"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Bo każdy przedmiot ma swoją historię-dobre, bo polskie, czyli serial "Przeprowadzki" :)

Pragnę Wam przypomnieć, albo przedstawić serial, który ma już 10 lat Powstawał w latach 2000-2001, pomysłodawcą i twórcą scenariusza jest Cezary Harasimowicz, a reżyserią zajął się Leszek Wosiewicz, reżyser takich filmów jak "Kroniki domowe" i "Kornblumenblau". Pomysł serialu jest prosty i w tej prostocie tkwi siła.
 Film otwiera scena pożaru firmy "Szczygieł- Przeprowadzki, rok zał. 1901". Jest rok 2000. Właściciel firmy zostaje ranny  w pożarze, rodzina zbiera się przy łóżku szpitalnym, a synowi zostaje przekazana rodzinna tajemnica o ukrytym magazynie, w którym mieszkają wszystkie zagubione  podczas licznych przeprowadzek przedmioty. Każda rzecz jest skatalogowana i opisana. A przedmiotów tych przez 100 lat istnienia firmy przewozowej Szczygieł uzbierało się sporo i to one są tak naprawdę głównymi bohaterami. Czyżby idąc za Marquezem przedmioty miały jednak duszę? Ja wierzę, że i owszem:)

 Każdy odcinek ma swojego bohatera, inny przedmiot otwiera  opowieść. Wszystkie historie łączy rodzina Szczygłów i ich perypetie. Tło stanowią ważne dla naszego kraju wydarzenia historyczne, które wpływają znacząco na losy rodziny. 
Braci Szczygłów rozwozicieli gnoju poznajemy w Wigilię 1900 roku, razem z nimi wchodzimy w Nowy Rok 1901. Ten rok rozpoczyna działalność firmy przewozowej Szczygieł, bo przecież zamiast  gnoju, można wozić ludzi i ważne dla nich przedmioty, słowem przeprowadzać ich. Pozostawiony przypadkiem kuferek staję się inspiracją do tego pomysłu. Szczęśliwy kuferek zostawiła, uciekając w pośpiechu pewna Lillianna, w której to młody Szczygieł zakochał  się, szaleńczo, jak się dowiadujemy już w drugim odcinku nie na długo....i tak się opowieść, pełna przygód toczy i toczy:)

W założeniu serial miał mieć 21 odcinków, rozpoczynać się w 1900, a kończyć 100 lat później w roku 2000. W rzeczywistości powstało ich tylko 10, a serial zamyka rok 1941.
 Pomysł narodził się w głowie Harasimowicza podczas własnej przeprowadzki. Życie jednak piszę scenariusze, ponieważ to odnaleziona podczas przeprowadzki walizka, w sercu mamy pana Cezarego otworzyła bramę wspomnień z ucieczki ze Lwowa. No i jak tu przejść obok takiego pomysłu obojętnie?! 
Jako, że historia Polski, to historia ciągłych przeprowadzek i towarzyszących im emocji, to każda filmowa przeprowadzka dotyczy ważnej daty dla historii naszego kraju.  Jest więc rok 1905 i bohater-przedmiot serwantka generałowej, I wojna  światowa z kanapą i rondlem-niemymi świadkami historii, wojna bolszewicka z 1920 roku, z nocnikiem w roli głównej,  przewrót majowy z 1926 roku z pewnym obrazem na czele i II wojna światowa, w której udział wzięła szafa, nie miała ona świadomości jaką ważną rolę odegrała. Ogromnie żałuje, że nie powstał ciąg dalszy. Nie wystąpiła szafa, uczestniczka wydarzeń 56 roku, oraz ważny fotel z roku 71. Szkoooda!

Tak więc oprócz dobrze skleconej fabuły mamy do czynienia z nienachalnie poprowadzoną lekcją historii. Do tego udział w tym filmowym przedsięwzięciu wzięli najwyższej klasy, a czasem tylko znani i lubiani aktorzy. Wcielili się w role wiodące-rodziny Szczygłów- Maja Ostaszewska, Kinga Preis, Krzysztof Banaszyk, jak  i w role epizodyczne.

 Możemy w nich spotkać Igora Przegrodzkiego i Halinę Łabonarską (odc.5), Annę Romantowską i Adama Ferencego (odc.3),  Krystynę Tkacz i Krzysztofa Pieczyńskiego (odc.7), Olgierda Łukasiewicza i Agnieszkę Dygant (odc.8), Rafała Królikowskiego i Macieja Kozłowskiego (odc.9),czy samego autora scenariusza w odcinku szóstym. 
Moją ulubioną postacią przewijającą się przez wszystkie odcinki jest żyd Abramek pracownik firmy,w którego rolę wcielił się Wiktor Zborowski. Zrobił to wyśmienicie i rozbawił nie raz:)

Do współpracy został zaproszony jako autor zdjęć Krzysztof Ptak (m. in. "Plac Zbawiciela, "Jasminum, "Dom zły") obok utworów z epoki możemy usłyszeć muzykę Michała Lorenza (m. in. "Bandyta", "Psy","Różyczka"
Również scenografia, aranżacja wnętrz i stroję zasługują na pochwałę, bowiem idealnie oddają ówczesne czasy, ze wszystkimi zachodzącymi przemianami (swoją drogą, to musi być fascynująca praca!).
"Przeprowadzki" to dla mnie serial wyjątkowy, ma swoją magię i ciepło. Z dystansem twórcy podeszli do historii i z przymrużeniem oka do bohaterów. Słowem dla mnie: smakowity kąsek:)


A wspominam o nim właśnie teraz bo na Kino Polska obejrzałam dziś pierwszy odcinek. Dotychczas widziałam zawsze przypadkiem, wybiórczo, nigdy nie obejrzałam całości. Teraz mam okazję:)

Kino Polska- w każdą niedzielę o 21.30, powtórki w poniedziałek, w czwartek o różnych porach:)


                                                                                  

sobota, 13 sierpnia 2011

6 łupów bibliotecznych+owocna wizyta w antykwariacie:)

Rany jak ja lubię chodzić do biblioteki!
A teraz kiedy półki z literaturą polską przeżywają prawdziwy renesans, radość z odkrywania książek, których nie można było uświadczyć przez ostatnie pół roku (a teraz nagle wszystkie wróciły) jest ogromna:) Tym razem jest wszystkiego po troszku:

Od góry:

1) "Domek trzech kotów" Marek Nowakowski. Przeczytałam o tej książce u Mag, a poza tym ostatnio odłożyłam starszą książkę tego autora, więc teraz to prawdziwy łup jest!

2) "Panienka z PRL-u" Jolanta Wachowicz-Makowska. Siedzę w temacie po uszy. Miło mi:) Ale, ale  tą książkę przeczytałam w 2007:( Może przeczytam jeszcze raz?

3) "Ludwig" David Albahari. Znam wcześniejszą książkę tegoż autora "Mamidło", zrobiła na mnie duże wrażenie. A poza tym mam zaufanie do tej serii (W.A.B Don Kichot i Sancho Pansa).

4) "Nieboskie Buenos. W pogoni za tangiem" Marcin Miszczak. Wygrzebałam ją na półkach na szarym końcu biblioteki, gdzieś pomiędzy literaturą podróżniczą, a geografią. Książka oparta na blogu, o tym samym tytule. Przepięknie wydane maleństwo. Nastąpił pomiędzy mną a książką proces chemiczny. Musiałam ją zabrać ze sobą:)

5) "Niedziela, która zdarzyła się w środę" Mariusz Szczygieł. Pierwotne wydanie z 1996:)

6) "Pandrioszka" Krystyna Kurczab- Redlich zbiór reportaży z terenów byłych Republik Radzieckich. No ciągnie mnie w tamtym kierunku, a telewizyjny cykl dokumentów "Szerokie tory" Barbary Włodarczyk ciekawość jeszcze bardziej rozbudziła:)

Kilka książek musiałam odłożyć.

I wizyta w Antykwariacie baaardzo owocna:)

Igor Newerly- 8zł
Katarzyna T. Nowak- 8zł
Magdalena Samozwaniec-uwaga!- 3zł!!
Za wszystko zapłaciłam jednak mniej, bo tylko 14zł. Za 3 zupełnie nowe książki! Ale radocha! Chciało by się zakrzyknąć "nowiuśkie koszule" hihi. Zapłaciłam tyle, ile miałam w portfelu. Bardzo dziękuje za wyrozumiałość:)
Obiecałam, że jak już będę obrzydliwie bogata, przyjdę, kupię bardzo dużo książeczek i nie będę się targować!

Dziękuje za uwagę:)

piątek, 12 sierpnia 2011

Dwukołowy (nieco skrzypiący) wehikuł czasu, czyli "Czerwony rower" Antoniny Kozłowskiej.

  • Na książkę "Czerwony rower" Antoniny Kozłowskiej polowałam w bibliotece już jakiś czas. Nieskutecznie. Krążyła ona nieprzerwanie z rąk do rąk. Aż w końcu ostatnio udało mi się ją przechwycić. Bardzo się ucieszyłam, ale już kilka chwil potem usłyszałam pierwszy zgrzyt, jakby nienaoliwionego łańcucha. Przeczytałam sobie pierwszy akapit, starym zwyczajem witając tym samym książkę w moich progach (robię tak z każdą wypożyczoną, bądź zakupioną książką) i nic. Czytanie pierwszego akapitu jest jak czuły barometr, pokazuje mi jak blisko mi do książki, od razu wiem czy jest między nami chemia. Tutaj o dziwo chemii nie było. Odłożyłam książkę zatem i wróciłam do niej jako do ostatniej w stosiku.
Wróciłam i przeczytałam do końca. Skłamałabym twierdząc, że nie miałam w ogóle przyjemności z czytania. Ależ miałam radość z obcowania z lekturą. W miarę dobrze i niezobowiązująco spędzałam w towarzystwie Gośki, Karoliny, Beaty i Anety czas. Czytanie historii przyjaźni czterech dziewcząt w wieku szkolnym, opiewającą kilka lat, w dodatku lat, w których się samemu żyło jest zazwyczaj przyjemne. 
I nie ma tu zupełnie znaczenia fakt, że ja jestem o 6 lat młodsza od bohaterek, czasy się aż tak szybko wtedy nie zmieniały, także do typowej tysiąclatki śmigałam w Relaxach,  przeżywałam zawirowania  w trójkątach, czworokątach i duetach koleżeńskich i pierwsze zauroczenia chłopcami. Moim udziałem były również klasowe dyskoteki i oczekiwanie na to, żeby ktoś w końcu i mnie poprosi do tańca. I nie ma znaczenia czy to rok 87, czy 93. Dla dziewczynki jaką się wtedy było i dla wspomnień jakie powychodziły z szufladek w głowie nie ma ta różnica w latach żadnego znaczenia. 
To co dziewczęta przeżywały, przeżywałam i ja włącznie ze strachem, połączonym z ciekawością przed "osiedlowym głupkiem", który był na stanie osiedla mojej babci. Zbychu mu było na imię. Tamten Zenek z książki był chudy i wysoki, Zbychu był dla odmiany grubawy i niski i jąkał się. Już dawno o nim zapomniałam, a podczas czytania stanął mi nagle przed oczami jak żywy:)
Przeżycia czasu adolescencji są w swej istocie bardzo podobne dla każdego pokolenia. Nie chciałabym przeżywać ponownie tych katuszy wieku dorastania! Ale z drugiej strony czas liceum był polem największych odkryć, fascynacji i zachłyśnięć światem. Widać wszystko ma swoje plusy i minusy;) 
Zaskoczył mnie trochę fakt (pewnie dlatego mnie to zaskoczyło, bo mi by takie rzeczy nie przyszły do głowy, a i sama nie byłam ofiarą), że ówczesne 15- latki były podobnie okrutne jak te współczesne i uciekały się do takich samych forteli, znęcały się podobnie jak te, które widuje teraz na osiedlu. Niewiele i w tym zakresie się zmieniło. I nie ma co tak bardzo narzekać na współczesną młodzież. Ich rodzice w młodości robili podobne rzeczy. Historia lubi  się powtarzać. To tyle dobrego o książce...

I gdyby pani Antonina zatrzymała się na kilku scenach rodzajowych z czasów PRL-u z przyjaźnią kilku dziewcząt w tle, czyniąc z tego wątek główny, byłoby to dla mnie w sam raz, ale niestety główną kanwą powieści pani Kozłowska uczyniła tajemnice, która jest udziałem dziewcząt i którą już jako dorosłe próbują rozwiązać. I ten zabieg kładzie całą powieść!
 Nie byłam ciekawa rozwiązania zagadki, zwłaszcza, że domyśliłam się dość szybko (nie będąc rzecz jasna do końca pewną), kto, co i dlaczego. Mówiąc kolokwialnie powiało banałem:(
 Poza tym miałam nieoparte wrażenie, że wątek tajemnicy z czasu dorastania był żywcem zerżnięty z innej powieści o podobnej tematyce. Tylko, że w tamtej książce był to wątek poboczny. Wątek, który nie raził. Zdaję się, że to były "Dziewczyny z Portofino" Plebanek. Coś było o drzewie i czymś zakopanym... A może się mylę?

Książkę-składak "Czerwony rower", nieco chybotliwy i nie przemieszczający się z gracją roweru z okładki zaliczam do kategorii czytadła niezobowiązującego, czyli można, ale niekoniecznie. To taka książka...hmmm? O! wanienna jest. Czyta się błyskawicznie, uśmiech na twarzy od czasu do czasu zagości na jakieś wspomnienie, ale nic poza tym:( A i język książki także mnie nie porwał. 
Czasem się zdarza, że książka nie jest bardzo dobra, nie wciąga jak w bagno, ale jest napisana takim językiem, że się nie można od niej oderwać. Tu niestety i tego zabrakło:( 
Właściwie to blisko mi do tej powieści tylko ze względów sentymentalnych. A to stanowczo za mało. Dałam jej w punktacji 3,5 punktu bo pomimo wszystko miło spędziłam czas, ale wiem, że bardzo szybko się ta książka ulotni z mej pamięci. O już się uuulaatnia ziuch, ziuch, ziuch...:)) I nawet nie bardzo miałam chęci dociekać, oglądać, wyszukiwać zdjęć miejsca akcji, a zawsze to czynie, zwłaszcza kiedy akcja powieści dzieje się w PRL-u. Szkoda...

Oto rower wyciągnięty spod pośladka jednej z bohaterek (rzeczywiście nie prezentowałby się najlepiej na okładce książki hihi)

Jeśli lubicie książki z PRL-em, babską przyjaźnią, przygodami charakterystycznymi dla tamtego czasu w tle z czystym sumieniem polecam (tym, którzy jeszcze nie znają) wspomniane już przeze mnie REWELACYJNE "Dziewczyny z Portofino" Grażyny Plebanek i GENIALNĄ "Piaskową górę" Joanny Bator. O tak, przy tych dwóch pozycjach spędziłam wiele godzin na poszukiwaniach zdjęć osiedli, dzielnic, szkół i miejsc z kart powieści. Moja dusza detektywa była przeszczęśliwa!:) 

 "Czerwony rower" chciał się chyba ustawić w równym szeregu z tymi dwiema powieściami, ale zabrakło mu sprawnych kół:))

P.S zupełnie z innej beczki:
chcecie się uśmiać? zaglądnijcie ponownie na post o Relaxach. Dodałam kilka prywatnych zdjęć:)



.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Przystanek "Uryna" Woodstock:)


Przyszedł w końcu czas na mini-relację z mojego wypadu na Przystanek Woodstock. O tym, że relacja z samego pobytu tam, będzie mini mogę Was zapewnić, bowiem spędziłam tam zaledwie ok 4 godziny, ale jako, że cała wyprawa trwała od około 16.00 do 7.00 rano następnego dnia post zapewne nie będzie taki mini:) Zresztą znacie mnie i wiecie:))

Start:)

Mieliśmy w ogóle nie jechać, ponieważ małżonkowi nie chciało się brać naszej Fordzicy, która ostatnimi czasy jest w opozycji do nas i dalszych podróży. Przechodzi chyba okres buntu i nie bardzo chce współpracować. Słowem jest niepewna.
W obliczu mrożących krew w żyłach pogłosek jakoby dojazd do Kostrzyna był tak utrudniony, że trzeba jechać przez Niemcy my zrezygnowaliśmy z samodzielnego wyjazdu, ale jednak traf chciał, że nastąpiła cudowna koincydencja mojego nagłego zapotrzebowania na przygodę z dwoma zwolnionymi znienacka miejscami w busie dalszych naszych znajomych.
A więc Ahoj przygodo!

O 15.30 zbiórka grup kilku. Bus,w którym mieliśmy rezydować miał być przewodnikiem dla kilku samochodów ze znajomymi (dalszymi) w środku. Droga od dupy strony przez Niemcy była nam raczej mało znana.
Jednak patriotycznie pojechaliśmy przez nasz ukochany kraj, umiłowany kraj, ukochane miasta i wioski...pojechaliśmy tak, bo poszła wielka plota (włącznie z Trójką), że wszyscy Niemcy się wybierają się na Prodigy i droga przez kraj obcy będzie podobnie nieprzejezdna jak nasza rodzima. Z dwojga złego lepiej turlikać się na znajomych terenach. Informacja ta rzecz jasna była bujdą na resorach. Drogi były puste:)
Tak więc konwój wyruszył:)) I na nic się zdały apele Jurka O, żeby już nie przybywać, bo miejsca już nie ma. Za późno, wyruszyli już my:)
Droga przebiegała radośnie i, że tak powiem dość młodzieżowo.














Wysypała się grupa kolonijna nr 1 jak winogronka z samochodu z żółtą koszulką lidera (to moi znajomi  sprzed kilkunastu lat)
 Niech Was nie zwiedzie ich groźny wygląd oni w większości tworzą już najmniejsze jednostki społeczne-rodziny i wiodą żywoty przykładnych obywateli:)
 Tu przystanek na siku, naciskały na niego głównie panie. Jako, że przezorni właściciele stacji benzynowych na czas Przystanku pozamykali na trasie wszystkie toalety przyszło nam starym zwyczajem uskutecznić komendę panie na prawo, panowie na lewo. Żałuje, że sytuacja ta dość intymna kilkunastu kucających w kręgu kobiet nie mogła zostać na zawsze uwieczniona hihi- to się nazywa babska siła:)

No to jedziemy. Piękna niemalże pusta droga...do czasu aż 

5 km przed Kostrzynem zatrzymał nas 

na lewo koreczek wesoły...










i na prawo koreczek wesoły:

W obliczu takiego obrotu spraw postanowiliśmy sobie radośnie wysiąść. Skwar w aucie był niemiłosierny, a że przemieszczaliśmy się w tempie żółwia ze złamaną nogą spokojnie mogliśmy iść w cieniu auta obok, zamiast kisić się w środku. Wysiedliśmy i oczywiście jak już w aucie pozostał jedynie niezbędny do procesu poruszania kierowca, korek z nagła (takie rzeczy zawsze dzieją się z nagła) się odblokował i nasz żółty kanarek pojechał zostawiając nas na gorącej jezdni. My chodu za nim...lecimy, gonimy, auto się zatrzymuje i jedzie...oddala się dość systematycznie:)
Gonimy. Żółty jest daleko za tym widocznym w oddali tirem. Będziemy go doganiać i mijać kilka razy zanim dopadniemy naszego wozu:)

Nasz towarzysz podróży, który jako jedyny, dziwnym trafem nie wysiadł. Szczwany lis:)

W końcu po jeszcze jakiś dwóch bardzo radosnych godzinach ciągłego wysiadania i wsiadania w szybkim tempie do autka (już nikt nie marudził wszyscy karnie wsiadali na komendę-nikt nie chciał już powtarzać sprintu za) dotarliśmy do Kostrzyna. Ci szybsi zajęli nam miejsca na samozwańczym, płatnym parkingu z mikro polem namiotowym, toaletą, prysznicem (luksus!) znajdującym się jakieś 20 minut marszu od terenu festiwalu. Całe szczęście nie musieliśmy zostawiać auta w centrum miasta kilka kilometrów od Przystanku ( nie należy słuchać plotek, że jest to jedyna możliwość). Zanim się przedarliśmy przez tłumy zrobiło się po 21 i na scenie za chwilę miał się pojawić Gentelman.
 Urwaliśmy się z mężem z wycieczki, bowiem nie da się sprawnie przemieszczać grupie około 30 osób i nie zatrzymywać się co kilka sekund, bo ktoś się zagubił, a komuś innemu się but rozwiązał. A ja tu przyjechałam nie tylko po to żeby wdychać duszący smród uryny, który rozlewał się falą wzdłuż drogi prowadzącej na główny teren. Na krawężnikach siedzieli zaczadzeni smrodem (i pewnie nie tylko) mieszkańcy namiotów znajdujących się w okolicy oblężonych toi-toi i na terenie wielkiej toalety, jaką stała się kostrzyńska gościnna ziemia! BRRR!

Przedarcie się przez tłumy było nie lada wyczynem. ale w końcu dotarliśmy w jakieś w miarę bezpieczne i charakterystyczne (tak nam się wydawało) miejsca łatwe do ewentualnej lokalizacji. Daremne nadzieję, nikt już się do wyjazdu nie odnalazł.
Gentelman dał koncert bardzo dobry. Dużo bujania. Bardzo pozytywne dźwięki. Pełen profesjonalizm. Chciałoby się żeby koncert trwał i trwał:)


Niestety wszystko co dobre ma swój koniec i Gentemani i piękne panie zeszli ze sceny pozostawiając nas na kolejne 45 minut przy dźwiękach mechanicznej, beznadziejnej muzyki puszczanej z płyty, staliśmy grzecznie (mi już plecy dokuczały) w nieprzebranym, wciąż gęstniejącym tłumie. Pomiędzy ludźmi odbywały się ciągłe wędrówki. Co rusz ktoś się potykał o siedzących, albo o plecaki, których nie było widać. co chwila trzeba było kogoś przepuszczać. Dziwnym trafem wszędzie tam gdzie stawaliśmy robiła się w szybkim tempie główna droga ruchu. Myślę, że nie tylko nam się to przytrafiało:) A na wielkich telebimach namolni operatorzy kamer wyłapywali dziewczęta skąpo ubrane. Chwilę potem owe dziewczęta mające przekonanie, że właśnie mają swoje 5 minut sławy, pokazywały ku ucieszę gawiedzi swoje bujne lub mniej bujne upiersienie:(

Patrząc na te obrazki i słuchając (chcąc nie chcąc) muzyki rodem  z kiepskiej dyskoteki myślałam sobie, czy to jeszcze jest ten mój Festiwal? czy to ten sam Festiwal, na który kilkanaście lat temu czekało się niecierpliwie? No nie jest to ten sam Festiwal, bo i ja już stety, niestety nie jestem już tamtą oszalała nastolatą.
Ale myślę sobie także, że to nie jest już ten sam Festiwal nie tylko ze względu na moje subiektywne do niego podejście, ale obiektywnie zaszły w nim zmiany na gorsze. 
Bo jaka to gwiazda Prodigy? Wiadomo cechą charakterystyczną Przystanku jest jego eklektyczność i nieszufladkowanie ani kapel, ani uczestników. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Jednak jest tyle kapel na świecie, które mogłyby zostać tzw. gwiazdą tego Przystanku. Mam nadzieję, że i Jurkowi dała ta edycja do myślenia.

Ale nic to myślę sobie jestem, przyjechałam, poczekam. Za Prodigy nigdy jakoś specjalnie nie przepadałam (duży sentyment mam do płyty z okolic 96 roku-nawet nie znam tytułu), ale nie miałam nic przeciwko jeśli pojawiało się na imprezie, a kilka numerów naprawdę lubię. Miałam jeszcze nadzieje, że może sam koncert okaże się wielkim wydarzeniem na miarę Gwiazdy. 
Po trzech numerach, kiedy to grupy młodych, naćpanych ludzi, wyglądających na bywalców zupełnie innych imprez co rusz na nas wpadały, przepychały, byle do przodu, kiedy można było spokojnie uciąć pogawędkę z osobą obok, bo nagłośnienie było po prostu beznadziejnie, wiedziałam już, że to nie będzie żadne wydarzenie muzyczne. Koncert sam w sobie był w dodatku słaby. W moim odczuciu. Dwóch kolesi miotało się po scenie i krzyczało  w mikrofony. Sorry, ale to nie moje jest! Ja wychodzę!! czym prędzej!
Wydostaliśmy się z tłumu i połaziliśmy trochę, pooglądać stoiska z kolczykami, pióropuszami itp. Odpust czy jak?
Ciekawostka, która mnie ubawiła: Cudne dziabągi!


 Przypadkiem zaplątaliśmy się na pole namiotowe. Myślę siądziemy, odsapniemy. Ale gdzie tam! Choćbym była wykończona śmiertelnie nie złożyła bym swego odwłoka na tej błotnistej ziemi. W dodatku mam niemalże pewność, że oprócz błota w składzie były zgoła odmienne związki chemiczne, pochodzenia odczłowieczego.
Uciekliśmy i stamtąd. Chciałam dostać się na scenę folkową, ale po pierwsze nikt z pytanych nie wiedział gdzie się ona znajduje, a po drugie gdybyśmy nawet posiedli tą wiedzę tajemną, nie wiem czy wykrzesałabym w sobie na tyle determinacji, żeby się tam przez te tłumy przedrzeć. Nie, pas! Idziemy do Hare Kriszna pod namiot się legnąć. Jak rzekli, tak zrobili. Się tam leżało!!
Pod Hare Kriszna odnaleźli nas równie zniesmaczeni i umęczeniu towarzysze niedoli...o przepraszam wyprawy. Dziwnym  trafem ci starzy wyjadacze, którzy z niejednego pieca festiwalowego chleb jedli, także mieli dość. Nie wiem jakieś gromadne przeciążenie nastąpiło z nagła. Starość nas dopadła czy jak?:))

Ja swoją reakcją nie byłam zaskoczona, bowiem od kilku lat moje festiwalowe zapotrzebowanie zaspokajam przy pomocy Openera, czy świeżo odkrytego Orange Warsaw Festival, a na Woodstocku w ciągu ostatnich 10 lat byłam chyba ze 3 razy, zawsze na kilka godzin. Tak, to jest starość:)
Może gdyby głównym priorytetem moim było siedzenie na polu ze znajomymi i nie przemieszczanie się zbytnie jakoś bym przetrwała, ale to już mnie nie kręci. Nie wyobrażam sobie w takich warunkach trzech dni. I nie chodzi tu nawet o brud i mycie. Myślę, że spokojnie mogłabym sobie je odpuścić. Wiadomo częste mycie skraca życie. Za to groziłaby mi śmierć z odwodnienia:) Przez te kilka godzin odmówiłam przyjmowania napojów po to żeby nie dopuścić do późniejszego procesu wydalania (jakiegokolwiek). Kilka godzin da radę, ale trzy dni? Byłby problem:) Również mam ograniczoną tolerancje na widok grup ludzi przeze mnie nazywanych Zombiesami.
Dla niewtajemniczonych 
"Zombies to jednostka, lub grupa ludzi (w wieku różnym, jednak przeważającym młodym) odurzona środkami psychoaktywnymi, z mętnym nieobecnym wzrokiem, przemieszczająca się krokiem posuwistym, nieskoordynowanym, będąca potulna, bądź agresywna, a najczęściej po prostu gdzie indziej." 
Nie powiem mając lat kilkanaście sama zasilałam ich szeregi:) Wszystko jest dla ludzi...ale nic na to nie poradzę, że reaguje na takie obrazki upodlenia tak alergicznie:)
W dodatku nie przepadam za tłumem. Zawsze dostaję jakieś lękówy. Z wiekiem mi się to nasila.
Dlatego czapki z głów dla wszystkich, tych, szczególnie starszaków, którzy przetrwali tam te wszystkie dni!! To się nazywa bohaterstwo! 

Rzecz jasna nie oceniam całego Festiwalu, bo na nim nie byłam w całości. Odnoszę się tylko do dnia ostatniego.
To nie dla mnie:( Nie dla mnie 600 tysięczne tłumy, nie dla mnie ta masówka, nie dla zasikane po brzegi połacie ziemi, nie dla mnie odpustowe budki. Nie dla mnie...to starość! Jestem stara! aaaaaaaaaa

Miałam wielką potrzebę przygody, zaspokoiłam ją w drodze, która była dość mocno młodzieżowa. Zamieniłam bym te cztery godziny na terenie Przystanku, na drogę jeszcze raz i koreczek wesoły na trasie:) Ta wycieczka odjęła mi spokojnie 10 lat z karku. Tam się nie czułam wcale, a wcale stara:))

Powrót nastąpił w zmienionym składzie personalnym i samochodowym. Mój mąż jako osoba niepijąca został zaklepany jako szofer dwóch dam, które mogły dzięki temu spokojnie oddać się zabawie, przekazując kierownice w pewne ręce:) Chętnych było więcej, ale wygrał urok kobiecy.

Na dzień dobry utknęliśmy w wielkim niekończącym się korku. Samochody praktycznie się nie poruszały. Po godzinie i konsultacji z żółtym, który wyruszył pierwszy i zmieniliśmy trasę z tej prowadzącej w linii prostej do domu, na drogę prowadzącą w kierunku Gorzowa, czyli w przeciwnym. Z dwojga złego jednak lepiej poruszać się cudownie pustą drogą i oddalać się 50 km od domu, niż stać w korku, w ogóle się do niego nie przybliżając.
W okolicy 5 rano mojego męża opuściły siły i nastąpiła krótka przerwa na drzemkę w poskręcanych pozycjach. 
Na parkingu znalazłam dwie smutne choinki: pięknie nie?


Ostatecznie po siódmej rano wylądowaliśmy w domu, a około 8 w łóżku:)

Było doobrze:))

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Zima stulecia, kozaki Relax i lalka Barbie-oglądam się za siebie, czyli post bez końca:)


"Już nigdy nie będzie takiego lata (...)
 nigdy nie będzie takich wędlin
 Takiej coca-coli
 Takiej musztardy,
 I takiego mleka (..)
 Nigdy nie będzie takiej telewizji,
 Takich kolorowych gazet..."
"Finlandia" Świetliki:)

Jako,że poprzedni post o smakołykach z czasów dzieciństwa Wam się spodobał będzie dalszy ciąg:) Na początek zaznaczam, że jeśli chodzi o zdjęcia to korzystałam z dobrodziejstw internetu:)

Urodziłam się podczas zimy stulecia...

Jak widać ludzkość jakoś sobie radziła:)
 Większość zapewne miała na nogach kozaki-cud Relaxy (nigdy już potem nie trafiłam na cieplejsze obuwie) Na szczęście bardzo szybko zostałam posiadaczką ślicznych dziewczęcych czerwonych kozaków na lekkim nawet obcasiku. Rany jakie one były cudne! To były fantastyczne Mikołajki kiedy zamiast prezentu schowanego starą tradycją w bucie znalazłam buty jako prezent:)

to na szczęście nie te śliczne kozaczki Mikołajkowe:)

Na nogach się miało kozaki a na kilkuletnim korpusiku kożuszek, ale taki, co to się w nim wyglądało jak miś albo baranek. Pamiętam go dokładnie:)
A pod spodniami albo pod spódniczką nosiło się rajtuzy. Nie rajstopki, ani nawet rajstopy, to były rajtuzy! Rajtuzy nawet nazywają się nieprzyjemnie i w brzmieniu samo słowo jest jakby bardziej chropowate. Nienawidziłam ich szczerze, zawsze były dyskretnie za małe i lekko wisiały w kroku, w dodatku trochę drapały brr. Czy Was też rodzice ciągle podszczypywali po nogach podczas ich nakładania? Nie myślcie sobie ci, którzy szczęśliwie nosili już rajstopki, że moi rodzice byli jacyś okrutni i z wrednym uśmieszkiem dużego człowieka szczypali po nogach tego małego. Nie! Ci, którzy doświadczali procederu (w zimie stanowczo zbyt częstego) nakładania na małe i większe nóżki rajtuz wiedzą, że elastyczność nie była ich mocną stroną, wręcz przeciwnie były niemiłosiernie sztywne:)
Wszystkie dziewczynki marzyły o komplecie czapka i szalik w różnych kolorach z trzema paskami i z logo kangurkiem:
Oryginalny komplet był dość drogi, dlatego musiałam się zadowolić podróbą:(

Po zimie zazwyczaj przychodzi wiosna a po wiośnie lato (przynajmniej w latach 80-tych był zachowany ten porządek-teraz różnie z tym bywa) i przełomowym momentem, od którego zaczynał się sezon letni była zgoda rodziców na przesiadkę z rajtuz na podkolanówki. Cóż to było za szczęście móc ubrać do przedszkola kolanówki! One zazwyczaj były białe i miały wzorki były bardzo charakterystyczne. Na pewno je pamiętacie. Niestety nie mogę znaleźć żadnego zdjęcia:( Obiecuje, że w najbliższym czasie przekopie zdjęcia i znajdę siebie w tych podkolanówkach:)

Na rozpoczęcie roku szkolnego obowiązkowa była plisowana granatowa spódniczka, biała bluzka, rzeczone podkolanówki, albo białe rajtuzy, nieodłącznym elementem był na zakończenie roku kwiatek-goździk:) A w zwykły dzień szkolny nosiło się fartuszek


O rany to mój fartuszek jest! Miałam identyczny. Na szczęście przymus ich noszenia był tylko do końca lat 80-tych, czyli ja się męczyłam w fartuchu jakoś do III klasy. Na plecach targałam tornister. Jeszcze w pierwszych latach podstawówki był on ze skóry, ciężki sam w sobie, potem na początku lat 90-tych nastąpił wielki szał na pierwsze plecaki z materiału zamykane na takie plastykowe zatrzaski.

klasyka

Przez drugie pół roku szkolnego trochę się nanosiłam na plecach tego tornistra, bowiem w połowie roku się przeprowadziłam i musiałam dochodzić do szkoły. A był to spory kawałek. Drogę tę dzielnie pokonywałam sama! Nie bano się mnie puszczać, pomimo tego, że po drodze były dwa przejścia przez jezdnie. Ot czasy:)
Do drugiej klasy poszłam już do nowej szkoły (to nie był myślę dobry pomysł) typowej tysiąclatki (stara szkoła cieszyła się mianem najstarszej w mieście, mieściła się w starym klimatycznym budynku z mosiężnymi drzwiami zupełnie nieprzystosowanymi dla małych człowieczków), za to nowa szkoła znajdowała się jakąś minute od mojego domu. Mogłam na nią spoglądać z okna. Notorycznie się więc spóźniałam (w starszych klasach), bowiem wydawało mi się, że wystarczy mi 20 sekund, potem 10 sekund na dotarcie do niej:) A poza tym chyba jakoś niespecjalnie mi się do niej spieszyło:))

takimi kredkami się robiło pierwsze szlaczki w pierwszej klasie. Tak, tak uprzedzę Was były jeszcze kredki Bambino i później trochę mazaki:)

 Taka plastelina-prawdziwy rarytas!
jeszcze się załapałam na ostatnie chwilę kleju w takiej postaci. Niedługo potem już był dostępny taki w tubce, co się zwał "biurowy"

ktoś mi buchnął moją książkę czy jak?!


Pamiętacie?

Długo marzyłam o takim piórniku. W końcu go dostałam. Potem był szał na zamykane na zamek piórniki z wyposażeniem. W końcu się doczekałam był z obrazkiem My Little Pony:) Niestety musiał mi wystarczyć taki bez wyposażenia bez bocznych skrzydełek, jednopiętrowy. Ale i tak był szał, był szaał:)

W piórniku tym niektórzy mieli długopis-kilka kolorów. Najprawdziwszy hit:)



Nieliczni ci, którzy mogli wykazać się starannym pismem mogli pisać piórem Zenit. Jak to pisało!
klasa.klasa! Ja niestety robiłam kleksy, dlatego pisałam długopisem firmy Zenit:) Królestwo za takie pióro! Długopis Zenit miał kilkanaście wcieleń.

pierwszą rzeczą jaką się robiło zaraz po podpisaniu zeszytów to własnoręczne robienie marginesów:)

Takich cudów już nigdzie się nie uświadczy:)

miałam tylko raz taką odznakę:)

Tych niekoniecznie wzorowych uczniów Dzienniczek ucznia napawał lękiem:) Miałam taki z kaczuchą)


Każdy uczeń, zwłaszcza wzorowy wpłacał pieniążki na książeczkę SKO (Szkolna Kasa Oszczędności). To taka nauka ekonomii:)

No dobrze wróćmy więc do domu. Popatrzmy jakie tam cuda niewidy były:)
U babci dostawało się obiad zrobiony na przykład  w prodiżu. Pamiętacie taki sprzęt?
pranie robiło się w pralce Frani...a to już wyższy level. Posiadali nieliczni:)
Oglądało się czarno-biały świat w:
normalnie mój:)

Potem mieliśmy szczyt radzieckiej techniki telewizor Rubin. Oglądało się go, a w głowie tłukła się myśl-zapytanie: wybuchnie czy nie wybuchnie? pamiętacie one te telewizory lubiły wybuchać, chyba w ramach sabotażu sąsiedzkiego (znajomej mojej ciotki wybuchł rzeczony Rubinek i spaliło się pół domu) po tej historii poziom adrenaliny podczas oglądania wespół zespół z kortyzolem wzrósł niebezpiecznie:)

oto on: wybuchowy telewizor:)

Jako, że w ówczesnym programie tv nie było zbyt dużo propozycji słuchało się radia (wersja krótka)

moje radio!
i wersja wydłużona. Też taki mieliśmy:)

 albo jeśli było się szczęśliwym posiadaczem kasetowca Grundig albo Kasprzak kaset.

maniakalnie się na niego nagrywaliśmy z kuzynem

Potem Grundig miał kolejne swoje wcielenia jeszcze bardziej profesjonalne. W pierwszych latach 90-tych przyszedł szał na tzw jamniki. (ja mam to szczęście, że słuchałam całych audycji-mało świadomie rzecz jasna-jeszcze ze szpulowca i nie mogę odżałować, że został wywalony na śmietnik razem ze szpulami buuu)

nasz jamnik był koreański i nazywał się bodajże fanasonic hihi

Kolejny cud techniki! Można było słuchać muzyki zawsze i wszędzie. I pomyśleć, że jest to już zabytek nad zabytkami:) Ależ ja marzyłam o walkmanie! dłuuugo. No szpaaan był!

A kiedy przychodziły chłodne zimowe wieczory grzaliśmy się farelkami (nasza żywot swój zakończyła zupełnie niedawno)
nasz model był niebieski
Inne źródło ciepła:

mieliśmy identyczny tylko niebieski. U babci jeszcze był odkurzacz ręczny Kasie:)

A teraz coś z zupełnie z innej beczki:
Taką maszynę miał mój tato. Pisał na niej doktorat i różne swoje rzeczy. W II klasie na Dzień Ojca trzeba było napisać wypracowanie o tacie i ja napisałam między innymi, cytuje z pamięci: "Mój tato pisze naukowe bzdury na maszynie i lubi The Police". Bawi nas ta fraza do dziś:) Potem ja stukałam na maszynie i czułam się strasznie ważna!
A propo taty to:
jeszcze do niedawna golił się taką maszynką. Identyczną! Twierdzi, że taka jest najlepsza, co wcale nie znaczy, że umie się nią ogolić bez krwawej rzezi na twarzy:)

Ci, którzy wyczekali swoje cierpliwie dochrapywali się własnego telefonu stacjonarnego: 
prawdziwy luksus!

My nigdy nie mieliśmy własnego telefonu, ale jak mieszkaliśmy w Domu Asystenta telefon był na portierni. Zawsze można było z niego zadzwonić, a jeśli ktoś dzwonił do nas pani portierka z kresowym akcentem (moja ulubiona pani) wołała do telefonu przez taki specjalny sprzęt. To się chyba nazywało interkom. 
Często się także dzwoniło z takiego aparatu. Pamiętam jeszcze te starsze modele, ale byłam za mała żeby z nich dzwonić:) Większość nie miała telefonu i zawsze się ludzie odnajdywali. A teraz? teraz się już nie da:)

Zestaw podstawowy herbata w szklance i zegarek-hit komunijny! Zegarek ma zapewne budzik, podświetlacz  i co najważniejsze MELODYJKI! Kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt melodyjek:) 
Dziewczynki dostawały taki babski zegarek i wisiorek z Bozią, albo przy dobrych wiatrach złote kolczyki lub łańcuszek, ale nuuuda!


Kawę pili dorośli w tych szklankach, sypaną, z wielkich kopiastych łyżek (uwielbiłam patrzeć jak cukier powoli jest wciągany przez duży puch kawowy) Ale żeby napić się tej kawy musieli sobie jeśli już ją gdzieś upolowali zmielić w:

Strasznie hałaśliwe stworzenie, ale za to jak pięknie pachniało:)
A wodę czasem się gotowało przy pomocy grzałki



A jak my dzieci spędzaliśmy czas wolny? Przed telewizorem? 
Nie! (no chyba, że Teleranek, a wieczorem Za chwilę dalszy ciąg programu) my dzieciaki większość czasu spędzaliśmy na podwórku:) 
Dziewczynki robiły fikołki na trzepaku (ja nie robiłam), grały w gumę, albo w kręconkę. W obu tych dyscyplinach nie byłam najlepsza:) Chłopcy grali w kapsle i zbierali resoraki i żołnierzyki.
 Z wielką przyjemnością się bawiłam samochodzikami kuzyna.Miał ich mnóstwo. Była tam straż pożarna, policją, karetka. Taki świat w mikro wymiarze:)
 Problem w tym, że on chciał się ścigać, bawić w policjantów i złodziei, robić kraksy, a ja tworzyć miasta z komisariatem, szpitalem i samochodami wożącymi rodziny. Krótko mówiąc konflikt interesów:)) Często bawiliśmy się też w dom w namiocie zrobionego z krzeseł i koców. Nie ma lepszej zabawy!
Można się było bawić nie tylko z rówieśnikami, ale także z dorosłymi. Z nimi grało się w gry planszowe Chińczyka, Monopol albo Eurobusness Pamiętam, że na wczasach w 88 roku graliśmy po kilka godzin dziennie w to drugie!
Można było także sprawdzić swoją wiedzę poprzez elektroniczną encyklopedie wiedzy. Pytania wcale nie były proste:) Kochałam to!
Ja jednak najbardziej lubiłam się bawić w sklep. Wyciągało się w szaf ubrania i wszystkie domowe drobiazgi i się sprzedawało. Ależ frajda! No i zestaw edukacyjny mała poczta: moja ukochana zabawa!


No i nie można zapomnieć o kultowej zabawce:
nu pagadi zajec!!
o rany!


Pięękne!
Małe dziewczynki bawiły się lalkami i misiami.
 Takie lalki się woziło w wózkach (miałam czerwony) odrobinkę są one upiorne :)
oprócz misiów lalek były także koty. Miałam bardzo podobnego stwora:
 Z plastikowych zabawek jak byłam zupełnie mała to miałam takiego wielkiego kaczora na kółkach, jeździłam z nim wszędzie (mam gdzieś z nim zdjęcie, znajdę to dorzucę)

Miałam także lalkę Piotrusia, która to lalka miała uwaga...siusiaka!! Zgniła mu głowa bo karmiłam go jak na troskliwą matkę przystało mlekiem. No i niestety trzeba było Piotrusia wyrzucić bo śmierdział okrutnie. Mleko nienajlepiej się sprawdza w głowie lalki:))) 
Była też Kasia. Miś Kasia:) Miś Kasia miała ogólnie przechlapane, bowiem sadystycznie się nad nią pastwiłam. Robiłam jej dziury w pysku, a potem, tym razem jak na profesjonalnego stomatologa przystało wypełniałam je różnymi maziami:)
Czas na lalkę Zuzę. 
Babcia mi ją przywiozła ze Związku Radzieckiego. Była duża (lalka nie babcia) i jak się jej podniosło ręce to chodziła. Skończyła dramatycznie. Chciałam Zuzce założyć czapeczkę na jej dużą głowę. Traf chciał, że czapeczka była malutka i tak się szarpałam z Zuzą, że w końcu jej głowę urwałam. Rozpacz dziecka, które samodzielnie wykończyło ukochaną lalkę jest niewysłowiona:))

Już jako większa dziewczynka marzyłam jak wszystkie inne dziewczynki o lalce Barbie! Żadne tam Diany, czy inne rodzime wynalazki mające zastąpić prawdziwą Barbie nie były w stanie mnie zadowolić:)
Ja doczekałam się jednej Barbie i jednego Kena. Miałam koleżanki, które miały ich po kilka włącznie z domkami i samochodami. Ja miałam jedną skromną sztukę:) Skończyła dość marnie. Wyciągnęłam jej głowę i zrobiłam irokeza. Wisiała ta głowa na ścianę, na tle punkowych plakatów i wycinków z gazet. Taki już los lalki Barbie:) ja coś miałam chyba z tymi głowami?

Miało już nie być żadnych zdjęć, ale nie mogę nie umieścić tej małpki Moncziczi! Kto miał taką samą ręka do góry!!:))

Szukam i szukam i nie ma! A bez gumowej figurki E.T z wyciąganą głową post jest niekompletny!!

Moi drodzy. Zaczęłam wpadać w panikę! Przestraszyłam się, że ten post nie ma końca i ja tak będę to pisać i pisać, aż mi oczy wypłyną na klawiaturę, a w dłoniach i w palcach złapie mnie nieustający skurcz i tak tu zastygnę! A post sam się będzie pisał:)
Tak więc podejmuje w tej oto chwili decyzję, że kończę, że się nie da wspomnieć o wszystkich urządzeniach, zabawkach, akcesoriach. Być może będzie kolejny odcinek? Kto wie?:) A póki co idę sobie stąd do mojego współczesnego łóżeczka  i...męża:))
Uff a jednak KONIEC:)

PRYWATA:

Obiecałam, że pogrzebie w moich zdjęciach i znajdę fotę mej nogi w kolanówię. Niestety nie udało mi się:) Także zdjęcia jak wracam ze szkoły z tornistrem na plecach wygląda inaczej niż sobie wyobrażałam, ale jak już zadałam sobie trud wykopalisk zamieszczę to, co udało mi się wygrzebać:)

Książeczka Zdrowia Dziecka.
W niej to odnotowane jest żem urodzona 2 miesiące wcześniej z wagą 1200 gr i 27 cm WOW, cytując Dziewońskiego ze skeczu o Kubie "olbrzymie bydlę"!

Ja z misiem Kasią (to ta sama misia, której leczyłam zęby) na zdjęciu także wózek, w którym Kasia się ledwo mieściła. Wózek był koloru soczyście czerwonego:)

Niezidentyfikowany obiekt latający się zrobił od lampy:)

Dyplom przedszkolaka- bardzo byłam szczęśliwa, że już nie muszę chodzić do tego miejsca tortur! Żeby było śmieszniej pani obok, której siedzę na zdjęciu (z lewej) okazała się (10 lat później) być mamą mojego chłopaka Marcina. To się nazywa spotkanie po latach!


Zdjęcia E.T nie posiadam. Jedyne jakie mam to takie: dla ludzi ze słabym wzrokiem: E.T siedzi mi na głowie:))


Tu wracam ze szkoły z tornistrem na plecach. Nic nie widać, ale i tak jest śmiesznie:))


I dwa bonusy. Mój tato miał w zwyczaju Smieną 8 cykać setki zdjęć (ojcowie myślę tak mają), ale mój tato dodatkowo nadawał im, tym zdjęciom tytuły np:

to zdjęcie nosi tytuł:

powinnam się obrazić? hihi

a to koszmarne! wiecie jak ciężko się otwierało te drzwi? A one prowadziły do domu!:) O znowu obiekt latający mi się na kolanie zalogował:)

to zdjęcie natomiast nosi uroczy tytuł:

Tato mnie bardzo kocha! Ma poczucie humoru nie ma co! Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nie wyglądam najlepiej:)