka
scenografowie- ś.p Adam. Przybył i jego córka Agaty Przybył
aktora- Mariusza Bonaszewskiego



słuchowisko: "Hamlet"
dla reżysera- Waldemara Modestowicza
aktor- Marcin Hycnar
muzyka-Jacek Brzoska

NAJLEPSZA REŻYSERIA

spektakl Teatru Tv: Łukasz Wylężałek za spektakl 
"Najweselszy człowiek" 



słuchowisko: ex aquo Anna Wieczur-Bluszcz za "Mizantrop"
D.Błaszczyk za "Zegar bije"

NAJLEPSZE ROLA ŻEŃSKA

spektakl Teatru Tv: ex aquo Teresa Budzisz-Krzyżanowska i Agnieszka Grochowska za spektakl "Recz o banalnej miłości" reż: Feliks Falk



słuchowisko: Ewa Konstancja Bułhak za "Obłomow" reż: Agnieszka Lipiec-Wróblewska

NAJLEPSZA ROLA MĘSKA

spektakl Teatru Tv: ex aquo Piotr Fronczewski i Wojciech Pszoniak za spektakl "Skarpetki, Opus 124" reż: Maciej Englert



słuchowisko: Przemysław Bluszcz za spektakl "Mizantrop" reż: Anna Wieczur-Bluszcz

ORYGINALNY POLSKI WSPÓŁCZESNY TEKST DRAMATYCZNY LUB ADAPTOWANY

Juliusz Machulski za spektakl "Nex- Ex"



ZDJĘCIA

W.Todorow "Najweselszy człowiek"

SPECJALNE NAGRODY

IM. ZALESKIEGO

powędrowała do Feliksa Falka



W sobotę wieczorem wręczono dwie specjalne nagrody za całokształt twórczości

JERZEMU STUHROWI i ANNIE SENIUK:)



Po raz pierwszy oddano także głos publiczności, która spośród 10 dotychczas nagrodzonych nagrodą Grand Prix spektakli Teatru Tv mogła wybrać ten NAJLEPSZY Z NAJLEPSZYCH:

najwięcej głosów zebrał "Kontrym"




O tym Festiwalu pisałam także w zeszłym roku:


W poście tym przedstawiam wszystkich Grand Prix od początku istnienia Festiwalu. 
Wy jaki tytuł typujecie? ja nie wiem. Chyba nie wybrałabym Kontryma choć to świetny teatr jest. Może "Kuracja" może "Czwarta siostra". Te spektakle mi najbardziej zapadły w pamięć. Widziałam je nie raz i za każdym razem są świetne. Pamiętam tez, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie "Łucja i jej dzieci" z Izą Kuną w czasach kiedy jeszcze nie grała w szmirach kinowych.


piątek, 18 maja 2012

O tym jak to nam było w mieście Kraka. Opowieści część pierwsza:)

I ani się człek nie obejrzał a minął tydzień od naszego mini wyjazdu do Krakowa, a docelowo na koncert P. Gabriela do miasta Oświęcim. Przez tyle dni się nie odzywałam, bo zwyczajnie się nie mogłam pozbierać po tym krótkim, zbyt krótkim wypadzie. Bo co to jest 2,5 dnia na tak daleki i tak gęsty w zaplanowane wydarzenia, zwiedzania, spotkania wyjazd? To jest moi kochani tyle co mignięcie. I jam zwyczajnie nie jestem w posiadaniu tej cudownej umiejętności cieszenia się chwilą, bo cały czas z tyłu głowy siedzi świadomość, że zaraz trzeba wracać. To, że wyjechaliśmy, że jesteśmy gdzieś indziej poczuliśmy w dniu powrotu dopiero. Wcześniej byliśmy jeszcze troszkę mentalnie w drodze, tą drogą zwyczajnie zmęczeni aż tu znów trzeba było wsiąść do auta i wracać. Za krótko, za szybko, zbyt intensywnie by się rozsmakować. Wcześniej jak się zdarzał jakiś wyjazd, to z racji specyfiki pracy (tej poprzedniej, zmianowej) tak się mi udawało zakręcić z grafikiem, tak mocno pracować wcześniej, że później mogłam sobie wykroić bez problemu taką śliczną, kilkudniową dziurę w grafiku, bez konieczności brania urlopu nawet. To było absolutnie fantastyczne!
No, ale teraz nie ma już takiej możliwości i należy się cieszyć, że mogliśmy pojechać, że dało radę wykraść jeszcze ten wolny poniedziałek, i że co najważniejsze stać nas było na taką fanaberię jak wyjazd na koncert, na kupno dwóch biletów, na trzy noclegi w hostelach, na podróż autem bardzo łakomym w dodatku. Ach gdyby nie nasza skarpeta z topniejącymi sukcesywnie pieniążkami nie byłoby nas stać na taki wypad, z naszych bieżących wypłat. No wiecie rozumiecie, nie ma takiej opcji!:))
Uff dość moi drodzy, do rzeczy przechodzę!

Dzień pierwszy- PIĄTKO-SOBOTA

Co żem robiła w tej oto chwili (15.25-pisane w pracy) tydzień temu w piątek? Ano już byłam po pracy i wydawałam pieniądze w second handzie (efekty szperania pokaże przy innej okazji), następnie udałam się do domu, gdzie zła na męża jak osa (od kilku dni) czekałam momentu aż łaskawie wróci z pracy i będziemy mogli wyruszyć. Rzecz jasna nie zadbał o to wcześniej i nie załatwił zastępstwa i wtedy kiedy ja już od 16 byłam wolna, on dopiero rozpoczynał zajęcia w drugiej (doraźnej) pracy. I rzecz jasna jego fantazję, że może jednak uda się wyjść wcześniej pozostały w świecie fantazji i małżon wrócił z pracy w planowym czasie, ani minuty wcześniej o 20.30! znaczy się. Wtedy to od jakiegoś czasu nad miastem przechodziła nawałnica z deszczem i z wielkim burzyskiem. W momencie, w którym już moglibyśmy być w aucie burza wisiała niemlaże nad naszym blokiem. No ja przecież nie wyjdę z domu, dopóki ona (ta burza) przynajmniej nie przeniesie się nad blok sąsiedni! 

W końcu wyruszamy jest około godziny 21. Przed nami 400km do pokonania. Pogoda wybitnie nie sprzyjająca (ulewa, ulewa, ulewa i burze, burze, burze-czuliśmy się jak łowcy burz). Kierowców na pokładzie fordzicy sztuk jeden, w dodatku ów kierowca zamiast rano spać, bo przecież wziął w tym celu urlop we właściwej pracy otworzył swe słodkie oczęta mało tego, że raniutko, to jeszcze nawet godzinę wcześniej niż zwykle kiedy wstaje do pracy. Tak więc była to godzina szósta zero zero! 
W okolicy północy zazwyczaj do mojego męża przybywa tzw. pociąg na spanie i zrobiło się w podróży lekko stresująco, bo już słyszeliśmy za plecami gwizd lokomotywy! Na szczeście jakoś z przerwami na kawy (liczne), na bieganie dookoła auta ładnie w ciągu 6 godzin dojechaliśmy do Grodu Kraka. Była to godzina 2.30 moi drodzy. 

Zanim się w hostelu Honey hostel na krakowskim Kazimierzu rozlokowaliśmy i złożyliśmy swe obolałe odwłoki zrobiła się czwarta rano. Przed samym zaśnięciem usłyszałam pod oknem głosy przemawiające w  języku chińskim (albo japońskim, albo wietnamskim jakiś skośnooki język był to w każdym bądź razie ) i wierzcie mi chwilkę czasu mi zajęło uświadomienie sobie, że oto leże w łóżku w pokoju w krakowskim hostelu, przy zdaję się jakimś głównym skrzyżowaniu i głosy przemawiające w  języku chińskim tutaj pod oknami nie są niczym niezwykłym. Ale nad ranem, w totalnym zmęczeniu przeraziłam się, że słyszę głosy. W dodatku słyszę głosy, których ni cholery nie rozumiem! Niedobrze:) Równie dobrze mogłabym się znaleźć na Marsie:)
O tym, że faktycznie hostel (który szczerze polecam) znajduje się przy dużym skrzyżowaniu przekonaliśmy się całe 4h poźniej, dodatkowym "atutem" okazał się przystanek tramwajowy pod oknem. Nie, nie była to spokojna, oplatająca podróżnego ciszą okolica:)
 Oczęta nam się otowrzyły i nijak nie chciały się zamknąć ponownie. Więc zwlekliśmy się z łoża (boleści niewyspania), zjedliśmy śniadanie (takie sobie, ale w cenie) i udaliśmy się na łajzy. Po dwóch godzinach ładnej pogody i słońca nadciągneła pierwsza chmura- zwiadowca. Stwierdziła: o są turyści i zwołała resztę chmur, które w szybkim tempie przykryły caaałe niebo. A z chmur tych spadł deszcz, a zewsząd wiał okrutny wiatr! Wymuszona to była przerwa w łazikowaniu.

Kazimierz w bocznej uliczce wygląda tak, że na balkonach rosną krzewy:)



W drodze na ulicę Szeroką...

 Przeszło na trochę, akurat zdążyliśmy zjeść honorową zapiekankę na Kazimierzu, chwilę się pokręcić, zjeść pyszną gulaszową i wrócić przemarznięci do szpiku kości do hostelu aż spadł kolejny deszcz, który w radosne urwanie chmury się zamienił. I tak sobie ten deszcz trwał i trwał...a ja drzemałam, bo cóż innego mi pozostało. Tym sposobem zrobiło się popołudnie, deszcz ustał, wiatr niekoniecznie, temperatura spadła o jeszcze kilka stopni, w sam raz na to żeby wdziać na siebie wszystkie ciuchy (nie myślcie sobie, że nie byliśmy przygotowani!. Byliśmy i owszem,ale nie na aż taką diametralną zmianę pogody!) i udać się na Wawel i na Rynek. Fajnie, fajnie, ale najprzyjemniejszym punktem programu była jednak wizyta w krakowskim Dedalusie na Grodzkiej, gdzie było cieplutko, skąd wyszłam z dwoma, ważącymi nie mało książkowymi łupami.

"Warszawa ballada o okaleczonym mieście."

pięknie wydane, albumowe, ciężkie, że niech mnie!


 Telepało mnie podwójnie kiedy patrzyłam na tych zupełnie nieprzygotowanych turystów, którzy śmigali (skuleni) w krótkich spodenkach i sandałkach. Rany!! Nie mam nic przeciwko deszczowi, byłam na niego przygotowana, ale jeśli jest zimno i wietrznie to taki zestaw jest nie do przeskoczenia. Niestety:( Do tego był dylemat. Ubrać cieplejszy nieco płaszczyk dłuższy do kolana i wtedy już nie da się w razie deszczu założyć takiego kubraczka przeciw deszczowego, bo płaszczyk by kretyńsko wystawał, albo ubrać nieco lżejszy płaszczyk, ale taki krótki, który pięknie chował się pod kubraczkiem (patrz zdjęcie). Ciepło kontra sucho. Ot i proszę!:)


Oto ja-jedno oko w okularze mam bardziej...hihi i robię dziubek:)

Wymeczeni, przemarznięci wróciliśmy do hostelu. Musieliśmy zebrać siły na wieczorne (późno wieczorne) spotkanie z moją krakowską koleżanką. Było miło, uroczo i zapiekankowo. Po północy z błogością zamknęłam oczęta i zapadłam w głęboki sen:) AAAA kotki dwa...

Dzień drugi (właściwie pół dnia) NIEDZIELA 

Miasto Kraków pozwoliło nam spać tym razem aż do godziny 9. Obudziły nas dziwne dźwięki pod oknami, jakieś śpiewy, jakieś modły. O rany haluny mam czy co? Wyglądamy przez okno, a tu pod nami procesja dumnie kroczy. Procesja niekończąca się i dość głośna. Tłumy ludzi w strojach tradycyjnych, zakonnice (we wdziankach czarnych i szarych), rycerze i księża. Czujne oko aparatu (nowy zakup małżonka-aparat Canon, taki już bardziej profesjonalny) wyłowiło pośród tłumu Dziwisza (od razu mi się wyświetla Gajos z "Jasminum" Kolskiego i jego fraza "i co się dziwisz?"-no nic na to nie poradzę!) i Glempa i kilka innych zjawiskowych postaci. Nie wiem co to była za okazja, ale kilka godzin później mówiono o tej procesji w Teleexpressie. Wypatrywaliśmy naszych gęb w oknach, ale niestety, nie załapaliśmy się:)

proszę zwrócić szczególną uwagę na panią w okularach. Jakże ona się cudnie prezentuje!:)

Z jakiego regionu są takie boskie kiecki? Wie ktoś?

Po śniadanku wyruszyliśmy do Nowej Huty. 


"Kraków i Nowa Huta Sodoma z Gomorą. Z Sodomy do Gomory jedzie się tramwajem. Chodzę po mieście..."

Uwielbiam to miejsce, dla mnie jest pełne magii. Niestety przewodnika w postaci koleżanki z zeszłego wieczora nie było z nami, więc snuliśmy się bez celu. Jadąc do Huty chciałam znaleźć przy pomocy internetu w telefonie różne warte uwagi adresy w Hucie, ale niestety nie było mi to dane. Się internet zbiesił i tyle.

Nową Hutę zwiedzała z nami książeczka, którą nieprzypadkowo zabrałam w podróż. Dużo się w tych dniach nie naczytałam. Książka jest idealna do podczytywania jednak ma króciutkie, cudnie czytające się rozdziały w sam raz na zabicie czasu w oczekiwaniu na posiłek (ten gulasz w sobotę). Mąż zaczytywał się w instrukcji obsługi swojej nowej miłości, a ja wciągnełam sobie jedną historyjkę. Musieliśmy wyglądać na zakochane, zafascynowane sobą wzajemnie, siebie ciekawi do cna małżeństwo-każde zatopione po brzegi w swoich literkach hihi

Książka zwiedza Nową Hutę:


"Nowohucka telenowela" spija sobie herbatkę w barze "Laguna" na Placu Centralnym.
Tu sobie wypoczywa...

z architekturą w tle (nadal Pl. Centralny)

Wyziębieni i schodzeni po dwóch godzinach w Hucie udaliśmy się do ciepłego autka i wyruszliśmy do Oświęcimia. Było to w porze obiadowej. Okolice Oświęcimia przywitały nas ulewnymi deszczami, a sam Oświęcim...ale o tym już w następnym odcinku:))

czwartek, 10 maja 2012

O tym jak pojechała na miasto, o moim dniu i o pewnej NIKE:)

TEMAT PIERWSZY: Pojechała na miasto...

Pojechała, pojechała. Nie wierzyła, że pojedzie, a jednak pojechała. Nic nikomu, ani sobie nie zrobiła, autko też uszło cało. Spociła się jak mysz i po godzinie wyczołgała cała obolała z autka. Wsiadła na rower (tak! To jest to!) i pojechała dzielnie do pracy.  Wcześniej wstać ranną porą (znielubianą) musiała, ale dała radę. Dała!
Widzicie kto siedzi w autku?:))


Na początku, po honorowych kilku okrążeniach po placu jak moja pani Agnieszka rzekła, jak zwykle w bezoosobowej formie: "no to teraz jedzie na miasto" kategorycznie odmówiłam. Na nic jednak mój sprzeciw był, bo już kilka minut później prułam 30km/h po jezdni!Prawdziwej jezdni normalnie!, Prułam aż dojechałam do pierwszego skrzyżowania, gdzie mi zgasło auto i ruszyć nie mogłam, do drugiego i trzeciego, gdzie zadziało się dokładnie to samo moi mili. Ten oszałamiający pęd, który generował mój pojazd zmiatał wszystkich po drodze. Dlaczego oni na mnie tak trąbią NO! Przecież ja pierwszy raz jadę, myślałam ja kierowca rajdowy, prawie w ogóle się tymi trąbiącymi nie przejmując. Gorzej jakby oni wszyscy wiedzieli, że to ja Papryczka jadę, to wtedy może i by mi było głupio, ale w sytuacji kiedy ci z tyłu nie wiedzą kto za kółkiem, to mam ich gdzieś.  Tak się fajnie jedzie, to po co się tak co chwila zatrzymywać? Potem już na tych mało uczęszczanych drogach jechało się już nawet milutko. Raz jak się już oswoiłam jechałam pięćdziesiątką. Czujecie tą prędkość hihi. 


A propo!


koniec placu! Jedziemy na miaaasto!!

Tak dobrze krowa żarła, aż trzeba było wracać (na szczęście, bo już miałam dość) I znów te zafajdane skrzyżowania. Oj nie czuje auta, ciągle mi się wydaje, że robię coś mocno, a robię lekko i na odwrót. Jaaa i moment na górce. Jedziemy sobie już w mieście i czuje, że coś szybko więc ściągam nogę z gazu (ach jak to brzmi), a auto nadal jedzie dość szybko, w oddali majaczą światła, lekka panika, a to była zwyczajna górka, z której właśnie się staczaliśmy wesoło. To były ułamki sekund, ale tak się zestresowałam, że znów za szybko wszystko zrobiłam i zgasło mi autko kilkadziesiąt metrów przed światłami. Ajajaj. 
Agnieszka zadowolona stwierdziła, że nie jest źle (jak na pierwszy raz) i że powie panu Czesławowi, że my już na miasto pojechały. HA! A niech ma:)
Teraz na każdej kolejnej jeździe będzie trochę łatwiej i jednocześnie dużo, dużo trudniej. I tak jestem zadowolona z siebie (choć umiarkowanie), że pojechałam...w sumie innego wyjścia nie miałam właściwie hihi

TEMAT DRUGI: O moim dniu po raz pierwszy  




Zapomniałam, że 8 maja był Dzień Bibliotekarza i Bibliotek, a zapomniałam, bo pierwszy raz to był mój dzień. Jednak godnie go uczciłam, bo dzień wcześniej odwiedziłam bibliotekę i upolowałam parę łupów.




PRL Wiesława Kota czytam-świetne (coś napisze) Alberta zaczęłam i chyba szkoda mi czasu.


TEMAT TRZECI: NIKE





Dziś na Warszawskich Targach Książki ogłoszono dwadzieścia tytułów do Literackiej Nagrody NIKE. 

4 książki biograficzne,
4 tomy esejów,
4 tomy poezji,
4 tomy prozy (dwa opowiadania, dwie powieści)
4 książki reporterskie.

Cóż za symetria:)
Więcej tu:


A poza tym szykujemy się do naszej krótkiej podróży do Krakowa, a docelowo na koncert pana Gabriela na Life Festival Oświęcim. Jest trochę nerwowo, bo mąż zawalił i przez miesiąc nic nie zrobił ze swoimi jutrzejszymi zobowiązaniami wieczornymi. W związku z tym zamiast ok 21 być już na miejscu (ja się pozamieniałam i jutro mogłabym wyjść z pracy sobie wcześniej nawet o 14), to istnieje ryzyko, że o 21 to by dopiero będziemy na początku drogi. Dejm! Tak to jest z tymi mężami. Ech należy tylko liczyć, że jakoś się to dobrze poukłada:)

A w czytaniu w Krakowie, rzecz jasna i w Nowej Hucie będzie książka:


Może przełamie ona mój już czas jakiś trwający kryzys czytelniczy. Podczytuje sobie coś tam, w kilku książkach siedzę sobie jednym półdupkiem, ale w żadnej lekturze nie mogę zasiąść tak całym odwłokiem. A już w ogóle mnie nie ciągnie do powieści. Nie dobrze, nie dobrze!
Zaczęłam czytać i już wiem, że to świetne jest:)
A prognozy na jutro w Krakowie? Deszcze, deszcze, deszcze i całe 15 stopni:(


I na zakończenie smaczek, o którym na swoim blogu mi przypomniała Agata Adelajda odrobina pana Gałczyńskiego. Śmieszy mnie jego pisanie od lat wielu niezmiernie i niepomiernie.


Z cyklu "Listy z fiołkiem"






Następnym razem może Wam jeśli zechcecie przepisze "Nowy sennik egipski", który także mnie kładzie na łopatki:)


I jeszcze smaczek z nowej, trzeciej edycji Męskie Granie 2012, a właściwie dwa smaczki:


smaczek numer jeden




Pan Bajzel+pan Budyń+pan Stachura=odsłuchiwanie w nieskończoność!


smaczek numer dwa:




Niespodziewajka pani Nosowska została dyrektorem artystycznym Męskie Granie 2012:)


Buuuziaki moje robaczki:)