"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

sobota, 10 września 2011

Seriale, seriale-te duże i te małe-jak na serial przystało- ODCINEK PIERWSZY pt. "Dobre, bo polskie":)

Zrobiłam taką wielką czcionkę, bo sama się trochę męczę jak czytam małą. Ale nie wiem czy to dobrze wygląda? Napiszcie czy ma być taka duża, czy może mniejsza (jak w poprzednim poście)?

Seriale, seriale, seriale i ich czołówki, czołówki, czołówki...ach w samych czołówkach jakaż moc tkwi, jakie cudowne uwikłanie w losy bohaterów, którzy są poprzez wielokrotne z nimi przebywanie nam bliscy, a że doskonale wiemy co się wydarzy w następnym odcinku zdaję się nam, że znamy bohaterów osobiście, wszak wiemy jak postąpią. 
Mam kilka swoich ukochanych seriali. Niektóre mogę oglądać zawsze i wszędzie, inne są mglistym wspomnieniem dzieciństwa.
Zacznijmy od rodzimego podwórka. Dwa następne odcinki wkrótce! 

"Dom" reż: Jan Łomnicki

Myślę, że nikomu nie trzeba przedstawiać tego dzieła serialowego. Czołówka ta jest najbliższa memu sercu, za każdym razem kiedy ją widzę, się wzruszam na widok mieszkańców kamienicy powracających z różnych stron do domu. Za każdym razem mam szkliste oczy..."Jacuś?! aleś wyrósł...pani Popiołkowa!"
No i weź tu się nie wzrusz człowieku.
Uwielbiam Andrzeja Talara, kocham wszystkich bohaterów, nawet pana Jasińskiego. Najbardziej chyba ukochałam sobie jednak pana Popiołka,  jego powiedzonka koniec świata i  Ziemie Wyzyskane, weszły do języka polskiego na stałe.  Na ostatnim odcinku trzeciej serii (w założeniu miał być ostatni) płaczę jak bóbr. 
Ile razy można się wzruszać na tym samym filmie? Do łez doprowadzają mnie powiedzonka Henia Lermaszewskiego, czy Mundka z której strony się nie obrócisz i tak dupa z tyłu:)))
Ciekawostką jest to,  że kamienica, w której mieszkają bohaterowie na Złotej 25 nie istnieje, istnieć nie ma prawa, bowiem stoi tam Pałac Kultury:) Kamienicę grał dom z ulicy Pańskiej 85. Dobrze, że już to wiem! Ileż ja się naszukałam tej Złotej 25!

"Daleko od szosy" reż: Zbigniew Chmielewski

Nie wiem czy kocham bardziej serial "Dom" czy "Daleko od szosy". Kiedy oglądam "Dom" myślę, że właśnie serial Łomnickiego jest tym jedynym, a kiedy "Daleko od szosy", to myślę, że jednak Chmielewski. Oba seriale to absolutny majstersztyk!! Nie wiem który  bardziej mnie fascynuje Andrzej Talar, czy Leszek Górecki:) Chyba jednak Leszek. Już na pewno Krzysztof Stroiński- jest moim ulubionym aktorem. W tym serialu go odkryłam i pokochałam:)
 Leszek i Ania Góreccy/ Andrzej i Basia Talarowie. Szczęśliwiej się potoczyły losy tej pierwszej pary. To na pewno:)
Scenariusz oparty jest na autentycznej historii Leszka Ucińskiego. Kanwą scenariusza było wypracowanie, które napisał na lekcję języka polskiego, którym to wypracowaniem zachwycił się nauczyciel i przekazał Chmielewskiemu. Leszek i Ania w życiu rzeczywistym zostali razem, mają dwóch synów, Leszek opiekował się Anną, która zapadła na ciężka chorobę. Nie wiem jak potoczyły się ich dalsze losy, bowiem ostatnie wieści pochodzą z wywiadu z Ucińskim przeprowadzonym w 1999 roku przez Gazetę Wyborczą.
Oj Leszku...jak pięknie serialowa Ania mówiła do Leszka, jaka piękna była ich miłość:))


"Rodzina Leśniewskich" reż: Janusz Łęski

Nie jest to faktyczna czołówka serialu. Jestem pewna, że w czołówce była ta piosenka Niemena, stąd ją znam. Jednak odnalazłam tylko czołówkę z samą melodią. Nie wiem, może Niemenem odcinki się kończyły? A może w filmie fabularnym, który także powstał była piosenka? Nie ważne! To jest fantastyczna muzyka i cudowny tekst Młynarskiego. Kto nie zna, niechaj się zapozna, a kto zna niechaj sobie przypomni:)) ot ciekawostka: pierwowzorem serialu i filmu była książka Krystyny Boglar "Nie głaskać kota pod włos".

"Noce i dnie" reż: Jerzy Antczak (od około 3 minuty zaczyna się czołówka)

Oj tak, ten serial (również film fabularny w dwóch częściach) mogę także oglądać w nieskończoność. Chciałabym spotkać takiego Bogumiła (chociaż mój prywatny mąż jest niczego sobie), ale co Bogumił, to Bogumił:)) Barbara mnie każdorazowo doprowadza do szału-to się nazywa wiarygodna kreacja. Mam ochotę jej nakopać w..., chociaż jest mi i jej okropnie żal. Sama siebie, w dużym stopniu przecież unieszczęśliwia.
 Bogumił, Bogumił, a potem Tomaszek, Tomaszek, to jej główne zajęcie obok wiecznego marudzenia. Ale Tomaszkiem to ich pokarało, że niech mnie!
 Jak mnie mój małżonek wkurza mówię do niego: Tomaszek! I to jest znak-sygnał, że nie należy drażnić więcej lwa:)

"Chłopi" reż: Jan Rybkowski

Nie jest to mój absolutnie ukochany serial, jednak jak tarafię na niego w tv nie potrafię nie oglądać. Aktorski i fabularny majstersztyk! Zupełnie niedawno dowiedziałam się, że mój ukochany aktor Ignacy Gogolewski jest synem Władysława Hańczy! czyli w serialu zagrali samych siebie. Ojca i syna:) Tym argumentem Rybkowski przekonał Gogolewskiego żeby zagrał rolę Antka:) I dobrze, że tak się stało, bowiem serial jest obsadzony idealnie.
Scena kiedy parobek Kuba (Fijewski) odrąbuje sobie nogę za każdym razem powoduje u mnie ciarki i dziecięcy odruch zasłaniania oczu rękoma.

"Wojna domowa" reż: Jerzy Gruza

Może i zbyt często używam słowa majstersztyk, ale w odniesieniu do takich perełek słowo majstersztyk jest najodpowiedniejsze:) Dla mnie "Wojna domowa" to absolutne mistrzostwo świata! Począwszy od obsady głównej. Cudowna Kwiatkowska i nie mniej cudowny Rudzki, z drugiej strony Janowska i Andrzej Szczepkowski-jako rodzice i młodzież  Elżbieta Góralczyk-Anula i Krzysztof Musiał-Janczar (syn aktora Tadeusza Janczara), kiedy ojciec dowiedział się o aktorskich planach syna, poszedł do Jerzego Gruzy i poprosił żeby nie został przyjęty. Inteligenty chłopiec przedstawił się nazwiskiem Musiał i zagrał Pawełka. Jakim cudem Gruza się dał nabrać? Przecież syn jest kopią ojca:)
 Krzysztof Musiał zagrał jeszcze w kilku filmach. Raz go widziałam w roli nieprzyjemnej (gwałciciel) i czułam się nieswojo. Miałam dysonans poznawczy. Bo jak to Pawełek? takie rzeczy!!
Role epizodyczne także są  niezwykłe. Czy znacie kogoś, kto nie kojarzy powiedzonka Jeremy Stępowskiego "czy jest suchy chleb dla konia?"
 Któregoś razu, matka Pawła na to pytanie odrzekła: "nie ma syn wszystko zjada", a ja spadłam z krzesła ze śmiechu! Innym razem pytanie nie zostaję ukończone..."jest suchy?'..."nie ma suchego" odpowiada ciotka Anuli i odchodzi:))
Moim ulubionym odcinkiem jest odcinek o Dniu Matki (odc. 9). Co tam się dzieję!!
W tym odcinku występuje Czechowicz z apelem, że jak to nie ma wody, on ma dziecko namydlone w misce, a potem zrozpaczony stojąc w drzwiach z mokrym dzieckiem na rękach mówi: mnie się dziecko wysmykuje z rąk (to namydlone). Za każdym razem ryczę ze śmiechu. 
Ciekawostka: w odcinku 15 szkolnego  kolegę Pawła zagrał Marek Kondrat (a tak myślałam!)

"Janka" reż: Janusz Łęski, Adam Niwiński

Pamiętam ten serial, oglądałam go, już jako większa dziewczynka. Budzi we mnie sentyment, ale chyba szału nie ma, bo nie za bardzo mam co do powiedzenia. Ale serial kulciak, jak na tamte czasy:)

"Siedem życzeń" reż: Janusz Dymek

Rademenes to głos mojego dzieciństwa. Kto by nie chciał mieć kota spełniającego życzenia? Chyba każdy z nas. Bardzo lubiłam głównego bohatera Darka Tarkowskiego, a postać aktora Witolda Dębickiego kojarzy mi się zawsze z tym serialem. Kogo by ten aktor nie grał, ja i tak widzę "Siedem życzeń":)

"W labiryncie" reż: Paweł Karpiński

To nasza pierwsza opera mydlana w Polsce! Pamiętam jakie emocję towarzyszyły oglądaniu. I jacy tam aktorzy grali! Łozińska, Kondrat i tak dalej i tak dalej. Mnie i tatę najbardziej interesowały losy nastoletniej Marty. Martę zagrała młodziutka Jowita Miondlikowska (wyrosła z niej zupełnie niezła aktorka). Oj tak Marta miała chłopca Bajbusa i ogólnie rozrabiała i raz kiedyś ojciec przyszedł do domu, jak Marta odprowadzała Bajbusa do drzwi. Na ten widok Kondrat rzekł: "mam przyszykować kieliszki?". 
To zdanie weszło do naszego domowego z tatą słownika:) Jak oglądaliśmy ten serial ja miałam jeszcze fazę buntu przed sobą, więc śmiechu było co niemiara. Potem już mojego tatę to zdanie tak mocno nie śmieszyło. Pewnie nastąpił proces identyfikacji ojca realnego z fikcyjnym ojcem Marty hihi
Uwielbiałam postać Leona Guttmana (Wiesław Dziewicz), bo to przecież był Gargamel, ale nie dlatego go lubiłam. Do szału doprowadzała mnie żona profesora, niedoszła teściowa Ewy, kluczowej postaci. Lubiłam za to pana profesora. Soczyście zagrała Chodakowska serialową siostrę niewinnej Ewy:) Pamiętacie?
 Ehh to był serial! niedobry, ale za to jaki dobry hihi
Do szału doprowadzała nas córeczka reżysera, której przyszło grać rolę córki jednych z bohaterów. BYŁA KOSZMARNA!

"Boża podszewka" reż: Izabella Cywińska

Ja ten serial odkryłam w odwrotnej kolejności. Najpierw drugą część (w latach kiedy leciała część pierwsza mieszkałam w domu rodzinnym, a tam się nie oglądało jakiś tam seriali.) Na szczęście drugiej części nie odpuściłam i oboje z tatą wpadliśmy po uszy.
Pierwsza cześć przygód rodziny Jurewiczów jest mi także bliska, ale to na punkcie drugiej części rozpoczynającej się w 1945 roku mam obsesję!
 Od pierwszej sceny, kiedy bohaterki (których przecież nie znałam) wsiadają do pociągu wiozącego je z Polski do Polski (z dawnych kresów na Ziemie Odzyskane) wiedziałam, że to mój serial. Do tego obsada! Absolutnie cudowna Karolina Gruszka, ciotki: upierdliwa Hanna Ślesicka i Katarzyna Hermann, do tego genialna Kinga Preis, grająca matkę Gieniusi, która przez cały serial próbuje przedostać się ze Związku Radzieckiego do Polski. Preis zagrała tę rolę tak realistycznie, że oglądanie wątku kresowego fizycznie boli.
W tym serialu jest wszystko co w moim przekonaniu najlepsze. Nakręcony jest trochę w konwencji Teatru Tv, świetnie zagrany i fabularnie ciekawy (dla mnie szczególnie). 
Epizodyczna rola Andrzeja Zielińskiego to cu-de-ńko!, Woronowicz, Tyniec...no brak słów. Kocham zwyczajnie ten serial. Nie potrafię go nie oglądać jeśli gdzieś leci. Małżonek jak widzi czołówkę wychodzi, bowiem znieść już nie może tej Bożej krówki hihi. A ja tak mogę w nieskończoność! 
Polecam z całego serca ten serial. Zdaję się, że znów leci na Kino Polska.
Umieściłam czołówkę z pierwszej części, bo ta z drugiej nie ma takiej mocy. To znaczy ma, ale znalazłam tylko fragment pierwszego odcinka, który nie jest czołówką:)

wtorek, 6 września 2011

"Do widzenia, do jutra"... panie Morgenstern:(

UWIELBIAM! (zwłaszcza od 3 minuty)


"Zaczęło się to tak, jak zaczynają się tego typu historie. Najzwyklej na świecie"

Tymi słowami zaczyna się jeden z moich najbardziej ukochanych polskich filmów "Do widzenia, do jutra". Jego reżyser Janusz "Kuba" Morgenstern dziś 6 września zmarł:( Mnie to smuci, bo odchodzą ostatni wielcy. A my zostajemy, jak te sieroty kulturalne tu i teraz.


Scenariusz "Do widzenia, do jutra" napisali: odtwórca głównej roli Zbigniew Cybulski, Bogumił Kobiela i Wilhelm Mach, muzykę po koleżeńsku napisał Krzysztof Komeda, gościnną cza-czę wykonał brawurowo młodziutki Roman Polański. W filmie zostały wykorzystane skecze z autentycznych teatrzyków studenckich Teatr Rąk "Co to" i "Bim-Bom", którego założycielem i współtwórcą był Cybulski.


Cybulski, czyli filmowy Jacek zakochuję się w Margueritte. Dziewczynie z innego, bo z zagranicznego świata. Marguerittę zagrała zjawiskowa Teresa Tuszyńska. Akcję filmu otwiera scena kiedy Margueritte pyta Jacka jak dojść na ulicę Długą. Bez aury powojennego Gdańska nie byłoby tego magicznego obrazu:) 



Zbigniew Cybulski, Teresa Tuszyńska (dubbingowała ją znakomicie amerykanka Eleonora Kałużyńska-ciekawostką jest fakt, że była to wtedy żona Zygmunta Kałużyńskiego).

Mało kto wie, że Cybulski w scenariuszu opisał swoją prawdziwą historię, bowiem filmowa Margueritte istnieje naprawdę!!! To Francoise Bourbon rodowita paryżanka.

Francoise Bourbon

W  końcu lat 50-tych przyjechała wraz ze swym ojcem, francuskim konsulem do Gdańska. Tam poznała chłopaków z Teatrzyku "Bim- Bom", oraz Morgensterna. Cybulski zakochał się w pannie Francoise bardzo poważnie, zresztą wszyscy byli tą śliczną zaledwie 18-letnią dziewczyną zauroczeni. Była tak inna od polskich dziewcząt, radosna, uśmiechała się, była otwarta i nie bała się mówić co myśli. Była z innego, z tego lepszego świata, a to uwodzi. Z Cybulskim rozmawiała po francusku (świetnie się posługiwał tym językiem), a z Kobielą po angielsku. W Teatrzyku "Bim-Bom" nie trzeba było rozumieć języka, ponieważ w większości język spektakli, czy skeczy to gesty i patomima:)
Filmowa Margueritte zostaję ochoczo wciągnięta w świat studenckich Teatrzyków. Widzimy  w filmie prawdziwe twarze współtwórców i aktorów "Bom-Bim": Fedorowicza, Kobielę, Wowo Bielickiego (to on wymyślił nazwę Bim-Bom, a skąd czerpał inspirację?*)...grają tam siebie.


 Gdańsk pomimo wojennych zniszczeń żył, był centrum życia studenckiego, życia kulturalnego młodej inteligencji. W filmie są umieszczone sceny autentycznych studenckich potańcówek, oddających ducha, tamtych pierwszych lat wolności. Margueritte ma wielu adoratorów, ale wpada jej w oko najbardziej Jacek. Są sobą zauroczeni, spotykają się, z tym, że ona się bawi, a on wiąże z dziewczyną poważne plany: będziemy już zawsze razem-szepcze jej do ucha on, -nie bardzo, odpowiada ona...Margeuritte mówi on-porzuć swój biały zamek i przenieś się do mojego, -nigdy nie będziemy razem, mówi ona, bowiem ma inne plany. Umawia się jednak z Jackiem na wspólną ucieczkę...do widzenia, mówi ona, do jutra, odpowiada szczęśliwy on, i już nigdy więcej się nie zobaczą.
 Filmowa Margeuritte, podobnie jak Francoise wybiera zamiast miłości w Polsce wolność gdzieś w świecie.
Francoise Bourbon  nigdy nie żałowała wyboru, jednak Polskę uważa za swój drugi dom. Mieszka w Warszawie od kilkunastu lat.

"A co bym zrobił gdybyś zaginęła? A szukałbym ciebie. Zaglądałbym w oczy wszystkim dziewczynom. Jedne miałyby twoje oczy, drugie usta a trzecie włosy. Jedne byłyby bardzo poważne, inne znów w doskonałym humorze. Inne grałyby w tenisa lub ciągle spieszyły się na kolacje, ale żadna nie byłaby tobą. I pomyślałbym, że cię ukradli. I ogłosiłbym we wszystkich gazetach świata, na wszystkich murach i słupach ulicznych, że cię poszukuję. I wyznaczyłbym wielką nagrodę, ale nikt by mi nie uwierzył, bo nikt nigdy zakochanych nie traktuje na serio".  Jacek

To Cybulski upierał się by Margueritte zagrała dziewczyna bardzo podobna do pierwowzoru. Kto ją odnalazł, czy Cybulski, czy sam Morgenstern nie wiadomo (zdania są podzielone), ale do filmu trafiła młodziutka, wtedy 17- letnia Teresa  Tuszyńska.

"Wierz mi, to nieistnienie jest najpiękniejszą rzeczą, jaką mogę ci ofiarować"- Margueritte

 Musieli prosić mamę Teresy o zgodę na grę w filmie. Bardzo się Tereską wszyscy opiekowali, a ona rozrywkowa dziewczyna dokazywała nie mało. O ironio Cybulski  zauroczył się i w Tuszyńskiej, ale ona wybrała jego kolegę z kabaretu. Ot pech.
Teresa Tuszyńska zmarła w całkowitym zapomnieniu w 97 roku. Ogólnie aktorów Teatrzyku "Bim-Bom" (tych występujących w filmie i nie) spotkał marny los, ginęli tragicznie: Cybulski- pod kołami pociągu, do którego spóźniony próbował wskoczyć, Kobiela jakiś czas potem  w wypadku samochodowym, a Adam Pawlikowski wybrał śmierć samobójczą.


Janusz Morgenstern przyjaźnił się od lat 50-tych z Francoise Bourbon. Widywali się bardzo często, mieli dla siebie zawsze czas. Nigdy nie mówili sobie do widzenia, zawsze do jutra...do widzenia, do jutra panie Morgenstern...

Na zakończenie melodia do filmu "Do widzenia, do jutra" muzyka Krzysztof Komeda, tekst Wojciech Młynarski, śpiewa Anna Frankowska. To wersja współczesna z tekstem. Ja osobiście wolę wersję oryginalną. Piosenka ubrana jest w piękne kadry z filmu:)


WAŻNIEJSZE FILMY JANUSZA MORGENSTERNA:

"Sztuka jest jak salto w cyrku" J.M

"Do widzenia, do jutra"  (1960)
"Jutro premiera" (1962)
"Jowita" (1967)- na podstawie powieści Stanisława Dygata "Disneyland" scenariusz: T. Konwicki.
"Kolumbowie" (1970)
"Trzeba zabić tę miłość" (1972)- według samego reżysera najważniejszy film.
"Polskie drogi" (1976-77)
"Godzina W" (1979)
"Żółty szalik" (2000)
"Mniejsze zło" (2009)

P.S zagadka: jest pewna scena w kinie polskim najbardziej znana, genialna, którą wymyślił Morgenstern. Podpowiedź: A. Wajda.**

ostatni wywiad z Morgensternem ze stycznia 2011

Teresa Tuszyńska znika-artykuł z Gazety Wyborczej-Wysokie Obcasy

* z Chatki Puchatka:)
**scena z płonącymi kieliszkami w filmie "Popiół i diament"


poniedziałek, 5 września 2011

"Domek Trzech Kotów" Marka Nowakowskiego, czyli podwórkowa symbioza:)


"Domek Dla Trzech Kotów" Marka Nowakowskiego przeczytałam już jakiś czas temu, dzięki Mag, bo to u niej na blogu przeczytałam pierwszy raz informację o książce. I to dzięki tej recenzji przypomniało mi się, że ja lubię prozę pana Marka, tylko o niej, nie wiedzieć czemu zapomniałam:) Tak więc dziękuję droga Magdaleno!:)

Pan Steinbeck pisał o myszach i ludziach, a pan Nowakowski umieścił w tej malutkiej, drobniutkiej powieści ludzi i koty. 

Miejsce akcji: podwórko przylegające do kamienicy. Wyobrażam je sobie jako podwórko typu studnia, z figurką podświetlanej Matki Boskiej na środku. Może to być stara Praga. Tak to widzę, o Bozi nie ma w książce mowy:)

Główni bohaterowie: mieszkańcy kamienicy, mniej lub bardziej sympatyzujący z kocim rodem, oraz koty płci i wielkości różnej, maści wszelakiej. Kocie postaci dzielą się na rolę główne i role poboczne. 

czas akcji: późna jesień, początek zimy.

świat zewnętrzny: właściwie nie istnieje. Wiemy, że gdzieś poza terenem podwórka on jest, mieszkańcy kamienicy w świecie tym bywają, ale nie jest on w ogóle istotny. 

Marek Nowakowski kreśli akcję w mikroświecie podwórka, w mikroświecie mieszkańców kamienicy. W cudownie plastyczny sposób buduje charaktery postaci ludzkich i kocich. Tak, jak  w świecie tuż za rogiem, mieszkańcy kamienicy dzielą się na tych lubiących koty i pomagających przetrwać okres chłodu i zimy, oraz tych sceptycznie nastawionych wobec idei prowizorycznego domku- schronienia dla nowo przybyłej kotki ze swoimi kocimi dziećmi. 

Silna  grupa kociarzy:

Pani Irena- emerytowana pielegniarka, wdowa- miłośniczka kotów. W budowie domku pomaga jej nastoletni syn sąsiadki,

właścicielka pięknego labradora- która od momentu pojawienia się kociej rodziny zaczęła kupować karmę nie tylko dla psa

Pani z trzeciej klatki w okularach dziala w fundacji pomagającej zwierzętom,

Pan Darek z żoną- fundatorzy budy dla kotów, kiedy ta prowizoryczna starczać przestała. Zakup budy był bezinteresownym odruchem dobroci i współczucia, ale sąsiedzi zachowali się honorowo i pieniążki za budę, z sąsiedzkiej zrzutki oddali.

Są też i tacy, którym wcale nie podoba się domek dla kotów (bo szpeci), nie rozumieją kociarzy, którzy z takim zaangażowaniem pomagają zwierzakom, bo przecież koty to groźne stworzenia, rzucające się do gardeł, niewinnych niemowląt! Bla, bla, bla:)
 Przedstawiam jednych z kilku sceptyków i kręcących nosem na kocią sprawę, niechaj reprezentują, tych nieczułych: 

nobliwe małżeństwo z ostatniego pietra pierwszej klatki-  oboje schludni, pedantyczni i wyniośli. Często zatrzymywali się, patrzyli w wiadomym kierunku. Krzywili usta z niesmakiem.

Do galerii postaci zaprzyjaźnionych z podwórkiem należą jeszcze:

-Pan Alfred,mężczyzna imponującej postury,
-mecenas zawsze zabiegany z wypchaną teczką, i komórką przy uchu -będący raczej na nie, 
-tajemniczy mężczyzna zwany Ptasznikiem- codziennie bez względu na porę roku, stawał na środku placu, z wypchaną torbą, by karmić ptaki.


Świat ludzi już mamy opisany, teraz przyszedł czas na świat kotów, a świat kotów jest jeszcze ciekawszy od świata ludzi:)

Koty, główni prowodyrzy zamieszania: kotka Biała i jej potomstwo kot- Murzynek zwany także Sadzą, oraz kotka Grzbiecik zwana później Kropką
Wokół losów tej kociej rodziny kręci się cała akcja tej mikro- książeczki. Co się stanie z mamą kociaków, jakie będzie ich dalsze kocie życie, to jest wielka przygoda, pełna wydarzeń radosnych i bardzo smutnych.

Jeśli są kociaki i mama kociaków, wypadałoby by pojawił się i sprawca całego zamieszania, mianowicie ojciec. I jest i główny podejrzany, zwany Czarnym ogonem, który...

"...nie chciał zwady, ustępował. A przecież to był kawał zbója, wytrawny piwnicznik, utytłany w węglowym miale. Oblicze miał srogie-kaprawe ślepia, puchate policzki i zawadiacką, czarną smugę na pysku, niby wąsy... mial poszarpany wiecznie podrapany nos, białe futro mocno przybrudzone i czarny długi ogon. stary wyga. szczurołap...przypuszczalny ojciec kociąt..."

To nie jedyna męska, kocia postać odwiedzająca podwórko. Nocą pojawiał się tajemniczy kocur, zwany Puchaczem, a Puchacz to antagonista Czarnego ogona...

"Był to dorodny osobnik, koloru grafitowego w brązowe pręgi. Prezentował się jak prawdziwy koci elegant. Zjawiał się niby cień z nastaniem ciemności. Przemierzał dostojnie ogródek. Od niechcenia podchodził do misek. Nie był głodomorem ani natrętem. Wybredny. Byle czego nie tknął. Przychodził, odchodził. Nieoczekiwany gość... majestatyczny piękniś. Za dnia nie było go widać. Noc była jego żywiołem. niby cień snuł sie tu i tam".

Nowakowski nie zabiera racji bytu kotom domowym. Poświęca im wprawdzie mniej uwagi, ale jednak poznajemy kota Dziwaka, pana introligatora, który: 

"Kot dziwak. jadał wyłącznie jarzyny, sałatę i zupy- najchętniej kartoflanke. Nie miauczał. Przyjaźnił się z pieskiem, przedstawicielem jednej z najmniejszych psich ras, yorkiem miniaturką. Stronił natomiast od swoich pobratyńców. odnosił się do nich wręcz wrogo. Nie interesowały go ptaki, drzewa, rośliny, przyroda. Nie lubił wychodzić z domu. Nałogowo przesiadywał w szafie na ubrania"

Ubawiło mnie szczególnie ostatnie zdanie. Jest jeszcze jeden kot domowy- kotka Misia pani Ireny:

"rozpieszczona tłusta kocica, którą pani Irena  wychowywała od maleńkości. Misia też wywodziła się z podwórkowego rodu. Samolubna i humorzasta. Władcza natura".

Całego podwórka pilnują gawrony mieszkające na drzewie:)))

Podwórze jest mądrze podzielone; cześć tylna dla psów, część ogródkowa dla kotów (albo na odwrót), tym sposobem wszystkie stworzenia boże są kontent:)
Podsumowując "Domek Dla Trzech Kotów" to przeurocza, ciepła opowieść o małej społeczności, która łączy się w jednej sprawie, w sprawie słabszych, niemogących się bronić zwierząt, pokonują fizyczne przeszkody, nie zważając na ludzkie zawiści, zawiązują się sąsiedzkie komitywy. Czyta się Nowakowskiego wyśmienicie, uśmiech podczas czytania nie schodzi z twarzy przez cały czas. Czysta przyjemność z obcowania z książką:)

Opisy kocich bohaterów ubawiły, wzruszyły mnie niezmiernie. Czytając o perypetiach mieszkańców kamienicy i kotów widziałam swoje osiedle. Nie jest to kamienica, ale 4 klatkowy blok z cegły, o 4 piętrach, wybudowany? hmm koniec lat 60-tych może. Stare osiedle. Wynajmujemy tu 38 metrowe mieszkanko już od  5 lat, więc czujemy się zżyci z okolicą i z sąsiadami. Ja to miejsce uważam za swój dom. Jeśli przyjdzie się nam kiedyś wyprowadzić na własne (oby, oby!!), to będzie mi bardzo, bardzo smutno. A kupić na tym osiedlu swoją chatkę raczej będzie nam ciężko. Nie tylko nam tu jest dobrze. To dobre miejsce do życia (do lasu 5 minut, do miasta rowerem 15, pętla MZK pod nosem), więc drogie tu są mieszkanką, drogie:)

Smutno mi będzie opuścić moją prywatną panią Irenkę (nie wiem jak moja sąsiadka z piętra ma na imię), ale dla mnie to jest już pani Irenka, jest starszą panią o siwych włosach i kocią mamą (pod swoją opieką ma jeszcze psa Bigla-mało rozgarnięte stworzonko). Przyjaźni się z sąsiadka za ściany, z nieco młodszą panią, która nie mówi, wydaje tylko gardłowe dźwięki, ma psa kundelka bardzo nerwowego. Nie można obok niego przechodzić, bardzo się wtedy denerwuję. Niemówiąca pani ostatnio chodzi w czerni. Zdaję się, że ten mężczyzna mieszkający z nią, to był jej mąż. Smutno mi jak na nią patrze.
Najczęstszy obrazek to moja pani Irenka siedząca na ławce i pilnująca by drobna, śliczna koteczka, matka dzieciom zjadła ładnie.


 Kotka ta jest mieszkanką piwnicy od maleńkości. Już jako malutka koteczka wykazywała się szlachetnością, była po prostu prześliczna! I tak rosła, rosła aż w końcu stała się nastolatką i zaszła w ciąże. Była zbyt drobniutka żeby wykarmić młode więc zostały oddane w dobre ręce, a kotka dostała prawdziwej depresji, odmówiła przyjmowania pokarmów, więc moja pani Irenka musiała ją karmić. Ledwo doszła do siebie i znowu zaszła w ciąże. Tym razem nie popełniono tego samego błędu. Jedno kocie zostało przy mamie. Moje osiedlowe panie Irenki rozważają sterylizację, a kotka nadal je niechętnie.


 Jest też domowy kot Maciek, który jest na dzień wypuszczany na dwór, spędza sobie na dworze cały dzień, na noc wraca do domku. 
kot Maciek
Koty mają swoje miejsce do jedzenia w przy-klatkowym ogródku (przepięknym na wiosnę-no dzieło sztuki!), tam są też wejścia do piwnicy i salon jadalny dla kotów. 
W zimie pojawia się pewien problem. Mieszkamy na parterze, mieszkanie jest już z gruntu bardzo, bardzo zimne, do tego kiedy panie Irenki otwierają wszystkie okna w piwnicy (te obok jadalni są zawsze otwarte), także te od drugiej, naszej strony (dokładnie pod naszą podłogą się znajdujące) po mieszkanku naszym hula najprawdziwszy w świecie wiatr. Się zwyczajnie nie da mieszkać! I wtedy rozgrywa się walka. My okienka od strony naszego mieszkania zamykamy, panie Irenki je otwierają i tak przez kilka miesięcy. No nie lada dylemat, kto ważniejszy koty, czy ludzie? A nam opłaty za ogrzewanie, które i tak niewiele daję rosną do niebotycznych rozmiarów. Nie ma lekko!

Kilka dni temu miałam po oknem Szekspira sztukę Romeo i Julię.
Osoby dramatu: Julia-kotka na balkonie (piętro wyżej),
Romeo-kocur pod balkonem. 
Kocia Julka siedziała sobie na balkonie, głowę przez szczebelki wyciągając, a Romeo siedział pod oknem i wymiałkiwał kocie wyznania miłosne. Chciałam zrobić filmik, ale jak tylko otworzyłam okno Romek zwiał. Szkoda, bo to ładna scenka była:)

P.S Ja bardzo lubię koty i chciałabym mieć kociego przyjaciela, ale niestety mam na nie alergię:(

A wiecie, że to nie jest pierwsza książka o kociej tematyce, którą napisał pan Nowakowski? 
Wcześniej w 1982 roku wyszła "Opowieść o kocie Gacku". Zdaję się, że wyszło wznowienie:)




Marek Nowakowski czyta fragment książki, tak mniej więcej od 1:40:)

"Domek Dla Trzech Kotów"
Marek Nowakowski
Wydawnictwo: Świat Książki
rok wydania: 2011
stron: 112

Telewizji z Kulturą, w końcu w jesiennej ramówce troszkę bardziej jest po drodze?

Tak:))
 Odpowiadam moi drodzy, zdaję się, że trochę bliżej naszej Telewizji w jesiennej ramówce będzie  do Kultury:) Cieszy mnie ów fakt niezmiernie. 
Zaczynamy od kwestii dla mnie najważniejszej, a mianowicie od Teatru Telewizji


I pierwsza dobra wiadomość poniedziałkowy Teatr Tv wraca do nas w nowej ramówce o ludzkiej porze. Godzina jego emisji wskazywała syndrom wędrowny (jak to ujął mój ulubiony Andrzej Poniedzielski godzina emisji nachodziła już w godziny wędkarskie)  z godziny po 20, przeskoczyła na 21.30, aż w końcu dotarła do 22.30! Od jutra godzina rozpoczęcia Teatrzyku przypadać będzie na dobrą, starą godzinie: 

20.20 (dwudziestą dwadzieścia!)

W cztery pierwsze poniedziałki września będziemy mogli oglądać niestety tylko powtórki, dopiero w ostatni poniedziałek miesiąca raczyć się będziemy premierowym spektaklem "Dolina nicości" w reżyserii Wojciecha Nowaka, z udziałem między innymi Globisza. 
Póki co wiadomo jeszcze o tym, że październikowa premiera odbędzie się 24.10 a sztuka w reżyserii Waldemara Krzystka nosi tytuł "Getsemani" zagrają w niej Agata Buzek i Magdalena Cielecka.. 
Rozpiski na ostatnie dwa miesiące roku 2011 nie ma, ale pozostało jeszcze kilka tytułów w zapowiedziach "Komedia romantyczna" Wojciecha Tomczyka z udziałem Andrzeja Zielińskiego i Urszuli, Grabowskiej, "Księżyc i magnolię" Macieja Wojtyszki z Marcinem Dorocińskim i Łukaszem Simlatem, "Lekkomyślna kobieta" Agnieszki Glińskiej w roli głównej między innymi Stelmaszczyk. Nie wiadomo jeszcze kiedy nadejdzie czas emisji zwycięskiego spektaklu Festiwalu Dwa Teatry "Kontrym" Marcina Fiszchera z między innymi udziałem Jana Frycza, czy Andrzeja Grabowskiego. 
W powtórkach wypatrzyłam dwa spektakle, których jakimś cudem nie znam i nie mam ich nagranych pośród moich 62 teatrzyków. Cieszy mnie to, chociaż już nagrywać niczego nie mogę. Złośliwość rzeczy martwych, wrednych i nieczułych nie pozwala mi już, od jakiegoś czasu powiększać mojej pięknej kolekcji Teatrzyków Telewizji:(  Widocznie mieć wszystkiego nie można.
Można jednak bez przeszkód cieszyć się poniedziałkowymi wieczorami, nawet jeśli ma to być powtórna wizyta w świecie Igraszek z diabłem, czy w kuchni co to upiór w niej bywa:)

Zmiany zachodzą także w ramówce TVP Kultura.


 Tam akurat nie było się do czego doczepić, ale nowa szefowa weszła w komitywę z TVP 2 i te dwie stację zamierzają się wzajemnie wspierać (oby to nie zaszkodziło Kulturze). Wracają na antenę stałe programy na temat kultury takie jak Tygodnik Kulturalny (ma być także emitowany na Polonii). Będzie także dużo nowości. Jedna z nich to wprowadzenie programu interaktywnego, bez stałej godziny emisji, rytm programów będą dyktować aktualne  wydarzenie nie tylko kulturalne. Po staremu pasmo wieczorne we wtorki będzie należało do Teatru Tv, w poniedziałki, czwartki, piątki  przeznaczone na film (i to nie byle jaki), środa-opera, sobota-animacja (czas emisji godzina 21).

Telewizyjna Dwójka nie chcę być gorsza, i w niej  mają zajść dobre zmiany. 


W nowej ramówce ma być więcej programów na temat kultury. Niedziela 17.15 "Kultura głupcze" oraz magazyn kulturalno-artystyczny WOK-Wszystko O Kulturze (22.30-0.10). Podobnie jak na Kulturze wieczorny program podzielony będzie na pasma: poniedziałki z gwiazdami (22.50), Kino na maksa (środa 21.40), Kocham Kino z wtorku wskakuje w czwartek z godzin bliższych północy na uwaga 21.40!! (no, ktoś się w końcu zorientował łaskawie, że godzina np: 0.15 w środku tygodnia, nie jest najszczęśliwszą godziną na smakowanie ambitnego kina!:), dalej Alibi na Piątek (22.45), Kino Relaks (sobota 22.00), zupełną nowością będzie Studio Filmowe Dwójki (niedziela 0.10). Ech przypomniało mi się Studio Teatralne Dwójki i łza się w oku zakręciła. Oprócz filmów fabularnych, rozmów o kulturze na obu wymienionych stacjach będą miały jeszcze swoje miejsce cykle dokumentalne i reportaże (tvp 2- poniedziałek-piątek 19.15, oraz wtorek 22.45)

Jeśli chodzi o Program 1 Telewizji Polskiej to moją uwagę zwróciła tylko jedna propozycja: nowy talk show "Lubię to" we wtorki o 21.50, w którym to Piotr Kędzierski będzie rozmawiał z pisarzami, filmowcami, aktorami:)

sobota, 3 września 2011

Dźwięki popołudniowej piosenki-Violently happy i bonus informacyjny:)


Wzięło mnie na panią Bjork, tak znienacka, bo z nacka jak to powiadają, to już nie to:)
 Przylgnęłam dziś obsesyjnie do, od lat nie słuchanej, a kiedyś zasłuchiwanej do szczętu płyty Debiut. I przypomniały mi się te wszystkie wędrówki z punktu A do punktu B, bez celu i w celu, z Bjork na uszach, z wielkim mało poręcznym discmanem. Ech:)

I znów jak dawniej dałam się zaskoczyć ostatnim numerem. który zaczyna wygrywać po długiej przerwie, wtedy kiedy już się jest pewnym, że płyty koniec nastał. A tu nie, jeszcze za zakrętem czai się I play dead. 
A na dziś "Gwałtownie szczęśliwa" tańczę po pokoju przy tym najbardziej energetycznym kawałku na płycie. Nastawiam się na imprę taneczną, w doborowym towarzystwie, przy dźwiękach clubowo-chilloutowych z wysokiej półki ściągniętych. A więc moi drodzy w tany, tany czas ruszyć...za godzin dwie:)

A teraz bonusik informacyjny:

Wczoraj w Trójeczce usłyszałam, że 11.11.2011 w Łodzi na jedynym koncercie w Polsce wystąpi czarodziejska, piękna, zjawiskowa pani SADE!!


Oj rany! Czuję, że to będzie koncert doskonały, ale niestety na przeczuciach się tylko skończy, bowiem nie sądzę, żeby udało nam się uzbierać z mężem chociaż na jeden bilet. Najniższa cena 275 złoty jest dla nas na ten czas nie do przeskoczenia:( No chyba, że sobie rączkę, albo nóżkę oderwiemy, to wtedy jako osoby niepełnosprawne za bilet zapłacimy nieco mniej, bo 259 zł (jako pełnosprawna osoba poczułam się nieco zdyskryminowana hihi). 

No nic należy liczyć, na cud jakiś, chociaż cena 300 złotych za jeden bilet, nawet przy opcji nagłego wzbogacenia się jest zbyt wysoka dla nas, do tego dojazd i nocleg płatny, bo akurat w Łodzi nie mamy ani jednego znajomego. Co innego pobliska Warszawa. 
Dość narzekania! To dobra wiadomość! dla wybranych, ale dobra!:)

piątek, 2 września 2011

W roli głównej: książki- post nr 100! :)

Imieniki, imieninki były 5 dni temu, ale dopiero wczoraj mogłam odebrać w Empiku mój prezencik imieninowy. Zamawiając poprzez internet zaoszczędziłam całe 5 złotych polskich (gdybym wcześniej zajrzała na stronę księgarni Matrias zaoszczędziłabym 8 zł). Poszłam ja do książkowni po odbiór i przepadłam w tych książkach. Chodziłam pomiędzy półkami i rejestrowałam nowości, które bym chciała mieć. Oczopląs normalnie. Przepadłam zupełnie przy regale z biografiami i książkami historycznym. Oj rany!
Pół godziny klęcząc na ziemi (nie ma już gdzie usiąść w Empiku. Jeszcze niedawno stały takie małe pufki) przeglądałam z pietyzmem "W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne". Ech mieć książeczkę na własność. No ale cena 89 zł to chyba lekka przesada? Nawet jeśli uznamy ją nie za  zwykłą książkę, a za album. No prawie 100zł za książkę? Niestety kochana nie kupię cię. Nie ma takiej opcji:( Może w następnym wcieleniu, jak już będę bogata. Bo kiedyś będę nie?:)

No to może nowy Anthony Bourdein i jego druga część Kill Grilla? Pierwsza część mnie ubawiła niezmiernie. No nie martw się Tony! Ciebie kupię kiedyś. Stówy nie kosztujesz:) Wyobraziłam sobie, że Empik to wielka biblioteka i że mogę wypożyczyć co tylko chcę. Piękna wizja, ale obawiam się, że każdorazowa wizyta w bibliotece z taką ilością nowości, kończyłaby się małym obłędem:). A potem sobie przypomniałam, że pracując w Empiku tak właśnie mogłam robić! Mogłam pożyczać książki. Ta opcja i zniżki na zakupy były jedynym, ale jakże zacnym plusem tej pracy:))
Jak już nasyciłam oko pełnymi regałami udałam się po moją książkę. Odebrałam moją 600 stronicową kruszynkę i poszliśmy sobie razem do domku.

Oto ona:

"Dobranoc, panie Lenin" Tiziano Terzani, w towarzystwie imbryczka z zieloną herbatką, oraz chłopaków Cartmana i Kenny'ego z South Park uwiecznionych na  kubku (bez śladów użytkowania) upolowanego w second handzie za uwaga 1 złoty! Obok kubka trójkowego, to mój ulubiony przedmiot kuchenny:)

Ale, ale, to nie jedyny prezencik imienikowy. Ten u góry jest od małżonka, ale i pierwszy mężczyzna mojego życia- tato w poniedziałek także obdarował mnie (jak zwykle) literaturą:

Pan Głowacki i pan Majewski:)

Łupów książkowych jeszcze nie koniec moi drodzy. Jak myślicie dokąd mnie nogi poniosły? gdzie się  udałam po wizycie u taty? Tak dobrze się domyślacie...do biblioteki. Wiem, wiem, że mam jeszcze kilka książek świeżych z filii do przeczytania, ale musiałam odwiedzić główną, bo jedna z książek, będąca w moim posiadaniu zamówiona była. Ktoś na nią czekał niecierpliwie, oddać ją musiałam czym prędzej. A, że uzbierało mi się jeszcze pięć innych  już dawno przeczytanych, to przecież  nie będę ich trzymać u siebie, jeśli mogą trafić do kogoś do domu, na kolejne czytanie:). 
Plan był taki: wchodzę, oddaję i wychodzę, ale...jakoś nie wyszło. No jak tu tak wyjść z pustymi rękami? Musi być równowaga zachowana przecież w przyrodzie, wszak natura próżni nie lubi.

No to polazłam między półki i uzbierałam pięć nie byle jakich grubasków:


Od góry: 

1) "4 czerwca" Joanna Szczepkowska- przeczytałam jeszcze tego samego wieczoru:)

2) "Pucka" Janina Katz- oj naszukałam się jej, naszukałam. Wiecznie krążyła tu i tam, ale w końcu mam, dopadłam!

3) "Handlarz czasem" Tomasz Jachimek- będzie lekko i przyjemnie. Do tego piękny, duży druk:)

4) "Dzieci Stalina" Owen Matthews- myślę, że w tej jednej powieści jest wszystko, czego pragnie moja dusza:)

5) "Ja wykopalisko" Jacek Fedorowicz- cieszy mnie chyba najbardziej. Świeżynka zupełna:)

Spotkałam jeszcze od lat nie widzianą nauczycielkę języka polskiego z podstawówki.  Śmiałyśmy się, że nie ma chyba lepszego miejsca na spotkanie po latach pani od języka polskiego i byłej uczennicy, jak przyjazny gmach biblioteki!:) 
Tylko raz w klasie VIII otrzymałam na koniec roku ocenę dobrą. Nie radziłam sobie zupełnie z gramatyką. Rozbiór zdania był dla mnie niezrozumiałym koszmarem, do dziś nie rozróżniam części zdania, od części mowy. No po prostu echo! Także z ortografią i interpunkcją (tego ostatniego nie da się ukryć) było u mnie nie tęgo. Za to wypracowania zawsze były oceniane na bardzo dobry, często czytane na głos, jako wzór.
No ale cóż z tego, jak ocena dostateczna prawie zawsze widniała na końcowym świadectwie. Nie rozumiałam dlaczego nudna gramatyka była w ostatecznym rozrachunku ważniejsza. Przez długie lata miałam do pani Gajdy żal za tą niesprawiedliwość! Ach wzięło mnie na wspomnienia! Nic, ale to absolutnie nic się pani Krystyna nie zmieniła! Czy to możliwe?

Ciekawostka biblioteczna:

Książka powieść bezsprzecznie "Wyjście z Egiptu" Andre Aciman, wiecie gdzie stoi? No zgadnijcie...ano mieszka sobie  na półeczce (malutkiej) zatytułowanej "Historia świata starożytnego". No poważnie! hihi. Żałuje, że telefon z aparatem pozostał, jak zwykle w szatni, bo to obrazek godny uwiecznienia:) 
A i jeszcze jedno: druga część "Jedź, kochaj i módl się" "Że Cię nie opuszczę" Elizabeth Gilbert stoi, nie gdzie indziej, jak  na półce z geografią i z literaturą podróżniczą. Musi być jej smutno, tak samotnie, jako jedyna powieść w szeregu stać, obok przewodnika Portugalii i zapisu podróży na Syberię:)
 Więcej grzechów nie pamiętam:)
Ja niby rozumiem klucz, ale odrobina orientacji  w terenie drogie panie bibliotekarki:))

Ciekawostka telewizyjna:

Jeden z dziesięciu- mój ulubiony program. Och jaka jestem mądra, jak mi mózg podczas oglądania pracuje:)

Tadeusz Sznuk zapytuje:

- jak miał na imię wróbelek z bajki...

pan odpowiada:

-skowronek?

!!!!! o jacie! popłakałam się ze śmiechu. Tak życzliwie;)

KONIEC:)

czwartek, 1 września 2011

Imieninowy Allen "O północy w Paryżu" i mały skok do przedwojennej Warszawy-wersja autorska:)

W niedziele 28.08 były moje imieninki, a piszę o tym dniu dopiero teraz, bo czekałam na mój książkowy prezencik. Ale o tym w następnym poście. 
Dzień imienikowy rozpoczęłam od spaceru po lesie na boso, normalnie boskość stóp. Darmowy masaż wewnętrzny całego ciała. Ponoć częste chodzenie na boso po lesie, szyszkach, korzeniach, piasku, trawie i gdzieniegdzie żwirze (to napotykają moje stopy podczas takiego godzinnego spaceru) daję podobny efekt dla ciała jak ćwiczenie jogi:) Jako, że joga mi nie leży, wybieram bose stopy:)

Po spacerku obiad, a potem kino, kinko, kineczko (szkoda tylko, że multipleks).


 No, ale jak się chcę zobaczyć nowego Allena, to trzeba iść do dużego kina. Tak więc poszliśmy na "O północy w Paryżu". Troszkę się obawiałam, bo ostatni Allen mnie mocno rozczarował, ale tym razem były to cudowne 2 godziny w kinie. Dla mnie miodzio! To film jakby skrojony na miarę, na moją miarę 38. To film o mnie hihi.
Wyjątkowo nie wiedziałam nic na temat filmu. Zazwyczaj podczytuje sobie o czym mniej więcej będzie film, ale tym razem tego nie zrobiłam nawet nie wiem dlaczego. Dlatego moje zaskoczenie tym, w jakim kierunku zmierza akcja było ogromne i bardzo pozytywne. 

Gil przyjeżdża wraz ze swoją narzeczoną i przyszłymi teściami do Paryża. Oficjalnie rozpoczynają się przygotowania do ślubu. Jednak Gil zamierza oddać się innej aktywności w magicznym mieście, mianowicie pisaniu swojej powieści. Jest wziętym scenarzystą hollywoodzkim, gardzi jednak tym zajęciem. Nie uznaję go za specjalnie wartościowe. To co chcę robić naprawdę, to pisać. Chcę być pisarzem, a najlepiej mieszkającym i pracującym w mieście spełniających się marzeń Paryżu. Jakże odmienne są oczekiwania jego przyszłej żony. Którejś nocy zostawia swoją narzeczoną (ona nie ma nic przeciwko) i udaję się na spacer, gubi się w uliczkach, siada umęczony, wybija północ i podjeżdża auto. Auto nie byle jakie bo z początku XX wieku. Zaskoczony Gil bez namysłu wsiada do niego i...i przenosi się nie tylko z punktu A do punktu B, ale i w czasie. Wskakuje w lata 20-ste XX wieku. Ląduje nie byle gdzie, bo na przyjęciu i na dzień dobry spotyka...Scotta Fitzgeralda i jego żonę Zeldę. I nie jest to jedyna znana persona jaką przyjdzie mu spotkać na swojej drodze. Kto będzie pierwszym czytelnikiem Gila powieści, z kim będzie rozmawiał o surrealizmie, czyje obrazy będzie oglądał, w kim się zauroczy.I co z tego wyniknie? Wieczór pełen niespodzianek;)

Dla mnie była to prawdziwa uczta. Film-zagadkownica. W napięciu oczekiwałam pojawienia się kolejnych historycznych postaci ze świata sztuki,  literatury czy filmu. Z koleżanką doszeptywałyśmy nazwiska do imienia, zanim reżyser przedstawił pojawiąjacą się właśnie na ekranie postać. To mój przyjaciel Luis...Bunuel!- wykrzykujemy, która pierwsza. Przezabawne, bezwzględnie inteligentne dialogi. Cudowne zdjęcia i jak zwykle muzyka. Jak dla mnie klasa!
 Kilkakrotnie zarechotałam głośno, a wtedy kiedy nie rechotałam wszem i wobec, buzia ciągle mi się uśmiechała. Po prostu błogi uśmiech nie schodził z pyszczka mego przez cały sens. Rany jakże mi było dobrze. Chciałoby się żeby seans trwał wiecznie, chciałoby się nie wychodzić z konwencji filmu, chciałoby się pozostać w latach 20-tych XX wieku.
Niestety ci, którzy nie bardzo są obeznani w literaturze, sztuce, czy w ogóle w kulturze mogą być niezadowoleni, zwyczajnie znudzeni, bo cóż śmiesznego jest w spotkaniu z Salvadorem Dali?  Niechaj żałują, bo wiele tracą:)

 Może dla kogoś, kto żyje TU i TERAZ (tak najzdrowiej) opcja przenosin do innego czasu nie będzie tak atrakcyjna, jak dla mnie. Recz jasna końcowa konkluzja, jakoby trwanie w przekonaniu, że kiedyś żyło się lepiej, ciekawiej, pełniej było błędnym przekonaniem, nie jest niczym odkrywczym. Mi to jednak nie przeszkadza, ani trochę. Allenek w dobrej formie! Cieszy mnie ów fakt niezmiernie:)

I jeszcze jedna rzecz. Allen jest mistrzem obsady. Owen Wilson mnie pozytywnie zaskoczył (dotychczas kojarzył mi się z nie najlepszymi rolami), piękna Marion Cottilard cieszyła oko, Carla Bruni-Sarkozy dała radę, chociaż wymienianie jej w zapowiedział obok głównych postaci jest dużą przesadą! Ci, którzy pójdą do kina na panią prezydentową długo się na nią nie napatrzą:)
 Jednak to nie te główne postaci mnie zauroczyły najbardziej. Raczej te epizodyczne, te historyczne. Odnotowałam ogromne podobieństwo aktorów do autentycznych postaci, które przyszło im grać. Popatrzcie sami:

Scott i Zelda Fitzgerald

                      aktorzy

Czyż nie jest to uderzające podobieństwo? Nie jedyne:) Zresztą sami obejrzyjcie i się przekonajcie:)

Z nosorożcowym pozdrowieniem!:)))

 A TERAZ MOJA WERSJA ALTERNATYWNA: 

A teraz wyobraźmy sobie, że idziemy do kina, gasną światła, zaczyna się film, tak samo zawiązuje się fabuła tylko zamiast do Paryża lat 20-stych XX wieku, przenosimy się my, jako widzowie do Warszawy czasu Międzywojnia. Podobnie jak Gil z "O północy w Paryżu" nasz bohater wsiada do tajemniczego samochodu i przenosi się w czasie do Warszawy, nota bene nazywanej wówczas "Paryżem Północy" WOW!! Mamy tytuł, bezpośrednio nawiązujący do oryginału:))
 Przez szybkę samochodu  nasz bohater patrzy na odmienioną ulicę, podziwia piękno miasta, dziwnie ubranych ludzi. Ach co się dzieję?!

"O PÓŁNOCY W PARYŻU"/ "PARYŻ PÓŁNOCY, CZYLI WARSZAWA LAT DWUDZIESTYCH"

o tu nasz tajemniczy bohater trafia:)


Kto siedzi w owym automobilu dokąd go zawiezie? Z kim przyjdzie mu się spotkać? To wielka niewiadoma jest:)

 A więc zapraszam na małą wycieczkę w czasie i przestrzeni:)

 Automobil zabiera bohatera (jak mu damy na imię?) nie gdzie indziej, jak do "Małej Ziemiańskiej" na ulicy Mazowieckiej 12 się znajdującej. A tam Tuwim, który daleko się nie nachodził, bowiem mieszka na przeciwko, Iwaszkiewicz i Słomiński, Lechoń, wraz z Wierzyńskim, słowem weseli Skamandryci, głoszący pochwałę dla życia, siedzą przy własnym, tylko im przypisanym stoliku zwanym "górką", i piją, gawędzą i kłócą się zapalczywie z właśnie odwiedzającymi Warszawę panami Przybosiem, Peiperem i Kurkiem przedstawicielami Awangardy Krakowskiej. Skamandrycka afirmacja życia kontra awangardowa pochwała nowoczesnej cywilizacji i maszyn. A może i siostrzyczki Kossakówny-energiczna Magdalena Samozwaniec i eteryczna Maria Pawlikowska, się dosiądą, jak zwykle. Panowie przyjaźnie uchylają kapelusza. Prosimy, prosimy...wołają.
O i pan filozof, legenda przedwojennej Warszawy Franciszek Fiszer, co to ponoć pierwowzorem pana Kleksa będzie (w przyszłości, jeszcze o tym nie wie, więc cicho sza!) się wdrapał na "górkę". A tam na owej górce mogą przebywać tylko wybrani z wybranych.


W absolutnej opozycji do tych pierwszych nieopodal siedzi Czarodziej Gałczyński. Nieco wtedy nudnawy członek Kwadrygi, rozprawiający o nierówności społecznej i kulcie pracy. Na szczęście za czas jakiś się nieco rozweseli i przerzuci na Osiełka Porfiriona. Uff: Niedługo potem właśnie w Ziemiańskiej pozna Konstanty swą Srebrną Natalię ech, ach, och!.On jeszcze tego, kiedy widzi go nasz bohater nie wie (może dlatego taki smutny?) A to się wódeczki panowie napiją a konto tego wydarzenia, a co tam!:))
 Zaraz, zaraz, myśli nasz bohater, a gdzie Żagary z przyszłym noblistą na czele? Ach klepnie się w czoło w roztargnieniu- jeszcze się panowie nie zawiązali:) 


A któż to? Którędy weszli ci ludzie? ach osobnym wejściem przeznaczonym dla artystów-malarzy weszli. Nad stolikiem znak-sygnał: namalowana filiżanka z przyczepioną prawdziwą łyżeczką. To może coś zjedzmy, powie nasz bohater, bom głodny przez te podróże w czasie straszliwie. To co? może popisowy metrowy tort upieczony dla aktora Ludwika Solskiego, albo specjalność zakładu dwumetrowe ciasto biszkoptowe w kształcie śledzia, zdobione kremem, marcepanem, o oczach i skrzelach z karmelu zjemy?. Ach jak miło!
 A co jeśli nie Ziemiańska? Może małe preludium kawiarnia "Pod Pikadorem"? Bohater nasz zachodzi tam na chwilkę by pogadać o filmie i sztuce z aktorami Stefanem Jaraczem i Aleksandrem Zelwerowiczem, z poetą Broniewskim i z Kazimierzem Przerwa-Tetmajerem. "Pod Pikadorem", czy w kawiarni "Kresy"...


"...jak nigdzie i nigdy i - spotykały się oko w oko, stolik przy stoliku kolejne pokolenia - wstecz, aż do czasów Młodej Polski, naprzód - aż ku dniom dzisiejszym."  Stanisław Saliński.


Tamara Łempicka

 Podczas kolejnej podróży w czasie ląduje w dziwnym miejscu. "W malinowym chruśniaku"  przed ciekawych wzrokiem z Leśmianem (bez dwuznaczności proszę) się chowa, by za chwile  gawędzić (brudnymi usty od malin) o Nocach i dniach przyszłych, co to  Maria Dąbrowska za lat kilka popełni. A tymczasem Nałkowska zapytuję gdzie jest Granica...miłości. Gdzie jest? Oj to są za trudne pytania dla naszego męskiego bohatera, poza tym nie orientuje się, czy panie pisarki się jeszcze lubią, czy może już nie. Nie chcę się żadnej z nich narazić. W związku z tym bez ceregieli wskakuje w  rok 1922 prosto do warszawskiej Zachęty, gdzie spotyka artystę wystawiającego swoje prace Bruno Schulza. A może by tak do przodu 4 lata przeskoczyć, myśli nasz bohater, odwiedzę w 1926  Wydawnictwo Rój i jego założycielowi Wańkowiczowi szepnę do uszka proroczo:  wydaj tego młodego Gombrowicza, on to wypłynie za kilka lat na szerokie wody literatury!
 A może by tak do Teatru Polskiego na spotkanie z kierownikiem literackim Boyem- Żeleńskim skoczyć? jak już tu jestem, pomyślał nasz bohater i hop. Już gawędzą.  A może do PEN Clubu, a potem w gościnę do Żeromskiego wypocząć na łonie natury Konstancina-Jeziornej, bym się wybrał. Jak pomyślał tak zrobił. A może intelektualna rozrywka w towarzystwie samego Witkacego? oj nie wiem, trochę się boję:)

 Innym razem spotyka świeżo upieczonego noblistę z 1924 roku. O czym to my rozmawiali? Oj nie pamiętam! A może tak skoczyć do Brzechwy po poradę w sprawie prawa autorskiego? A może by...
Pewnego pięknego wieczoru ktoś życzliwy zaprowadził naszego błąkającego się po Warszawie bohatera do Teatrzyku Qiu pro Quo, który zapoczątkował literacki styl kabaretu. Alleluja! A tam Tuwim, tam Hemar. Och kogóż on tam nie spotkał. Całą śmietankę artystyczną stolicy: Adolfa Dymszę, Eugeniusza Bodo, Chciał się napić z Bodo wódeczki, tyle jej było na stołach, ale cóż to, Eugeniusz nie pijący? ooo!
A któż to tak, cudnie ładnym paniom przegrywa? Ach to przecież Mieczysław Fogg. A są to panie urocze niezmiernie i piękne nieziemsko: Mira Zimińska, Zula Pogorzelska. No i  Hanka Ordonówna:)
Może z którąś z pań mały romansik? Bo przecież w dobrym filmie musi być i trochę uniesień miłosnych, rozstań i łez. Może mały obyczajowy skandalik?
Może z Hanką Ordonówną w końcu "Miłość ci wszystko wybaczy"...
 A może to Mira zaśpiewa mu "Nikt tylko ty...", a bohater wpadnie jak śliwka w kompot.
 Mnie się najbardziej podoba tańcząca pani Zula:) Nogi, nogi, setki nóg tupią, tupią, tup,tup,tup...

A Wy?,  na którą piękną panienkę stawiacie? W której z pań, się nasz bohater zakocha? A może w żadnej z nich? A jak się nazywa nasz bohater? ma jakieś imię, jakiś życiorys?
 Tego już się nie dowiemy, bowiem nasz bohater wybiera teraźniejszość:)

Suplement: 
A oto kogo jeszcze spotkał nasz bohater. Spotkał ich wszystkich, bawił się, pił wino, wódkę, palił papierosy i co tylko!


KONIEC:)


Podobało się Wam?

Bardzo lubię Dwudziestolecie międzywojenne, ale jeśli miałabym wybrać jeden kierunek i jeden okres, to jednak wybieram tzw. Erę Wodnika. Wybieram rewolucję obyczajową. Wybieram ten prawdziwy Woodstock Janis Joplin, Hendrixa i The Doors. No i jeszcze bym skoczyła do Anglii na koncert Pink Floyd, trochę dłużej mogę tam pozostać:) Jakbym trafiła na koncert Sex Pistols, czy The Clash, w ogóle by mi nie było przykro. A może tak wskoczę w początek lat 60-tych, te kiecki przepiękne ponosić. Ach nie mogę się zdecydować.
 Więc chyba jednak pozostanę tu i teraz:)