"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

poniedziałek, 17 października 2011

Kwiat polskiego kina podbija 27 Warszawski Festiwal Filmowy:)



W sobotę wieczorem 15.10 ogłoszono laureatów 27 WFF:)

Nagroda główna w konkursie międzynarodowym
 Warsaw Grand Prix  przypadła filmowi polskiemu:))
To wielkie wyróżnienie odebrał: 

 Wojciech Smarzowski ("Wesele", "Dom zły") za najnowszy film pt:
"Róża" 



Piękny plakat! (łudząco przypomina okładki książek Małgorzaty Szejnert-nieprawdaż?)
Do kin film trafi pod koniec roku.

Z Filmweb:
Lato 1945 roku, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Tadeusz, polski żołnierz, któremu wojna zabrała wszystko i niczego nie oszczędziła, dociera na Mazury, na ziemie, które przed wojną należały do Niemiec, a po wojnie zostały przyznane Polsce. Odnajduje wdowę tytułową Różę po niemieckim żołnierzu, którego śmierci był świadkiem...

To nie koniec nagród dla naszych:) 
Kolejna tym razem Specjalna Nagroda dla Najlepszego Aktora powędrowała do:

Roberta Więckiewicza.


 za rolę w filmie Grega Zglińskiego pt:
"Wymyk"

Brawo! brawo! brawo!:)

Z Filmweb:
Najmocniejszy polski film tego roku! Niezwykła rola Roberta Więckiewicza, która łamie stereotyp bohatera męskiego kina. Twoje życie może zmienić się w ułamku sekundy. Alfred (Robert Więckiewicz) żyje na krawędzi, uwielbia prędkość i adrenalinę, ale to jego młodszy brat jest odważny w prowadzeniu wspólnej firmy. Kobieta, interesy, uwaga rodziców – wszystko ich dzieli. Zazdrość Alfreda przeradza się w otwarty konflikt. Tego dnia Alfred zrobi coś, co zmieni jego życie na zawsze.

Nagroda za reżyserię za kanadyjsko-argentyński film
 "Inna cisza" otrzymał:
 Santiago Amigorena

Z Filmweb:
W mroźny poranek seria strzałów niszczy życie Mary. Mordercy zabijają jej męża i syna. Będąc funkcjonariuszką policji w okręgu Toronto, wybiera drogę zemsty. Próbuje sama dopaść zabójców i ich zleceniodawców. Niczym we współczesnym westernie, jej droga prowadzi do granicy Argentyny z Boliwią, do innego świata. Współczesny western z kobietą w roli tradycyjnego rewolwerowca. Sama w obliczu świata, którego kodów nie zna, szuka ścieżek trudnych do przejścia i niemożliwych do rozszyfrowania. Film staje się alegorią zemsty, która staje się początkiem drogi do odkrycia samego siebie.


Wyróżnienie jury festiwalu, oraz jury ekumenicznego dla filmu "Droga na drugą stronę" reż:
Anca Damian (Rumunia/Polska)

Latem 2007 roku zostaje okradziony znany polski sędzia. Z konta w banku pobrano mu około 500 euro. O to przestępstwo zostaje oskarżony Crulic, 33-letni Rumun. Umieszczony w krakowskim areszcie, natychmiast rozpoczyna strajk głodowy. Chce się spotkać z przedstawicielem konsulatu i zmienić adwokata. Twierdzi, że w czasie, gdy popełniono przestępstwo był we Włoszech. Na początku 2008 roku ze względu na pogarszający się stan zdrowia sąd postanawia go zwolnić. Ale jest za późno. Młody człowiek umiera 16 godzin później. Pełnometrażowy animowany film dokumentalny nakręcony przy użyciu mieszanych technik animacji.
 oraz dla filmu "Ciemne sprawy" i dla filmu "Wymyk".

KONKURS 1-2

"Portret o zmierzchu" reż:
Angelina Nikonova (Rosja)

KONKURS "WOLNY DUCH"

"Pompeja" reż: Tamae Garateguy (Argentyna)

KONKURS FILMÓW DOKUMENTALNYCH:

"Gorzki smak wolności" reż:
Marina Goldovskaya (Szwecja/Rosja/USA)

KRÓTKI METRAŻ:

Short Grand Prix:
 "Making of Longbird" reż: 
Will Anderson (Anglia)

Najlepszy Animowany Film Krótkometrażowy:
 "Rapsodia Branta" reż:
Francois Avril (Francja)

Najlepszy Aktorski Film Krótkometrażowy:
"Rzeka" reż: Anca Miluna Lazarescu (Rumunia)

Nagroda FIPRESCI

Najlepszy debiut Europy Wschodniej:
"Ave" reż: Konstantin Bojanov (Bułgaria)

Nagroda Publiczności nie została jeszcze przyznana:)
Czekam na tę informację niecierpliwie, ponieważ bardzo ufam festiwalowej publiczności. Rzadko kiedy na wyróżnionych filmach się zawodzę:)
Spójrzcie sami:

2010
"Brzmienie lasu" 
nie widziałam jeszcze.
2009
"Dom zły" i "Witamy"
2008
"Walc z Baszirem"
2007
"Wizyta orkiestry" (Izrael)
2006
"Życie na podsłuchu" (Niemcy)
2005
"Jabłka Adama" (Szwecja)
2004
"Kontrolerzy" (Węgry)
2003
"Kumple" (Norwegia)
2002
"Elling" (Norwegia)
2001
"Włoski dla początkujących" (Dania)
2000
"Samotni" (Czechy)

Historia Nagrody Publiczności na lata 1987-1999 na stronie:

piątek, 14 października 2011

Czytam w wannie i rogi czasem zaginam...Zaszłam i ja do Klaudyny:)

Postanowiłam przyłączyć się do zabawy zaproponowanej przez Klaudynę http://kreatywa.blogspot.com/2011/10/ja-i-czytanie-czyli-klaudyna-i-jej-kkd.html#comments. :)

1) Gdzie najchętniej czytacie-czy macie swoje ulubione miejsca, w których czytanie smakuje najlepiej?

Najchętniej czytam na tzw. wersalce.
Musi być złożona wtedy mogę się oprzeć, a nogi położyć na przyjaznym taborecie. Często czytam także w pozycji półleżącej na rozłożonej dla odmiany wersalce, oparta o poduchy.
Namiętnie czytam w wannie. Oj wanna, książka i Trójeczka, lub muzyczka z CD, to idealne połączenie. Tylko czemu ta woda tak szybko stygnie? Niestety w porze jesienno-zimowej nie mogę zbyt długo tam czytać, bo zimno w łazience jest niemożliwie:( 

Aha czytam także na toalecie, wiem wiem, że to szczególnie niezdrowy nawyk dla pewnej części ciała:) No, ale co poradzisz?
Moja pora na czytanie: noc, miejsce: kanapa, dodatki: muzyczka w tle (w nocy najczęściej delikatny jazz,  w dzień muzyka clubowa)

2) Jak wiele czasu poświęcacie książkom? Czy czytacie tylko do poduszki, tylko do kawy, czy może zawsze i wszędzie kiedy tylko się da?

Czytam zawsze i wszędzie. Nie ruszam się nigdzie bez książki. Po prostu zabieram coś do czytania wszędzie (no chyba, że idę do lasu z koleżanką- to wiadomo, nie czytam wtedy bezczelnie), torby wybieram pod kątem wielkości, czy książka się zmieści. Posiadam kilka takich mniejszych, nie cieszą się moją sympatią. Miewam natomiast od czasu do czasu kryzysy czytelnicze i wtedy po prostu nie czytam. Daję sobie prawo do nieczytania. Nie ma we mnie imperatywu, że zamiast oglądać tv powinnam czytać, bo czytanie zajęciem pożytecznym jest:) Choć czasem chciałabym żeby ktoś mi zabrał ukradkiem TV i odciął internet:)
Aha uwielbiam czytać w środkach lokomocji i świetna jestem w dostojnym czytaniu w chodzie. Jestem w tym niepisaną mistrzynią. Nigdy się nawet nie potknęłam, choć na co dzień potykanie się to moje drugie imię, a niekontrolowane zderzanie się z framugą drzwi moją codzienną rzeczywistością. Co ja się nagadam po takiej czołówce, a raczej bokówce, czy ramieniówce do tej framugi! A ona nic! Milczy tylko:)

3) Czy macie jakieś książkowe nawyki? Odprawiacie jakieś szczególne rytuały przed przystąpieniem do lektury?

Przed samym przystąpieniem do czytania nie, ale zawsze po powrocie z biblioteki (to musi być stosik) witam się z każdą książeczką, przemawiam do niej i czytam z każdej po pierwszym akapicie.
 Z innymi książkami także to czynię, ale ma to już mniejszą moc, bo nie zdarza mi się przynosić z księgarni stosików. 
Mam także tak, że żebym uznała książkę za przeczytaną, to musi być przeczytana od początku do końca. Z przedmową, okładką, ze wszystkim. Jeśli opowiadania to wszystkie (nawet te co mnie nudzą, albo znam z innego wydania). Jeśli książkę odkładam niedoczytaną (a tej sztuki nauczyłam się zupełnie niedawno), nie wpisuje jej do kajeciku.
tu wpis sprzed 10 lat 

Teraz funkcję kajeciku przejął blog. Trochę tęsknie za kajecikiem i za pisaniem w kalendarzu.

4) Jak oznaczacie stronę, na której skończyliście lekturę? Zaginacie rogi? A może odkładacie książkę grzbietem do góry? Używacie zakładek, papierków, długopisów i wszystkiego co wpadnie w ręce.

Tak, czynię to barbarzyństwo i odkładam książki grzbietem do góry (nie zawsze rzecz jasna, staram się nie), oraz zaginam rogi (takie malutkie różki) kiedy chcę zaznaczyć jakiś cytat. Kiedyś zapisywałam je na kartce i wszędzie chodziłam z długopisem. Było to dość uciążliwe. Mam swoją ulubioną zakładkę, ale używam jej rzadko i tylko w domu, bo lubi się ona gubić.
tą pierwszą już przedstawiałam (to ta co się lubi gubić). Ta druga, zwykła jest obecnie w codziennym użyciu:)

 Często zaznaczam czym popadnie, choć ostatnio rzadziej. Nie mam także bardzo nabożnego stosunku do książek. Staram się ich nie niszczyć wiadomo, ale jeśli którejś coś się przytrafi nie robię histerii:)
Kiedyś parę lat temu pożyczyłam przyjaciółce "Widnokrąg" Myśliwskiego i ona książkę zapaskudziła przypadkiem jogurtem, który jej się wylał w torbie. 
Rany julek jakże długo ona się zbierała żeby mi o tym powiedzieć (wiedząc, że to moja ukochana książka) i jak mi już w końcu o tym opowiedziała, mając niemalże łzy w oczach, to ja nie mogłam pojąć po co tyle zachodu, tyle podchodów. Książka rzecz święta, ale bez przesady. Od lat ta książka ma dla mnie jeszcze większą wartość, bo to książka po przejściach, książka z historią:)

5) Czy zdarza Wam się czytać kilka książek jednocześnie? Z jakiego powodu?

Tak, bardzo często czytam kilka książek jednocześnie. Najczęściej wtedy kiedy jestem w ciągu czytelniczym i nie wiem na co się zdecydować. Najczęściej wtedy czytam książki różne gatunkowo. Na przykład powieść, reportaż i opowiadania. Rzadko kiedy dwie powieści naraz. Jedną książkę czytam wtedy, kiedy mnie ona wciągnie dokumentnie, nie pozostawiając miejsca na nic innego, albo wtedy kiedy mam kryzys  i weny na czytanie starcza mi na książkę sztuk jedna.

6) Najczęściej kupujecie książki na własność, czy wypożyczacie? Należycie do grona ludzi gromadzących zbiory, czy nie zależy Wam na wypychaniu książek półkami?

Jestem uzależniona (o czym  już wspominałam) od biblioteki.
Uwielbiam ten stan kiedy udaje mi się upolować łupy, uwielbiam krążyć pomiędzy półkami. Ale wypożyczam tylko te nowe książki, chyba, że bardzo chcę coś przeczytać i innego wydania niż to starsze nie ma. 
Mam to szczęście, że moja biblioteka (również osiedlowa filia) jest świetnie wyposażona. Książki gromadzę i owszem (nie wyobrażam sobie, że miało by być inaczej), jednak kupuje w tanich księgarniach (czytaj Dedalus), albo w antykwariacie. Na nowe, księgarnianie książki mnie zwyczajnie nie stać, co mnie rzecz jasna bardzo smuci. Pozwalam sobie na małe szaleństwa w księgarni w ramach prezentu. Takie prezenty mnie cieszą najbardziej. A każde kupno nowej książki jest dla mnie świętem. A żeby coś było świętem zdarzać się musi z rzadka. Toż to oczywiste:)

7) Czy chcielibyście, aby w autobusach pojawiały się specjalne oznaczenia: ustąp miejsca czytającemu?

Nie mam takiej potrzeby. Mogę czytać spokojnie na stojąco, a poza tym jeśli gdzieś jadę MZK, to najczęściej wyruszam z pętli, więc miejsc siedzących mam pod dostatkiem:)
Jeśli jednak takie oznaczenie by się pojawiło potraktowałabym to jako ciekawostkę przyrodniczą:)

czwartek, 13 października 2011

"Hej, poczestuje cie dzis rozgoryczeniem...", czyli o tym co mialo byc, a czego nie bedzie i w ogóle i w szczególe:( Pozalujcie liska, maruda niemozliwego:)

Czy dziś jest 13-stego? i czy 13-stego wszystko zdarzyć się może? Złego i dobrego? Czy mam być wdzięczna losowi, że tylko takie drobnostki niesympatyczne mi się dziś przytrafiły? Bo przecież to nie dramat i zawsze może być gorzej? 
Ok. Niechaj i tak będzie. Jestem wdzięczna losowi i opatrzności, czy tam Bogu słońca Re, że ten dzień 13-stego w czwartek jest tylko odrobinkę dla mnie przykry.

Pamiętacie pisałam Wam, że zaraz po dostaniu w łapki pieniędzorków za fabriken, fabriken, pierwsze co zrobię to pobiegnę do księgarni i kupię kilka książeczek. Wydam bez poczucia winy całe 100 złoty (no może trochę więcej) tylko na moją przyjemność. Wiecie jaką radością jest taka beztroska wizyta w księgarni, nie muszę Wam tego mówić. 
A jeszcze jak taka wizyta zdarza się bardzo, bardzo rzadko, to radość ta jest podwójnie podwójna.

Miało być tak, że część (nawet zacna) zapłaty miała iść do tzw. skarpety, no raczej skarpetuszki maleńkiej, na tzw. czarną godzinę (która jest bliżej niż nam się zdaje), a druga część (ta mniejsza) miała być dla mnie i tylko dla mnie. Na fryzjera, na książeczki, na "Skrzypka na dachu", na to żebym miała przez chwilę chociaż swoje własne pieniądze i nie musiała brać na kawę z koleżanką kasy od małżonka. 
No i tak się akurat zdarzyło, a jak mawia poeta Świetlicki tak się zdarza zazwyczaj, że zapłata za stukanie młoteczkiem obejmuje tylko tę cześć pierwszą skarpetuszkową. Ta druga mniejsza została w kieszeni szefostwa fabriken, fabriken.
Oczywiście, że brałam pod uwagę, fakt, że moje i dziewcząt obliczenia nie będą takie same jak szefów, ale żeby aż taka różnica? Miało być 50gr za pudełko, stanęło na 40gr, co w skali ponad 10 tysięcy pudełek robi niemałą różnice w kwocie. Do tego ten jeden z szefów, który z nami pracował sam sobie zapłacił, chociaż robił w ramach swoich godzin pracy i moim zdaniem nie powinien brać za pracę pieniędzy:(
No, ale tak się stało, jak się stało. Nic nie mogę na to poradzić. Mogę się tylko pożalić i pomachać tym moim książeczkom, co to w księgarni Matras na mnie czekały cierpliwie, z przyklejoną karteczką -25%. 
Także macham wam pa pa. Macham tobie książeczko:

  
i tobie:
i tobie:
i jeszcze tobie macham książeczko co to jesteś nowością pachnąca kusząco, na rynku dopiero od wczoraj. Żeby nie było, że mnie tylko na książki z przeceny stać hehe. 
Pozostaje tylko pusty śmiech.



Tak, tak wiem, że to, że sobie nie kupię tych kilku książeczek to nie jest dramat. Tak, tak tylko trochę sobie pomarudzę i mi przejdzie. Obiecuje!:)
Ale wiecie jak to jest.
 Jak nie ma się pieniędzorków, to się ich nie ma i takie fanaberie, jak kupowanie książek zwyczajnie nie przychodzą do głowy, gorzej jak się ma mieć pieniędzorki, taka myśl już się w głowie słusznie zalegnie, a potem pieniędzorków niet. To jest zwyczajnie, tak po ludzku przykre i rozczarowujące:(

Do tego żeby było śmieszniej okazało się akurat dziś, że mamy nie mały dodatkowy wydatek i to przez zaniedbanie mojego szanownego małżona. I tylko należy się cieszyć, że ta większa część (zupełnie niezłej wypłaty bądź co bądź-tak jestem wdzięczna dozgonnie za możliwość zarobienia- nawet jeśli mnie oszukano na parę stów) się dostała w moje ręce, bo będzie z czego ów nieprzewidziany wydatek uiścić. Aj!
Oto krótka historia pieniędzy, które być miały, a ich nie ma i tych, które są i owszem, ale zaraz ich nie będzie.
Póki co idę potrzymać w rączce te ciężko zarobione pieniędząrki, bo zaraz się rozpłyną w niebycie, tak samo jak moje fantazję zakupowo-fryzjerowe:)

Noo.
To jak już się tak Wam żale moi drodzy, to się wyżalę do końca. Jak marudzić, to marudzić. Ty, który wchodzisz żegnaj się z nadzieją, że będzie śmiesznie.

Trwa 27 Warszawski Festiwal Filmowy. 
Trwa już prawie od tygodnia, trwa i każdorazowe wspomnienie w Tv, i każdorazowo w Trójce wypowiadane zdanie: "nazywam się Stefan Laudyn i zapraszam..." sprawia mi niemalże ból fizyczny, bo ja miałam, podobnie jak dwa lata temu tam być!!
 Rany jaka piękna to była wyprawa. Dwa lata temu 10.10.2009 wyruszyliśmy, by przygodę z Warszawą (bo wiadomo, jak przygoda, to tylko w Warszawie) rozpocząć od dnia otwartego w Trójce, a potem codziennie po kilka godzin w kinie, z seansu na seans się przemieszczanie. A wokół tacy sami jak my z wielkimi programami na kolanach rozłożonymi, z długopisem zaznaczający na który seans zdążą, na który jeszcze są bilety. Cudny, cudny czas!
 Bardzo chciałam to doświadczenie powtórzyć i myślałam, że się uda. Jednak niestety. Muszę obejść się smakiem:(

Myślałam, że do tego czasu pewna bardzo długo już ciągnąca się sprawa spadkowa znajdzie swój finał w miesiącu październiku. Żeby nie było niedomówień nie będę obrzydliwie bogata, tylko troszeczkę. Po sprzedaży babcinego domu, któremu bliżej do rudery niż domu będę tylko troszkę mniej biedna niż zwykle.
Za mało tych pieniążków będzie żeby spożytkować je na ważne przedsięwzięcia, a za dużo by je tak po prostu wydać. Słowem stać by nas było na przykład na to by sobie spokojnie, na luzie (cóż za luksus) przyjechać do stolicy i pomieszkać w salach kinowych, a na zakończenie pobytu pouczestniczyć w muzycznym wydarzeniu Free From Festival, na którym wystąpi m.in Lamb. Ałaaaa! Boli, boli!
 No to sobie nie polatam:(
Pa, pa WFF i Lamb!

Miało być i nie będzie. A nie będzie, bo druga strona dziedzicząca zaniedbała sprawę, albo inaczej załatwiła sprawy po swojemu, bo zabrakło im pokory żeby zrobić tak jak my im mówiliśmy. A tak sprawa przed samą już metą utknęła w martwym punkcie, sąd robi sobie jaja ze zwykłego obywatela i wszystko stoi w miejscu już od bardzo długiego czasu:(((
 I to jest chyba najbardziej irytujące, że ja nic nie mogę na to poradzić.  
Sprawa byłaby już od kilku miesięcy załatwiona, kupiec dom by już dawno remontował, a my już bylibyśmy po wakacjach życia w Hiszpanii (kierunek docelowy Gibraltar), zaproszenie od znajomych, pozostało niezrealizowane. A czas ku temu był idealny. Ja bezrobotniak, nie musiałam się martwić o urlop, a mąż ma prawo do 26 dni wolnych. 
Jak to będzie w przyszłym roku z pracą mojego męża nie wiadomo. Może być różnie. Czy ja będę miała pracę, czy będę miała już prawo do urlopu? Przecież nie będę wiecznie wolnym ptakiem, który sobie może zrobić wolne w każdej chwili. Obawiam się, że kwestie wakacji mamy zamkniętą.



Pa,pa Gibraltar? (umieściłam to zdjęcie na monitorze kompa już kilka miesięcy temu. Myślałam, że może rzeczywistość zaczaruje).
I tu podobnie jak wyżej. Jeśli się nie ma pieniędzy, to się ich nie ma i w głowie się nawet myśli o wakacjach nie lęgną, bo i po co jak możliwości takowej nie ma. Nie ma to nie ma. I już.
Gorzej jak się szansa na realizacje marzenia o wyprawię w obce kraje pojawia, gorzej jak jest ona realna, gorzej jak najważniejsze warunki są spełnione, a jednak nic  z tego nie wynika. I nie wiadomo czy cokolwiek wyniknie, bo sprawa w sądzie nie idzie do przodu, nie zbliża się do finału, gorzej, że może zdarzyć się tak, że domu nie sprzedamy, kupiec, który już  zobowiązany jest umową przedwstępną (my też) od marca! wgryzie nam się w tętnice, sąd warszawski sobie nadal będzie trzymał dokumenty na samym dnie, a my będziemy tak samo biedni jak teraz, wolni od pytań o wakacje, o wyjazdy, czy szanse na nowe możliwości.

Wybaczcie, że tak zamarudziłam, ale szlag mnie trafia. A jak mi się zdarzy, taki mało wesoły dzień jak ten dzisiejszy (no i jest czas pełni), to mi się sprawa spadku ciągnąca się już wiele miesięcy (żeby nie powiedzieć lat) wylewa uszami i mocno uwiera. Uwiera mnie podwójnie, bo mam wrażenie, że druga strona dziedzicząca, ta warszawska sobie głowy tym specjalnie nie zaprząta:(
Tak, tak wiem, że ludzie borykają się z dużo większymi problemami, z tymi prawdziwymi życiowym, ale to mnie wcale nie pociesza.


No nic kończę to marudzenie, uciekam w świat filmowy. Przełączam się na Ale kino. Na film z cyklu Kino mówi Oni pt: "Chinka". Tak ucieczka w świat fikcyjny zawsze mi pomaga:)

wtorek, 11 października 2011

Dwie ze Swiata Ksiazki chichotki wrzesniowe:)

Miesiąc Wrzesień książkowo należał do bardzo udanych. Przeczytałam siedem książek i oprócz jednej nieudanej ("Ostatnie fado") reszta była albo bardzo dobra, albo wręcz wyśmienita!

O dwóch szczególnie zabawnych chciałabym wspomnieć dziś. Obie wypuściło na rynek wydawnictwo Świat Książki.
 Zarówno w towarzystwie Jacka Fedorowicza i jego "Ja jako wykopalisko", jak czytając Handlarzy czasem Tomasza Jachimka bawiłam się przednio, rechocząc od czasu do czasu perliście:)
 Absolutnie czysta przyjemność z obcowania z literaturą:)

"Ja jako wykopalisko" Jacek Fedorowicz.



Pana Jacka chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Człowiek renesansu, uzdolniony i inteligentny bezsprzecznie, z poczuciem humoru i dystansu zauważalnym na każdym kroku.
Kabareciarz, aktor, tekściarz, pisarz, wystąpił także w charakterze wykopaliska. Wykopaliska szczególnie godnego uwagi i smakowitego (wykopalisko zdaje się nie może być smakowite, ale niech tam!).

Pewnego pięknego dnia (to moja fantazja, może wcale nie był on piękny, a słotny i zimny) pan Jacek natrafił w szpargałach na teczuszkę misternie zapakowaną. Szargany ciekawością rozwarł jej szczęki i znalezisko zaczął przeglądać i czytać. Zaczytał się niemożliwie ciekawy kogóż czyta i kto go tak słowem pisanym zafascynował.
Jakże się kolega Fedorowicz zaskoczył kiedy w końcu autora zidentyfikował jako siebie samego sprzed ponad 30 lat. W zachłanne ręce jego wpadła bowiem jego pierwsza książka wspomnieniowa pt: "Jak zaczynałem" datowana na rok 1972. 
Książka ta niestety lub stety (dla nas stety) wówczas nie została wydana, ponieważ autor Fedorowicz nie zgodził się na wprowadzenie licznych cenzorskich zmian.
Tak więc książka przeleżała sobie nie niepokojona przez nikogo ładnych parę lat. Przespała zawirowania stanu wojennego, przemian ustrojowych, wejście w nowy wiek, aż ujrzała w nowej odsłonie, uzupełniona o komentarz Autora z tzw.perspektywy, światło dzienne, pokonując drogę przez wydawcę i trafiając w końcu na księgarniane i na szczęście dla mnie biblioteczne półki. Jakże się ucieszyłam jak ją wcześniej wypatrzywszy na półce dorwałam w swoje zachłanne łapki (jeśli ktoś myśli, że książka ów wróci do biblioteki szybciutko, się myli. Za chwil parę przejdzie ona w ręce taty mego-wszystko pozostanie w rodzinie hihi)

Uwielbiam książki wspomnieniowe, szczególnie te, które swoją akcją obejmują wczesne lata 50 i 60-te, ten bogaty czas przemian kulturowych, czas artystów budzących się do życia. Ach! Wiedziałam od pierwszej chwili, że czeka mnie wielka uczta. Błogość zupełna:) 

Na pierwszych stronach poznajemy młodziutkiego Jacka, zaledwie 15-letniego, który nagle podjął decyzje, że chce zdawać do Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Sopocie, do szkoły obleganej niemożliwie przez ludzi po szkołach plastycznych. A młody Fedorowicz nie posiadał nawet rysunków, które mógłby dołączyć do dokumentów. Nie miał także dobrego pochodzenia, nie należał do ZMP (ot zbrodnia!) i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały wysoką niewykonalność zadania pt: dzieciak bez żadnego wcześniejszego doświadczenia plastycznego dostaje się do TAKIEJ szkoły !
 I co? i zdał!
 i co?,  i dostał się,
 i co? i ostatecznie studia owe skończył:)

Widocznie gdzieś we wszechświecie było już dawno zapisane, że Fedorowicz ma (co by się nie działo) trafić po prostu na Wybrzeże, ma tam poznać panów Cybulskiego, Kobielę, Wowo Bielickiego i założyć teatrzyk Bim-Bom. Ileż rzeczy by się nie wydarzyło, filmów nie powstało gdyby pan Fedorowicz trafił na przykład do Radomia! Przeprowadzka do miasta Sopot okazała się momentem przełomowym w karierze wszelakiej pana Jacka:)
Książka "Ja wykopalisko" powstała po to, żebym ja czytelniczka uwielbiająca wspomnienia z tamtych szalonych czasów mogła się rozkoszować absolutnie każdym zdaniem! Przyjemność sama w sobie po prostu:))

"Żarliśmy się (podczas tworzenia programu Bim-Bom) czasem nieprzytomnie. Teatr był dla nas sprawą najważniejszą, stąd emocję. Dyskusję o programie przeradzały się w awantury, w czasie których Wowo wymyślał Afanasjewowi od postrzelonych poetów, Zbyszek Wowowi od inteligentów, ja Zbyszkowi od dyktatorów, Wojtych Kobieli od bezbarwnych mydłków, Kobiela Kafarowi-Kochanowskiemu od kompleksiarzy i tylko Mrożek nikomu nie wymyślał-wychodził"

Tak rozbawił mnie ten fragment niemożliwie!

W książce mieszka rozdziałów VII i rozdział zwany ostatnim. Każdy tytuł rozdziału jest nawiązaniem do tytułu książki. Znajdziemy więc tytuł Jak zaczynałem być malarzem, następnie Jak zaczynałem być bimbombowcem, grafikiem, redaktorem, podróżnikiem, Prawdziwym Aktorem i estradowcem. Ostatni rozdział nosi tytuł Jak kończyłem:) Niezaprzeczalna logika!:)

Z rozdziału "Jak zaczynałem być podróżnikiem"
 Wyprawa AGATA kierunek Europa, uczestnicy: Wowo Bielicki, Jerzy Afansjew, Jacek Fedorowicz, Witold Leszczyński i Krystyna Sokołowska-żona Wowa
("Wowo tuż przed wyjazdem postanowił się ożenić, pozostawiając w nieutulonym żalu wiele panien, w wielu miastach, a szczególnie na Wybrzeżu")

Rok wyprawy 1957, maj. Pojazd: renault kombi wypakowany do ostatecznych granic:)



"Jurek (Afanasjew) miał przedziwną cechę, języki obce przyswajał (na poziomie kilku podstawowych zwrotów) z opóźnieniem-by tak rzec-jednogranicznym. Nieźle znał niemiecki, jeszcze z dzieciństwa, ale podczas przejazdu przez Austrię wciąż usiłował zagadywać po czesku. Kiedy z Austrii wjechaliśmy do Włoch, przeszedł na niemiecki.Przez cały pobyt we Włoszech na splamił się bodaj słowem po włosku, dopiero gdy przekroczyliśmy granicę Francji, przywitał strażników radosnym Buon giorno nie muszę dodawać, że jego Bonjour usłyszeli dopiero Anglicy." :)))))

Na zakończenie:
Cykl rysunków satyrycznych o Kobieli dla "Dookoła świata"

rys. J.Fedorowicz:)


Podsumowując książeczka- perełeczka, smakowita w każdym zdaniu. Żałuje tylko, że ta pierwotna z 72 roku nie została napisana nieco później, bo wtedy mogłabym przeczytać wspomnienia aktorskie pana Jacka, spotkać się z Bareją czy z Dobrowolskim. Oj byłoby co czytać i z czego chichrać. 




Polecam bardzo mocno Fedorowicza Jacka w roli wykopaliska!!

"Ja jako wykopalisko"
Jacek Fedorowicz,
wydawnictwo: Świat Książki,
Warszawa 2011,
stron: 213


"Handlarze czasem" Tomasz Jachimek.




Tomasza Jachimka znam z programów kabaretowych, ale moją uwagę przykuł dopiero jako gość Artura Andrusa w Trójkowej "Powtórce z rozrywki". I to zachęta redaktora Andrusa na okładce książki zadecydowała, że zabrałam książkę z bibliotecznej półki:

"Ojciec zaangażowany w wychowanie dzieci, konferansjer, kabareciarz (...)piszę teksty do audycji radiowych, spektakle teatralne i sam w niektórych gra, aktywny sportowiec...Jak on to robi? Być może handluje czasem? Zatem niech Państwo kupią dużo egzemplarzy pierwszej książki Tomasza Jachimka (na prezenty dla znajomych, do bibliotek szkolnych, uniwersytetów, do klubów garnizonowych). On dzięki temu będzie mógł sobie kupić trochę czasu na napisanie drugiej książki, na trening, zabawę z dziećmi, czy wizytę w mojej audycji radiowej. Życzę miłej lektury.
 Artur Andrus.

Ja wprawdzie nie przyczyniłam się do podwyższenia statusu materialnego pana Tomasza, bo książki nie kupiłam, a wypożyczyłam, ale myślę, że pan Tomasz cieszy się wraz ze mną, bo to wesół człowiek jest niezmiernie:)

O czym jest pierwsza książka pana Jachimka? Ano jest to opowieść o zmianach, które zaszły w świecie, dzięki pewnym zawirowaniom czasowym. A kto dokonał tego cudu pomnożenia czasu? Ano wuj Franciszek, jedyny zwycięzca domowego quizu, samozwańczy wynalazca skonstruował maszynę służącą do handlowania czasem. Ale zanim osiągnął ten niebywały sukces popełnił kilka zupełnie absurdalnych wynalazków, oraz co niedzielę organizował rodzinny quiz. Próbowali ów quiz wygrać inni członkowie rodziny siostra wuja Grażyna, jej mąż Piotr, dzieciarnia Michaś i Hania, oraz babka Wiktoria, której brak sukcesów na polu quizowym nie przeszkadzał zbytnio, bowiem była mistrzynią gry w domino...

"Urodziła się traf chciał, 1 września 1939 roku-wyjątkowo mało wesoły czas dla noworodków (zresztą zdecydowanej większości data wyjątkowo wrednie się kojarzy)-jakby dla ironicznej pociechy los obdarzył babkę Wiktorię fenomenalnymi zdolnościami do gry w domino. Ba! Śmiało można nawet zaryzykować tezę, że gdyby domino było dyscypliną olimpijską, to babka Wiktoria od dawna mieściłaby się w panteonie sportowych sław obok Szewińskiej i Kusocińskiego. Gdyby domino byłą grą hazardową, to dziś babka Wiktoria dostawałaby złote płytki na diamentowy stolik, zaś cała rzecz rozgrywałaby się w okolicach Las Vegas..."

Czytając o perypetiach rodziny wuja Franciszka miałam jedne skojarzenie: Rodzina Poszepszyńskich, rodzina jakich wiele. Nie mogłam się od tego tropu opędzić:)

Za chwil parę po krótkim wprowadzeniu kto jest to i kto zacz wuj Franciszek wymyśli cudowną maszynę do handlu czasem, a spokojne i nudne dotychczas życie rodziny zmieniło się diametralnie. Maszyna, a właściwie jej magiczne właściwości manipulowania czasem szybko znalazła wielbicieli, dzięki temu w krótkim czasie wynalazek wuja Franciszka, a więc i on sam wpłynął nie tylko na losy rodziny, ale i na losy świata i wielu, wielu ludzi, a szczególnie kilku pobocznych bohaterów, dla których pan Tomasz Jachimek znalazł miejsce w oddzielnych rozdziałach opisując  ich dalsze, zupełnie niespodziewane losy.
Na czym polega manipulacja czasem i dlaczego handlarze?
Otóż dzięki rewolucyjnej maszynie ci, którzy mają czasu wolnego w nadmiarze mogą sprzedać swój czas tym, którzy czasu zbyt dużo nie mają i pragną wydłużyć swoja dobę wedle swoich potrzeb. Ci pierwsi na tym procederze zarabiają kasę, a ci drudzy zyskują dodatkowe godziny na realizację różnych swoich celów. Deal życia normalnie:)
W związku z tym, że z maszyny handlującej czasem korzysta już cała ludzkość robi się wielkie zamieszanie czasowe. Nikt już nie wie, która jest godzina, bo każdy żyje podług prawideł  tylko swojej własnej doby, a że dla jednych doba trwa godzin dwie, a dla drugich sześćdziesiąt dwie kwestia czasu jest nie do ogarnięcia. 
Wuj Franciszek później udoskonala jeszcze swój wynalazek, ale niechaj to pozostanie drogi czytelniku tajemnicą:)

Książkę czyta się świetnie, płynie się po niej bez mielizn. Autor w obszarze języka polskiego porusza się z dużą sprawnością.
Spotykamy na kartach powieści różnych dość mocno stereotypowo zarysowanych bohaterów. Czytelnik nie ma problemu ze zidentyfikowaniem kto jest kto. I wychodzi to książce na zdrowie, bowiem nie o głębię psychologiczną  postaci tu chodzi. Jest śmiesznie, jest mądrze, jest pomysłowo. Słowem jest cholernie dobrze:)

A oto co sądzi ludzkość o wuju Franciszku:

"Nieco mniej liczna kategoria internetowych bywalców informowała łaskawie, kto za wujem Frankiem stoi, kto na tym wynalazku tak naprawdę zarabia, i jak to się teraz będzie przeciętnego Kowalskiego doić. Kiedy wujo Franek dowiedział się, że jest przez czternaście lat szkolonym tajnym agentem Mosadu i KGB z przeszłością wojenną w Afganistanie, to aż mu się słabo zrobiło. Nawet zaczął się zastanawiać, czy może Mosad i KGB nie mają na tyle nowatorskich metod, aby przez czternaście lat szkolić człowieka w takiej tajemnicy, żeby się ten szkolony nie zorientował...Cholera ich wie! No,ale żeby w tajemnicy przed samym sobą na wojnę do Afganistanu pojechał? Bez jaj, tego nie dałoby się ukryć, chociażby z tak prozaicznego powodu, że po powrocie wujo byłby mocno opalony. Rodzina na pewno zwróciłaby uwagę na długą nieobecność i ciemną karnację."

"Grażyna kiedy brała ją najzwyklejsza pod słońcem jasna cholera, to adrenaliną mogła obdzielić trzy sezony nielegalnych walk bulterierów."

"Miała na tyle utlenione włosy, że bez problemów oddychała pod wodą."




Ja w obecnej sytuacji zawodowej znajdowałabym się po stronie tych sprzedających swój czas. Chętnie bym kilka godzinek odsprzedała i zarobiła parę złociszy, które wydałabym na...na...książki:)
Z przyczyn sentymentalnych sercem bliżej mi jest do książki pana Fedorowicza. Niemniej jednak polecam obie:)
 Lektura w sam raz na nadchodzące jesienne wieczory.


"Handlarze czasem"
Tomasz Jachimek,
wydawnictwo: Świat Książki,
Warszawa 2010,
stron: 327.