"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

środa, 25 września 2013

Chorwacja ciąg dalszy. Nadal Kastel Stari:)

Środa 4.09 
 Cały poranek mąż spędza na spacerkach do wc. Dobrze, że ma blisko i że mała męska konkurencja. Byłby klops gdyby tak blokował jak blokował przy większej ilości mieszkańców pola. Męczy się bidulek. Zjada wafle i suchy chleb (nie dla konia). Dobry przywieziony z Polski, razowy na zakwasie. Mamy 3 bochny będzie nam towarzyszył przez czas jakiś. Ciężko się go je. Nie da się go ukroić ale i na to jest sposób. Pierwsze gotowanie, a raczej podgrzewanie na naszym palniczku sztuk jeden. Na pierwszy ogień (dosłownie) idzie kociołek meksykański. Pach pach i podgrzany. Do brei wrzucam pokruszony chleb. Uhm pycha! I jaka ohydna! 


kociołek meksykański z chlebkiem
 
Staram się jeść nieco ukradkiem i udawać, że fu fu fu, żeby ukochanemu przykro nie było z tym waflem tylko na podorędziu. W przerwie złego samopoczucia idziemy wymienić euro na zwierzątka chorwackie i trochę się kąpiemy. Woda zimna jak dupa foki (jak mawia mój tato). Plaża miejska tuż za płotem. Nie bardzo piękna, ale mąż już zapowiedział, że on nigdzie żadnej plaży nie będzie szukał! Okeeej:)


Nasza plaża. Zdjęcie pierwsze widok zza płotu pola namiotowego.
 
Z przyczyn od nas niezależnych wracamy na pole. Cóż mężowska fizjologia wygrywa. Czas mija. Kolejny spacerek. Mąż czuje się lepiej i przypływie litości dla mojej już nieco znudzonej siedzeniem w jednym miejscu osoby oświadcza, że jeśli przez następne 2h będzie się czuł ok to pojedziemy do Trogiru, od którego dzieli nas zaledwie 10km. 

W pobliżu miasteczka jest lotnisko. Czasem przeleci samolot nad polem bardzo nisko. To ciekawe.

latają

To wdzianko, które mam na sobie zakupiłam kilka dni przez wyjazdem. Za 6zł. Jeden znajlepiej trafionych zakupów w ostatnim czasie. Idealne na plaże, na pole namiotowea nawet na spacer.
 
Specjalnie obrałam (w założeniu) miejsca wypadowe w takiej odległości od atrakcji, które chcemy zobaczyć żeby nie musieć spędzać pół dnia w aucie, a potem wracać na pole drugie pół dnia. Tym sposobem wszyscy są zadowoleni (chyba, że ktoś ma rozwolnienie). Ja jestem zwolenniczką zwiedzania. A nawet mam motorek w dupie i szkoda mi siedzieć w jednym miejscu. Mąż też lubi zajrzeć tu i tam, ale lubi też pognić na plaży, posiedzieć spokojnie na polu. Nie wiem kto bardziej wypoczywa. Pewnie on:) Tym sposobem jest gnicie i leżakowanie a wieczorem kiedy już upał maleje jest łażenie. Idealna formuła. Poza tym z zeszłorocznego doświadczenia z Hiszpanią wiemy, że dobrze jest zobaczyć miasto za dnia i w nocy.
Wracamy w tej opowieści na pole i do męża co to nie wiadomo jak się poczuje w ciągu dwóch godzin. Ważą się losy Trogiru. Bo jeśli nie dziś to jutro Split a w piątek jedziemy dalej. Oczywiście możemy sobie decydować kiedy i gdzie jedziemy, ale szkoda mi siedzieć u góry kraju. Jeszcze tyle miejsc do zobaczenia.
Mąż w okolicy 20 stwierdza, że jego aktywność toaletowa nieco ustała i jedziemy do miasta Trogir. Kilka minut potem jesteśmy w samym centrum. Popełniamy grzech zaniechania szukania darmowego parkingu i zostawiamy foczkę na płatnym. Sowicie płatnym jak się potem okazuje.
Idziemy w uliczki.


Trogir. Nie ogarniam tej światełkowej dekoracji
 
 Nie wiem czy to jakiś zjazd rodaków czy przypadek, ale co druga osoba mówi po polsku. Bardzo dużo turystów. Wycieczki czy jak? Słabo czuje miasto w takich warunkach. Jest piękne na pewno, ale ja go jakoś nie kupuje. Trafiamy na placyk gdzie szykuje się jakiś koncert. Doczekujemy początku i uciekamy, bo pani w ślubnej kiecce (taki miała krój) straszebnie wyje.

a jednak uliczki i pranie w tle do kolekcji.

Jedne z nielicznych wspólnych zdjęć. Robione ze statywu. Wyglądamy jak wklejone manekiny.
 
Mąż się zaczyna nerwowo kręcić. Mówi, że lepiej mu jak chodzi. Widzę jak się kręci między sklepami i deczko już nerwowo rozgląda. Wraca jednak. Fałszywy alarm, ale już widzę, że nie czuje się bidulek pewnie. Jeszcze chwilkę łazimy. Cykam zdjęcia. To straszne ale rozpoznaje Polaków z daleka. Na kilka strzałów wszystkie trafione. Swój swego wyczuje. Czuje się jak w kraju, z tą różnicą, że jest dużo cieplej i ładniej. Na kategoryczną prośbę męża wracamy do autka. Ile nas nie było? Może dwie godziny. Może nawet mniej. Pan na parkingu kasuje nas za 3h (30kun). Przeliczam to dopiero w drodze. Trudno!
Małżowinka znów czuje się gorzej. W nocy śpi niespokojnie. Pożarł już prawie wszystkie stoperany. Jak jutro nie przejdzie zacznę się już martwić!

Czwartek 5.09

Wstajemy. Mąż czuje się nieco lepiej jemy leniwe śniadanko. Nadal jednak wcina ryżowe wafle.  W nocy rozbiła się grupa polaków. Studenciaki. Na plaży też spotykamy rodaków. Opowiadają nam swoją podróż przez Austrię i Słowenię. O 3 w nocy zostali zatrzymani przez gliniarzy za szybkość. Do zapłaty 400 euro. No to koniec ich wakacji. W rezultacie płacą jakoś 100 euro a mandat oficjalny dostają na 20 e. Reszta do kieszeni. Czy to byli prawdziwi policjanci. Pewnie i tak. Ale pewności nie ma:)
Plażujemy. W galerii handlowej kupujemy dwa materacyki do pływania (nie wzięliśmy). Woda jest zimna zwyczajnie więc unoszenie się na niej na materacu jest idealnym pomysłem. Mąż swój zabija kilka dni później. Leeeniwy dzionek.Taki jak lubi mój mąż.

Ja mam relaks mąż rozwolnienie. Taki podział niesprawiedliwy:)
 
 Wieczorem jedziemy do Splitu. To jakieś kilkanaście kilometrów od Kastel Stari. Genialnie!
Parkujemy autko na płatnym, podziemnym parkingu (do 21 za darmo, więc godzina za free). Trochę trzeba iść na stare miasto. Jakieś 15/20 minut. Znowu milion turystów. Koncert na głównym placu. Fajnie, ale uciekamy w uliczki. Tu też niestety małe motorki mogą przemieszczać się pomiędzy kamienicami. Trochę to męczące jest. Trafiamy w polecane w przewodnikach miejsca. Koncert w ruinach.





 Ja włażę w jakieś boczne. Takie lubię najbardziej. Tu też bardzo dużo polaków. Rozpoznajemy niemalże twarze z wczoraj hihi.
Split okej, nakręciłam się na niego bardzo i się rozczarowałam. Nie zrobił na mnie wrażenia takiego jakiego się spodziewałam. Mąż znudzony zupełnie. W ogóle go to miejsce nie kręci. W okolicy 23 wracamy do autka. Tu dla odmiany pan nam liczy mniej. Płacimy 19kun i wracamy na pole..Jutro rano opuszczamy Kastel Stari i ruszamy dalej.
A gdzie? To w następnym odcinku:)
Do zobaczenia!

poniedziałek, 23 września 2013

Chorwacjo maaaa! Rozdział pierwszy "Początki".

WSTĘP

Relacja była pisana od czwartku 19.09 do poniedziałku 23.09 nieprzerwanie i codziennie. Postanowiłam wykorzystać fakt, że jeszcze mam kilka dni urlopu i zapisać wszystko teraz od razu, póki jest czas, póki niesie mnie fala, póki mnie nie dopadnie to zwykłe, pourlopowe życie. Będę umieszczać po troszku, bo jest tego sporo. Nie oczekujecie chyba zwięzłej, suchej relacji co nie?:)

START:

Jest godzina 9 rano. 19 września.  Leżę w wyrku, jeszcze coś tam mi się majaczy pod powiekami. Słyszę jak mąż się krząta, znosi wszystkie graty z auta. Boje się pomyśleć jak teraz wygląda nasz tzw. salon. Skrzynki z ubraniami, namiot, śpiwory, koce, skrzynie z garami. Rany! Nie! Ja nie wychodzę dziś z sypialni. Tam jest apokalipsa! Zamykam oczy i widzę turkus wody i jakieś uliczki, kamieniczki z latarenką. Zaraz, zaraz ja tam byłam jeszcze dobę temu? Ja byłam w Chorwacji. Byłam tam i wróciłam? Juuuuuż?! Niemożliwe!

No ale od początku, bo przecież zaczęłam od końca, czyli od dziś 19.09. Po godzinie 1 w nocy po 17 godzinach podróży wylądowaliśmy w domku. Z okolic Sibenika do Zielonej Góry pokonaliśmy około 1400km. Ejże miało być od początku! Jeszcze nie. Jeszcze chwilka. Siedząc sobie w drugi dzień pobytu wpadłam na pomysł żeby zapisywać wszystko co się dzieje w tablecie. Opisywać każdy dzień w czasie rzeczywistym i tą opowieść zamieścić tutaj. Tak trochę na żywo, a nie na żywo. Uzupełniłam więc opis podróży i pierwszej nocy i tak opisałam jeszcze ze dwa dni. A potem tablet się zbuntował i radośnie wrócił do ustawień fabrycznych i wszystko co napisałam poleciało w kosmos.

No dosyć tych przydługich wstępów start!
.
Zakupy zrobione, sprzęt namiotowy sprawdzony, gwoździe w torbie... JEDZIEMY!

 skrzynki! Polecam skrzynki. Świetny patent na porządek.
Poniedziałek 2.09

Wstaliśmy o 4.30 rano. Tak żeby spokojnie zjeść śniadanko, wypić kawkę. Słowem na luzaczku. Wszystkie graty już w autku czekały na nas. Cztery skrzynie z ubraniami, ręcznikami i butami. Do tego wielka skrzynia z garami, talerzykami, kubkami, oliwą, słoikami itp., itd. i mała skrzynka na rzeczy podstawowe, czyli wszystko to co na szybko trza mieć pod ręką. Nie wierzyłam, że się zmieścimy. A jednak po złożeniu foteli nasza foczka (Ford Focus) zapełniona po brzegi gotowa była do drogi. Powiem Wam, że wybór daty na początek był smakowity. Jest w tym jakaś ludzka złośliwość. W Trójce co chwilę była mowa o początku nowego roku szkolnego. Napływają listy rodziców i młodzieży, że oni nie chcą do szkoły. Redaktorzy wspierają jak tylko się da. A my? A my zaczynamy urlop, my zaczynamy naszą wyprawę. Trochę nam jest szkoda tych wszystkich nieszczęśników bieżących do szkół. Tych dużych (nauczycieli) i tych małych ich uczniów, ale bez przesady. Złośliwie się też uśmiechamy pod noskiem mijając biało-granatową brać zbierającą się pod szkołami, które mijamy. Aj aj aj jak mamy fajnie!
Plan jest by zjechać z góry (no nie z samej góry z okolic Splitu) na dół. Taka objazdóweczka. Po drodze wyspa Hvar.


 Jedziemy!

(Wtrącnik: łatwiej jest mi pisać w czasie teraźniejszym tą relację. Pozwolicie, że w tym właśnie czasie będzie ona czyniona. Szkoda, że faktycznie powinna być już pisana w czasie przeszłym, bowiem piszę ją w tej oto chwili już z własnej kanapy kilka godzin po powrocie....buuu)

Nie spieszymy się. Nie goni nas żaden termin. Nie mamy ustalonej daty powrotu. Nie musimy starać się dojechać jak najszybciej, bo dni uciekają. Słowem wolność! Jedziemy, jedziemy, jedziemy. Prowadzi nas GPS i Krzysio H. jakże on nas prowadzi! Nie można mu zawierzać. Omija wszystkie główne drogi. Fan polskiej prowincji czy jak? W związku z tym z kraju wyjeżdżaliśmy prawie 5h. To chyba rekord. Trasa Zielona Góra-Jakuszyce jest piękna, ale nie wtedy kiedy bardzo chce się już własny kraj opuścić!
 W końcu Czechy. Śniadanko gdzieś kawałek za granicą państwa. Zimno i wieje. Brrr! Krążymy po Harrahovie i okolicznych miejscowościach, bo Krzysio ma problemy sam ze sobą chyba i nie może nas wyprowadzić na autostradę. Nic to jest dobrze. Słuchamy czeskiego radia rozczulając się językiem sąsiadów. Vondraczkowa śpiewa. Mówią też coś o Nohavicy. Mrrr. Nie doczekujemy się go więc włączamy sobie płytę. Jest błogo, jest pięknie! Już lecimy na autostradzie. Jedziemy, jedziemy i nagle się sprawna jazda kończy. Remont autostrady. Niby cztery pasy, ale stan nawierzchni nie pozwala na dobrą jazdę. A winieta zapłacona. Za co?No nic to. Nie mamy na to wpływu jedziemy dalej. 
Mijamy Pragę i Bratysławę (najchętniej bym  w tych miastach się zatrzymała). Robi się coraz później. Już Węgry. Oczywiście słuchamy radia węgierskiego. No to jest odlot.

video
 wiadomości po Węgiersku. Natychmiast chcieliśmy obejrzeć skecz Mumio. Choć Udzio!
Póki co jeszcze nie odtwarza. Może musi przejść jakąś weryfikację?
 
 Mijamy kolejne zjazdy do miast o nazwach nie do wypowiedzenia.


 Meges, tegesz, szmeges. Polak Węgier dwa bratanki.
 Zamierzamy spać w drodze. Kolega męża polecił nam camping nad samym Balatonem w miejscowości Zamardi. Musimy więc zjechać z autostrady. Nadchodzi wczesna pora wieczorowa. Mapa pokazuje jakieś ogromne ilości km do przejechania. Robi się nerwowo i ciemnawo. Musimy dojechać do miejscowości Veszprem stamtąd mapy pokazują jeszcze jakieś 300km!

 Daleko jeszcze???

 Jakim cudem? Mi opadają ręce. Kontaktujemy się z owym kolegą, który wyjaśnia nam, że od Veszprem do campingu to już tylko kilkanaście kilometrów. Ufff jesteśmy więc już blisko. Jedziemy, jedziemy zmrok zapada. W końcu jest zjazd z Zamardi na Tihany prosto, prosto i jest nasz camping. Mija 13 godzina podróży. 


No ale moi drodzy jaki to jest camping! Jest godzina po 20, ciemno i zimno niemożebnie. Na polu niewiele jaśniej. Kilka namiotów i camperów. Rozbijamy się w blasku świateł z autka. Parcele super. Wydzielone niskimi krzaczkami. I to cały plus tego campingu. Idę siku. I już wiem, że każdorazowe moje siku będzie szybkim siku. Kabin WC dość dużo (dwa pawilony duże. Oddzielnie dla pań i panów. Wygląda nieźle). Nie bardzo brudne, ale wystarczy podnieść głowę by ujrzeć nad sobą (na szczęście wysoko bo to stromy strop) różnej maści pająki. Zasadniczo się ich nie boję aż tak bardzo, ale takich z dużymi dupami i nogami kilometrowymi to już jednak niekoniecznie. No i ich ilość. W życiu nie widziałam takiej ilości i tylu odmian tych stworzeń! Brrr Kładziemy się w naszej namiotowej rezydencji. Nie wierzę, że leże. Cały czas wydaje mi się, że nadal jesteśmy w drodze. Śpię i mam tylko senną nadzieję, że żadna potrzeba fizjologiczna mnie nie zmusi do odwiedzenia mieszkańców budynków sanitarnych.

Wtorek 3.09

 Wstajemy trochę po 7 godzinie. I w blasku dnia (nie, nie słońca) widać ukryte „piękno” campingu. Z lewa wali śmietnikiem. Przepraszam całą rodziną wielkich śmietników, pełnych wszelakiego wątpliwego dobra. Ło jery. W końcu rzeczywistość zmusza mnie do odwiedzenia miejsca, do którego król chadzał piechotą. Zakładam kaptur przeciwdeszczowej kurtki (zapomniałam dodać, że w nocy padało), wpadam do kabiny, wykonuje ekspresowy sik (nieopatrzenie wchodząc spojrzałam do góry. I one już wstały. Dziń dobry!) i wybiegam. 
O prysznicu nie ma mowy. Natrysków dość dużo i może nawet trochę mniej w nich pająków. Widać wyznają zasadę, że częste mycie skraca życie. Jako i ja w tym dniu. Mąż idzie się umyć. Twardziel! No dobra toaleta poranna dokonana. Czas na śniadanie. Rozkładamy stolik i krzesełka.  Wybór jedzenia jeszcze duży. Robimy także herbatę i kawę do termosów. Kilka godzin później napijemy s cudownie zimnej kawy i herbaty. Mąż wspaniałomyślnie wsadził oba termosy do torby termicznej razem z kiełbasą. No świetnie. To później. A tymczasem wychodzi słońce i dopiero teraz widać jak blisko jest Balaton barwy zielonej. Jest tuż tuż. To ładny widok. Krótko to piękno trwa, bo znów nadchodzą chmurzyska. Jemy śniadanko. To znaczy mąż je. Ja tańczę z kanapką. Wiecie przecież, że mam owadzią fobię. Fobię, ze szczególnym uwzględnieniem owadów typu OSA. Nie nie jestem uczulona. Tak mam i już. A nad Balaton zleciały się chyba wszystkie osy z okolicy. Nie wiem czy one się zmawiają, że ja już jestem i można wleźć mi na kanapkę? Pewnie odpowiedź jest bardziej banalna. Pewnie mieszkają w śmietnikach. A duże i pełne mają rezydencję! Tak więc tańczę i słabo się najadam. W końcu ląduje w namiocie a mąż podaję mi kanapki przez mały otworek w wejściu. W siatce konkretnie. Ten patent będzie jeszcze kilka razy uskuteczniany.

Nasz pierwszy. Na szczęście chwilowy domek:)

Korzystamy z dziury w chmurach i idziemy nad Balaton. Wieję potężne wietrzycho. Trochę urywa nam głowy. Robimy zdjęcia. Szczególnie fotogeniczne okazują się kaczki, które zajadają łapczywie rzucany przez nas chlebek. Jest walka, bowiem i wielkie mewy też chcą coś zjeść. Słowem się dzieję!


 Ale jestem śliczną kaczką:)

 Duża konkurencja do jedzonka. Trzeba się zwijać. Hitchcockowska mewa już jest!
 Wieje tak mocno, że mewy fruwają do tyłu i na boki. Wyglądają jak na sznurkach! Poważnie Hitchcock na żywo!




O taki Balaton!






Mieszkali my pod ósemką.


Zwijamy domek i wywiewa nas z campingu. Płacimy 14 eurasków za naszą dwójkę i jedziemy dalej. Reasumując campingu nie polecam. Może w pełni sezonu, w pięknie pogody jest lepiej. Nie wiem, nie wnikam:)

Jedziemy, jedziemy robi się coraz cieplej. Jeszcze jedna węgierska zatrzymanka na drugie śniadanko. Zjadam w autku. Osy przyleciały za mną. Ten sam system karmienia tyle, że przez lufcik w szybce. 

 Tak jem w aucie!
 Gorąco i duszno, ale nie oddam mojego posiłku osom!

Zaczyna się robić coraz cieplej. Powoli zaczynamy się rozdziewać.

 Kochani skarpety w dół!

 Skrzynki zamiast waliz okazują się bardzo przydatne. Szybko i sprawnie znajdujemy lżejsze ciuszki i sandałki. Jedziemy autostradą. Mijamy na drodze kilka samochodów z polskimi rejestracjami. Mrygamy do nich porozumiewawczo. Na tej chorwackiej autostradzie już co drugie auto jest polskie i mryganie przestaje nas bawić. Jest już zupełnie ciepło. Mrrr po prostu pięknie!. Do zjazdu na Split płacimy razem 27 eurasków. 

Mijamy pierwsze chorwackie widoczki

 Aj tam taki sobie widoczek!
W okolicy 19/20 godziny dojeżdźamy do pierwszego miejsca docelowego Kastel Stari (to system kilku miasteczek o nazwie Kastel...) Miejscówka między Splitem a Trogirem.

Polecany na forum cro.pl (obczytane przeze mnie na lewo i prawo) camping Bilus. Maluchny, kameralny, cudownie pustawy. Jednym spojrzeniem można ogarnąć całość. Na polu ze dwa jeszcze namioty i z cztery camperki. 

 Domek numer dwa. Już na dłużej.
Recepcja i budynek sanitarny. Podział na część dla pań i część dla panów. Po dwie toalety i po trzy prysznice. Lekki odlschool ale czysto. Po rozbiciu się, na ostatnich już nogach idziemy przejść się po miasteczku. Maleństwo z portem. Takie już trochę w klimacie, ale „prawdziwe” chorwackie klimaty jeszcze przed nami.

I poszłaaa w uliczki!
 Nieopodal po drugiej stronie coś się gdzieś pali. Widać czerwień ognia. W ciemnościach nie widać czy to blisko czy daleko. Wygląda to widowiskowo. Miejscowi nie wydają się tym faktem poruszeni. 

 Pali się moja panno!

 W końcu padamy. Podróż nasza trwała dość długo. Do Veszprem (Zamardi) 13h i od Veszprem kolejne z 8h. Razem 20h. W tym najbardziej upierdliwa część w Polsce (ot nowina!). Jechaliśmy ekonomicznie, bo zależało nam na jak najmniejszym spalaniu. Myślę, że sukces w tym względzie się dokonał.
Śpi mi się pięknie. Mężowi śpi się zaś nieco gorzej. Brzuszek go zaczyna boleć. Kręci się i łazi do toalety. Przez następne dwa dni pobyt męża będzie sponsorować słówko kibelek łamane na kupa (no co sami swoi przecież!) Bidulek. Jedliśmy to samo. Mi nic nie jest. Główny podejrzany winogron. A nawet kilka. No nic to zobaczymy  jak się będzie czuł rano.

Dalszy ciąg nastąpi!
ZAPRASZAM:)))

poniedziałek, 2 września 2013

Niechaj się ziści CHORWACJA!

Długo planowany wyjazd a raczej wyprawa do Chorwacji jutro się ziści. W zasadzie powinnam już spać, bo za 4h powinnam wstać. 

Plan? Objazdówka. Kierunek Split (nocleg na Wegrzech). Kilka dni w miejscowości pomiędzy Splitem a Trogirem (no tak trzy) jeśli znajdzie się dla nas miejsce. Potem skok z Drvernika promem na wyspę Hvar tak jakoś 5 dni. Wracamy na ląd i kierujemy się w okolice Dubrovnika (a może tak Mostar?) zahaczamy też lekutko o Zatokę Kotorską. Dwa tygodnie. Taki jest plan co z tego wyniknie zobaczamy:)

Jedziemy sami, jedziemy samochodem. W grupie zawsze raźniej (można się wymieniać umiejętnościami) i taniej. No ale trudno nie mamy grupy. Śpimy pod namiotem na campingu. Staramy się gotować na miejscu. Wydaliśmy tyle kasy na żarcie, że teraz choćby nas skręcało nie pójdziemy jeść do knajpy hihi. Wiadomo, że najfajniej jest jeść tamtejsze żarcie, no ale my musimy oszczędzać (no coś tam zjemy).

Noo od maja się plan rodził. Od maja czytałam forum (cro.pl-świetne!) bardziej dla radości czytania relacji. Parę praktycznych porad też wpadło. W życiu nie wpadłabym na pomysł zabrania ze sobą gwoździ wielkich, budowlanych. A przydać się mogą na twardym podłożu, gdzie śledze nie dadzą rady. 

Albo patent na pakowanie. Zamiast waliz, plecaków skrzynki (składane więc się po powrocie je złoży i schowa). Ciuchy poukładane logicznie tak żeby łatwo było znaleźć. Na polu namiotowym w Gdańsku szlag mnie trafiał jak miałam coś znaleźć w głębokiej walizie. Na cokolwiek trafiałam uważałam za konieczne zabrać ze sobą do namiotu byleby nie musieć znowuż zaglądać w odmęty walizy. A nuż się dana rzecz przyda? Oddzielna skrzynka na naczynia i oddzielna na garnki i żarcie. Ponoć łatwiej się też zapakować do auta. Hmm zobaczymy czy się ów patent sprawdzi w praktyce. Do tego małe pudełka na leki i na kosmetyki i rzeczy podręczne, po które się często sięga. W Gdańsku użyłam kartonu do tego celu. Najbardziej przydatny przedmiot? Mydło do mycia rąk na sucho. Odlot!

Im bliżej wyjazdu, tym bardziej on nam się wydaje nieprawdopodobny. Niby wiemy gdzie jedziemy, mniej więcej mamy obcykane różne pola w tych okolicach, które chcemy odwiedzić, ale zasadniczo to jedna wielka niewiadoma! Dla dwóch pierwszaczków (pierwszy raz taka duża, samodzielna wyprawa) to jest jednak wyczyn. Tak myślę. Nie jestem taka wyluzowana jak rok temu przed Hiszpanią. Tam nas "zawiózł" samolot a potem zajęli się nami znajomi. Teraz wszystko sami. Najbardziej przeraża mnie pustka w głowie jeśli chodzi o angielski. Normalnie amnezja. Nic nie pamiętam. Tyle lat nauki a ostatnio sprawdzałam w słowniku słówko jechać. Dzesus! Wiem, że chorwacki jest podobny do naszego i że się da spokojnie dogadać, ale pewnie będą różne sytuacje. Czasem trzeba będzie powiedzieć jakieś dłuższe zdanie w obcym języku (jakim jeszcze nie wiem, ważne, że w obcym). Tak to mnie stresuje. To i tylko to. I tak jestem dziwnie spokojna. Chyba nie wierze, że to już;)

Mam też taką teorię, że w związku z tym, że cała podróż jest tylko zarysem i nic nie jest w niej pewne. Wszystko zdarzyć się może zarówno dobrego jak i złego (co jest jednocześnie dla nas debiutantów ekscytujące i stresujące) to w pakowanie (te skrzynki, pudełeczka itp.) włożyłam ład i porządek, który żadną miarą nie jest moim udziałem w życiu codziennym. To jest przestrzeń, na którą mam wpływ. To jest pewniak. Rozumiecie co mam na myśli?  

Mam nadzieję, że wytrzymamy dwa tygle pod namiotem i nie pozabijamy się. W czwartym dniu w Gdańsku mąż już mnie drażnił, bo jakoś tak dużo miejsca zajmował w przestrzeni namiotowej:) 
 Trafiliśmy na świetne pole (Stogi) i okazało się, że jam stworzona do mieszkania w namiocie. I jakże się spało! Żadnych nocnych wyburzeń. Mocny, zdrowy sen. Minusem namiotu jest brak przedsionka. Trudno jakoś damy sobie radę.

No to kochani kończę. Jest pierwsza w nocy za chwilę trzeba wstać. Rany!

Umieszczam post bez poprawek więc jak się trafi jakiś byk wybaczcie.