"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

sobota, 26 stycznia 2013

Dalszy ciąg czytam, więc jestem czyli resztę dopisz sobie sam.



MARKIZA WYSZŁA O PIĄTEJ, CZYLI PIERWSZE ZDANIE.

Tak pierwsze zdanie ma znaczenie, ma moc przyciągania i ja tak twierdzę, ale dla mnie ważniejszy jest ten pierwszy akapit. Czytając po rozpoczynającym książkę akapicie witam się z każdą nowo przybyłą książką. Biblioteczną i własną. Taki rytuał. Czasem w bibliotece kiedy nazbieram  w szale więcej niż ustawa przewiduje i muszę się zdecydować, przeprowadzić selekcję głos decydujący ma właśnie pierwszy akapit. Robię tak również w domu kiedy ciągnie mnie do kilku książek jednocześnie i nie wiem, od której zacząć

Dla urozmaicenia w ramach zagadki kilka pierwszych zdań rozpoczynających moje umiłowane...(zmuszona jestem niestety korzystać tylko z tych, które stoją na mojej półce. Nie wszystkie ukochane mam)


* "Ten mały, chuderlawy człowieczek na fotografii, o wytrzeszczonych oczach, w gabardynowym, jakby za dużym kapeluszem-to mój ojciec."


* "Gdy ojciec i pan Trąba postanowił zabić I sekretarza Władysława Gomułkę, panowały niepodzielne upały, ziemia trzeszczała w szwach, rozpoczynała się udręka mojej młodości."  

Krótkie zdanie, a rozpoczynające TAKIE książki! 

* "Było to w środku lata"

* "Wybudować grób."

Z przyczyn oczywistych zrezygnuje z pierwszego zdania "Stu lat samotności" kiepska zagadka:) Rozwiązanie zagadki na końcu posta (*).

KROJENIE TRUPA I INNE MĘKI PISARZY

Te pierwsze rozdziały dotyczą samego czytelnika, ten uroczy rozdzialik jak sam tytuł wskazuje na bohatera obiera samego twórcę, pisarza. I jako, że niewiele mam na ten temat do powiedzenia, nie zajmuje się pisaniem zawodowo oddam głos kilku pisarzom:

Ten mnie akurat ubawił:

"Pilch podobnie jak Rylski nie znosi przepisywania.- kilka linijek potrafi mi zająć pół dnia, nie umiem się na samej mechanice skupić. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że złej baletnicy...i tak dalej. Marquez podobno, jak mu nie szło, zwalał winę na garderobę. Poważny argument. Nie jest w stanie ukończyć arcydzieła, ale bowiem piją mnie gacie. Kazał sobie uszyć specjalny kombinezon, ale nie jestem pewien, czy największe swoje książki akurat w tej kreacji stworzył."

"Poprawianiu książki nie ma końca- mówi  Myśliwski.- To nie jest tak, że się dochodzi do punktu, kiedy wszystko jest dobrze, po prostu znajduje się w momencie, kiedy nie wiem, czy byłbym w stanie jeszcze coś zmienić."

KSIĄŻKI, KTÓRYCH NIE MA

Ja mam w głowie film, którego nie ma na podstawie książki, która jak najbardziej jest. Kilka lat temu przeczytałam powieść Mircei Eliadego (tak, tak właśnie powieść) "Wesele w niebie". Była świetna i tak plastyczna i filmowa, że w głowie przewalały mi się całe kadry. I jestem pewna, że ja widziałam film nakręcony na podstawie, albo przynajmniej na kanwie tej powieści. Był czarno-biały, nie pierwszej młodości i część akcji miała miejsce na korytarzu w pociągu. Przegrzebałam wtedy internet i nie znalazłam żadnej informacji, która potwierdzałaby moją wizję:)

BEZKARNE CZYTANIE NA WAKACJACH.

Och temat rzeka! I jakże przyjemny. Tak wybór lektury wakacyjnej jest zaiste wyborem bardzo ważnym, wręcz kluczowym. Lepiej  żeby książka była lekka w czytaniu, przyjemna i nie największych rozmiarów. Jestem w kontrze do autorki, bowiem ona uważa, że lektura na wyjazd powinna być grubaśna. Jest to jak najbardziej zasadne, starczy na długo, jednak dla mnie niepraktyczne. Bo ja wszędzie chodzę z książką aktualną czytaną. Nawet wtedy kiedy jest więcej niż pewne, że nie przeczytam ani zdania. Nie ma to dla mnie znaczenia, bez książki nie wychodzę. Rozumiecie więc dlaczego dbam o to by nie ważyła tony i nie zajmowała miejsca w torbie zbyt wiele. Mogę iść ewentualnie na kompromis i jako, że czytam zazwyczaj więcej niż jedną książkę, to ta grubaśna byłaby do czytania na miejscu (w hotelu, w domu, w namiocie), a ta mniejsza do przemieszczania się.
Staram się na wyjazd wybierać tytuły w jakiś sposób związane z celem podróży. Do Krakowa zabrałam więc jakiś czas temu "Stuhrowie-historię rodzinne" Jerzego Stuhra, a do Gdańska Huellego. Pamiętam magiczną chwilę kiedy siedziałam na ławce na krakowskim Kazimierzu, oparta o świeżo nabytego męża i czytałam kupioną kilka chwil wcześniej książkę Hanny Krall. Los chciał, żeby fragment wtedy przeze mnie czytany opisywał dokładnie to miejsce.  Ot koincydencja:)
  Nie bywam często za granicą, więc nie mam w tym zakresie wielkiego doświadczenia. W tym roku do Hiszpanii zabrałam  dwie książki nawiązujące tytułem do podróży jako takiej.  "W podróży" Sandora Marai i "Podróże małe i duże" Manna i Materny. Nie przeczytałam żadnej. Przeleciały się samolotem i wróciły niepyszne. Za to wciągnęłam trzy książki gospodarzy nas goszczących. Oni też czytują Krzysztofa Vargę. Trzeba łapać takie miłe okazję.
Próbowałam czytać stojący na ichniej półce "Cień wiatru" Zafona, ale nawet szum wiatru i morza hiszpańskiego nie umilał mi lektury. Po 50 stronach poddałam się bez żalu. Może gdyby to była Barcelona, a nie Andaluzja?

FETYSZYSTA W PODRÓŻY

Rozdział ten łączy się z poprzednim tematem podróży. Podróży do miejsc związanych z książką. Jak już wspominałam nie mam się za bardzo czym pochwalić w tej materii. Kilka lat temu moim największym marzeniem było zwiedzić Amerykę Łacińską, posiedzieć na patio i wypić Yerbę. Wiadomo na fali uwielbienia dla Marqueza. Uznać to pragnienie można za czytelniczą normę rozwojową. Nie znam bowiem nikogo, kto przeszedłby fazę na literaturę Ibero i nie chciał posiedzieć na prawdziwym patio:)
Tkwi we mnie detektyw, który czasem z uporem maniaka próbuje odnaleźć miejsce akcji i wystarczy mi mapa miasta. Ta obsesja dotyczy nawet blokowisk. Dużo czasu zajęło mi zlokalizowanie osiedla z książki "Dziewczyny z Portofino", ale się zaparłam i po szczegółach znalazłam. A propo Warszawy to miałam proroczą wizję miejsca, w którym odbywała się akcja jednej z książek, jeszcze zanim o tym przeczytałam. Takie olśnienie miałam podczas czytania "Toksymii" Małgorzaty Rejmer. Zaraz na początku jak przeczytałam, że miejscem akcji jest Praga wyobraziłam sobie, to poszło z automatu miejsce, które znam dobrze, bo jak gościmy w Warszawie tam mieszkamy. Oczyma wyobraźni ujrzałam Rondo Wiatraczna, obskurny supersam Grochów, kładkę nad jezdnią, usłyszałam w głowie głos pani w tramwaju: przystanek Czapelska i wysiadłam, dokładnie tam (no mniej więcej)  gdzie wysiadła także bohaterka książki. Praga jest tak wielka. Mogłam sobie wyobrazić wszystko.
W zwiedzaniu miejsc związanych z miejscem akcji czytanej książki pomaga mi bardzo Google maps. Dlatego bardzo się cieszę, jeśli w tekście jest dużo danych. Ostatnio zjechałam pół miasta wespół zespół z Majgull Axelsson. Dzięki dokładnym opisom dzielnic i miejsc mogłam trafić dokładnie na te same ulice, którymi spacerowała bohaterka powieści. Uwielbiam takie smaczki.

WYZNANIA NIECZYTANIA, CZYLI O NIEPRZECZYTANYCH KSIĄŻKACH

Tak, mam kilka takich wyrzutów sumienia, ale nie zajmuje mi ten temat specjalnie miejsca w sercu. Jeśli nie przeczytałam czegoś, to znaczy, że nie był to ten czas i tyle. Po maturze miałam taką fantazję, że przeczytam książkę Dostojewskiego "Idiotę", wtedy kiedy dostanę się na upragnioną wówczas psychologię. Na psychologię się nie dostałam i książki nie przeczytałam. Czasem żałuje. Nie jest mi w ogóle żal ani Prousta, ani Ulissesa. Podjęłam próbę (bardziej ze snobizmu niż z potrzeby) i więcej nie chcę. Jest tyle książek na świecie. Daleka jestem od myślenia, że coś trzeba przeczytać, bo to kanon. Nie znoszę żadnej formy przymusu, zwłaszcza jeśli chodzi o czytanie. Przykro mi tylko wtedy kiedy intuicyjnie czuje, że nie czytając czegoś tracę coś cennego, co wiem, że w jakiś sposób jest moje. Tęsknie więc za Tołstojem i przymierzam się do "Anny Kareniny". Ciągnie mnie do klasyków rosyjskich. Tęsknie za Hrabalem. Już bardzo długo tak tęsknie. 
W liceum przeczytałam "Chłopów", ale tylko dwa tomy i żałuje, że nie przeczytałam całości, bo pamiętam, że bardzo, bardzo. Ale wtedy kazano na polski przeczytać tylko dwa i naprawdę nie było czasu na czytanie, bo już następne lektury goniły. Nie zmuszałam się w szkole do czytania, jeśli mi coś nie leżało trudno. Ponosiłam konsekwencję w postaci oceny niedostatecznej. Raz się zaparłam i ambicją uniosłam i zmusiłam się do przeczytania "Lorda Jima". Książka dodatkowo była bardzo nieprzyjazna. Malutka, stara, z mikro literakami. Ależ to była mordęga. Trauma normalnie. I nikt mnie nie przekona do Conrada. Nikt!
Nie przeczytałam miliona książek. I cóż tego? Jeśli serce mnie pociągnie pójdę za nim, jeśli nie...to nie. I już:)

Niedoczytywania niedobrych (albo nie dla mnie) książek nauczyłam się zupełnie niedawno i korzystam z tego przywileju z poczuciem wolności. Zapisuje sobie przeczytane tytuły (kiedyś w zeszyciku) teraz na blogu, a za przeczytane uznaję tylko te książki, które są przeczytane od pierwszej do ostatniej strony. Dotyczy to również tomów opowiadań, czy felietonów. Całość, albo nie uznaję. Taka nerwica widać. Problematyczne jest dla mnie uznanie książki za przeczytaną nawet wtedy kiedy w jednej książce znajdują się dwa zupełnie nie związane ze sobą tytuły tego samego autora.  Książka to książka. Również fizycznie stanowi całość. Taki fiś. Każdy ma swojego:)

DZIECI MA SIĘ PO TO, ŻEBY MIEĆ Z KIM CZYTAĆ.

Dzieci nie mam, ale zaraz sobie jakieś skombinuje, bo czytanie mu musi być czymś bardzo przyjemnym. Sobolewska przypomina książki zakazane, czytane po kryjomu, wyciągane z różnych kryjówek. I ja mam taką książkę zakazaną już nieco późniejszego dzieciństwa książkę, a mianowicie "Sekretny pamiętnik Laury Palmer". Nie była jakoś specjalnie sprytnie schowana. Szybko ją znalazłam i z wypiekami na twarzy pochłaniam mocne jak na tamte czasy opisy aktów seksualnych okraszonych dużą dawką przemocy. Tyle zakazanych.
  W siódmej klasie kiedy umyśliłam sobie, że będę studiować psychologię (jak połowa mojej rodziny zresztą- oryginalna nie byłam) namiętnie zaczytywałam się w książkach z zakresu psychologi, które obficie zalegały regały w moim nomen omen pokoju. Na tapetę poszedł wysłużony podręcznik do psychiatrii. Były w niej oprócz standardowych opisów różnych chorób, także opisy na przykład psycholi pożerających swoje matki wraz ze zdjęciami (psycholi nie zjedzonych matek). Tak długo czytałam, tak się zapomniałam, tak weszłam w tamten świat, że jak tato znienacka (bo znacka to już nie to) wszedł do pokoju i powiedział, że misiowi Kasi odpada ucho mało nie zeszłam na zawał.
W głębokim dzieciństwie uwielbiałam przeglądać książkę o rozwoju małego dziecka. Pewnie w co drugim domu taka była. Nie mogę sobie przypomnieć tytułu. Najważniejsze były dla mnie obrazki i zdjęcia. Szara okładka z płótna, tytuł, a pod nim chyba nawet jakiś rysunek wózka. Pewna nie jestem. Tęsknie za nią.

Książki mojego dzieciństwa


 Muminki, Chmielewska
 Moja ukochana Siesicka



OŻOGOWSKA!! miałam jeszcze gdzieś  "Za minutę pierwsza miłość", ale gdzieś się zapodziała.

No i wiadomo seria "Poczytaj mi mamo".
Pamiętacie bajkę o fruwającej krowie z wierszem Jana Brzechwy? Ja pamiętam i nigdy nie zapomnę. Strasznie się bałam tej krowy!

czwarty obrazek! 

Ta seria wraca na księgarskie półki. Na Gwiazdkę bratankowi mojego męża kupiliśmy cztery takie książeczki. Dwa tytuły pamiętam doskonale. Obrazki mam w sercu. Po ujrzeniu "Daktyli" serce mi zadrżało. Autentycznie;)

...A w zeszły piątek sześć urodziła KRÓLOKROWIĄTEK



A bajka o łyżeczce nas zupełnie rozbroiła! 

KONIEC! 

Rozwiązanie zagadki:

* "Windokrąg" Myśliwski
*  "Tysiąc spokojnych miast" Pilch
* "Czarodziejska góra" Mann
* "Kamień na kamieniu" Myśliwski
 

czwartek, 24 stycznia 2013

Czytam więc jestem, czyli resztę dopiszę sobie sama, ale najpierw poczytam Justynę Sobolewską.

Justyna Sobolewska
"Książka o czytaniu, czyli resztę dopisz sobie sam".
Wydawnictwo: Polityka SP.


Książka trafiła do mnie dzięki akcji Podaj dalej-Przynadziei, która działa podobnie jak biblioteka. Byłam czujna jak ważka i zapisałam się na nią jako pierwsza. A tak poważnie to był czysty przypadek. To bardzo fajna incjatywa. Książka do najtańszych nie należy. Czytania starcza na jedno posiedzenie. Super, że można ją przeczytać i puścić w  świat by radowała następną osobę. Bo, że obcowanie z tą książką jest czystą przyjemnością to pewne. Czytając odnajdujemy samych siebie, czasem okazuję się, że nie jesteśmy aż tak wyjątkowi w naszych zwyczajach i dzielimy je z całkiem dużą grupą ludzi. Ma się wtedy sympatyczne poczucie wspólnoty. Czyta się ją zatrważająco szybko i leciutko. Autorka często odnosi się do historii, przez karty książki co jakiś czas przemyka jakaś postać historyczna. Dowiadujemy się o jej upodobaniach literackich. "Książka o czytaniu..." jest także opowieścią intymną o samej autorce, o jej wyborach czytelniczych, nie braknie także garści rozczulających wspominek. Wszak książka to nie jest tylko praktyczny przedmiot służący do czytania. Książka dla mola książkowego jest częścią życia. W niej siedzą wspomnienia nie tylko samej treści, ale także nas samych, tego jacy byliśmy wtedy, kiedy ją czytaliśmy, jest nośnikiem odległych miejsc, które podczas pożerania lektury stanowiły tło i czasu przeszłego. Książka to magia. Podczas lektury tych wspominek miałam dodatkową przyjemność wyobrażania sobie małej Justysi z tatą Tadeuszem, bo obie te osoby po prostu obdarzam sympatią. Lubię ich słuchać, lubię oglądać panią Sobolewską w Tygodniku Kulturalnym. Ten brak animowości buduje sympatyczną intymną więź z czytelnikiem:)
 Pełny tytuł brzmi "Książka o czytaniu, czyli resztę dopisz sobie sam". Na końcu każdego rozdziału autorka pozostawiła troszkę miejsca. Ja po książce pisać nie będę (nie mam tego w zwyczaju), poza tym nie moja jest ona. Niedługo wyruszy w podróż do następnej osoby. Dlatego też resztę dopiszę sobie sama tutaj na blogu. W najbardziej myślę adekwatnym miejscu. Przy okazji zdradzę Wam tytuły rozdziałów. Myślę, że one same stanowią już odpowiednio mocną zachętę by po książkę pani Sobolewskiej sięgnąć.


W TAK PIĘKNYCH OKOLICZNOŚCIACH PRZYRODY, CZYLI POZYCJE CZYTANIA

Justyna Sobolewska wskazuje łóżko i ja również wskazuje łóżko jako najwygodniejsze miejsce do czytania. Ma ono zastosowanie jednak tylko wtedy kiedy nadchodzi czas na czytanie wieczorne, przedspaniowe. W innym czasie czytam na kanapie z nogami na stole lub taborecie. Marzy mi się taki wygodny narożnik. Nie czytam przy jedzeniu, a jeśli już to z rzadka. Zdarza mi się natomiast czytać podczas mycia zębów elektryczną szczoteczką. Nudzi mnie ta czynność niemożebnie, nie rozumiem jak można sterczeć dwie minuty przed lustrem nie wykonując dodatkowych czynności, jak chociażby chodzenie po domu i zostawianie śladów z paszczy jak ślimak, albo oglądanie telewizji. Najbardziej jednak lubię w tym czasie zatopić się w lekturze, którą potem kontynuuje w rzeczonym łóżku.  Wiecie ile można przeczytać w ciągu dwóch minut, zwłaszcza, że czas mycia zębów zazwyczaj wydłuża się (to przy książkach o długich zdaniach,  nie potrafię przerwać w połowie akapitu) zazwyczaj do czterech minut, co akurat myślę zębom wychodzi na zdrowie. Rano jestem w stanie czynność mycia zębów wykonywać w łazience. Czynie to zazwyczaj podczas porannego siku, zyskując tym samym dodatkowe dwie minuty półsnu.
Uwielbiam także, o czym już pewnie wspominałam czytać w chodzie. Rytm chodu świetnie się zgrywa z rytmem czytania. Jestem w stanie czytać bez gubienia wątku i przemieszczać się lotem błyskawicy:) Żałuje czasem, że nie da się czytać jadąc jednocześnie na rowerze.

"W TEN DZIEŃ JUŻEŚMY NIE CZYTALI WIĘCEJ", CZYLI O GŁOŚNYM CZYTANIU.

Pierwszą lekturą jaką mi czytano były Muminki, nic z niej nie pamiętam, wszak siedziałam jeszcze wtedy w brzuszku mamy, ale na szczęście Muminki były czytane namiętnie w moim domku nie raz, nie dwa, ani nawet nie trzy. Moją ulubioną częścią była "Kometa nad Doliną Muminków". Jak już byłam nieco większa czytanie książek z przyczyn od siebie niezależnych przejął tato. Krainę mojej wyobraźni wypełniły więc postaci z książek Niziurskiego. Nie w głowie mi była żadna tam Ania ani Pippi:)
 Raz kiedyś tato czytając przejęzyczył się i zamiast przeczytać "tato odłożył gazetę na krzesło", przeczytał "tato odłożył głowę na krzesło" ileż było radości, ileż śmiechu. Od tego momentu każde wieczorne czytanie obfitowało w kilka przejęzyczeń. Jakże dobrze się potem spało, po takim masażu przepony.
W dorosłym życiu jak jeszcze mieszkaliśmy razem zdarzało nam się wpadać do pokoju obok i czytać jakiś fragment. Teraz też czasem podczas odwiedzin taty coś mu czasem podczytuje. Ostatnio chyba dwa teksty Pilcha z tomu "Pociąg do życia wiecznego" szalenie zabawny tekst o płytach CD, których ni cholery nie można wyciągnąć z folijki. Majstersztyk!  Ileż radości, ileż śmiechu...
Z mężem nie czytam, bo on zwierze nie czytające (cóż nie można mieć wszystkiego), no chyba, że śmieszne wyimki ze starych Przekrojów, którym w pracy robię zdjęcia.
Pasjami natomiast czytaliśmy sobie nawzajem z moim Byłym Przyszłym Mężem. Do dzisiaj bawi mnie wspomnienie pewnej grudniowej nocy kiedy czytaliśmy "Mikołajka", tak się zarykiwaliśmy z Alcesta, że mamunia Byłego Przyszłego przyszła nas nieco uspokoić, bo nasze rechoty niosły się z powodzeniem po całym bloku. Stare konie hihi

TEGO NIE ROBI SIĘ KSIĄŻCE

Nie przywiązuje wielkiej wagi do wyglądu książek. Znaczy, że zaginam rogi kiedy chcę zaznaczyć jakiś ważny cytat, a nie mam pod ręką kartki i długopisu żeby spisać stronę (zazwyczaj nie mam). Kiedyś kiedy jeszcze maniakalnie spisywałam do zeszytów cytaty zaznaczałam ołówkiem dane fragmenty, żeby łatwiej było je odnaleźć. Zdarza mi się odkładać książki grzbietem do góry, choć staram się tego nie robić. Nie mam nabożnego stosunku do książek, są po prostu częścią mojego życia. Kiedyś pożyczyłam moją ukochaną książkę psiapsiółce i tak jak i ona chrapkę na nią miał także jogurt, co to się w torbie wylał i obtoczył książkę swym jestestwem. I ona przez wiele wiele dni nosiła ją ze sobą bojąc mi się ją pokazać. Jak już dowiedziałam skąd ta zwłoka nie mogłam się nadziwić czego się ta koleżanka tak bała. Nic się przecież nie stało. To tylko książka i ma teraz indywidualne oznakowanie. Znaczy się była czytana, noszona w torbie i miała przygody:)

REJMER OBOK REYMONTA, CZYLI UKŁADANIE KSIĄŻEK

Nie wyobrażam sobie domu bez książek, w takim książkowym domu rosłam i taki książkowy dom staram się odtworzyć u siebie. Trochę książek przytargałam ze sobą, żeby nie zaczynać od zera. Reszta to już moja kolekcja. Od niedawna mogę książki kupować. Nie mam ich jakoś bardzo dużo. Zaledwie jeden regał. Nie bardzo mnie teraz już stać na szaleńcze kupowanie, dlatego kupuje tylko książki z zakresu historii. Nie chciałabym mieć specjalnego pokoju dla książek. Książki muszą mieszkać w tym pokoju, w którym najczęściej przybywam. Potrzebuje ich bliskości. Patrzę sobie na te półki, gdzie osobno stoją grubaski historyczne, oddzielnie proza polska, oddzielnie biografie i proza obca. Robi się już niestety tłoczno i już za chwile pan Pilch już sam nie będzie mieszkał na półce. Znajdę mu dobre towarzystwo. Czasem uda mi się ułożyć książki wydawnictwami.
Pożyczam książki, zdarzyło mi się kilka utracić. Bardzo mnie boli ta strata. Jestem czytenikiem na dorobku, od niedawna zaopatrującym się w książeczki dlatego mam jeszcze lęk separacyjny przed rozstaniem. Przyznam się szczerze, że zdarza mi się książek nie oddawać. To znaczy jednej i tej samej osobie nie oddałam dwóch książek. Jestem jednak pewna, że ona nawet nie zauważyła straty, a dla mnie są one bardzo ważne. Przez dłuższy czas leżały w specjalnym miejscu, w którym mieszkają te biblioteczne, ale odkąd pojawił się regał zostały wchłonięte i świetnie się myślę mają. Mam także kilkanaście tytułów mojego Byłego Przyszłego. No cóż to zamierzchłe czasy, już u mnie zostaną, to moje ukochane książki. On ma ich tyle, że nawet pewnie nie wie, że je mam. Poza tym ma ważniejsze sprawy na głowie, wiecie te sprawy żona, jedno dziecko, drugie dziecko...a ja te książki głaszcze i podczytuje częstokroć:)

A TY CO CZYTASZ W TOALECIE?

Czytam. Ano czytam. Nie mam specjalnej półki, ani specjalnej kategorii książek do toalety, czytam to co akurat aktualnie jest na tapecie. Jeśli jednak czytam więcej niż jedną książkę (a zazwyczaj tak jest), wybieram tę, która ma krótsze rozdziały, żeby tam w tej toalecie nie szczeznąć. Tak to już jest jak się nie potrafi przerwać czytania w połowie zdania.

CZARNE LITERKI NA BIAŁYM TLE, CZYLI KSIĄŻKA KONTRA CZYTNIK.

Niewiele mam na ten temat do powiedzenia. Nie posiadam Kindla i jakoś mnie nie ciągnie. Może to i wygodne, bo można sobie literki powiększyć, tło zmienić (tak to jest argument!), i w podróży się sprawdza. Ale co? mam czytać i czytnik głaskać? A zdarza mi się nader często być w tak bliskiej relacji z książką, że ją głaszczę.

"DUCHOWA LEWATYWA" I INNE TYTUŁY.

Nie przywiązuje wielkiej wagi do tytułu, choć zdarza mi się zdecydować się na jakąś książkę, bo mnie tytuł zafrapuje. Jednak nie może być to jedyne kryterium wyboru. Musi mi leżeć i opis i okładka i wydawnictwo musi budzić zaufanie. Tak się kiedyś dałam nabrać na książkę z serii Z Miotłą "Mam łóżko z racuchów". Przepiękna okładka i wydawnictwo, a tu nic zero chemii. Wzruszają mnie "Pantaleon i Wizytantki", nie zawiódł mnie Pilch i jego "Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym". Raz zdarzyło mi się zdecydować się na czytanie, bo tytuł mnie zaintrygował. I nie powiem było to ciekawe doświadczenie. A mianowicie "O psychiatrach, psychologach i innych psycholach". Prawda, że brzmi ciekawie?
 Tytuły jak piszę Sobolewska mogą także wprowadzić w błąd. Przekonałam się o tym kiedyś poszukując w w bibliotece książki Andre Acimana "Wyjście z Egiptu". Byłam wszędzie! A ona sobie stała spokojnie w dziale geografia. Cóż!:))

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ. (rozdziałów jest 14, póki co sama dopisałam sobie 7, czyli dokładnie połowę)

czwartek, 17 stycznia 2013

Książki poczekajki z własnej półki się miłosierdzia doczekają...

...Takie jest właśnie moje postanowienie na rok 2013. Żadnych innych postanowień nie czynie, bo i po co się męczyć, dołować i rozliczać. Nie lubię:) Nie jestem jedyna i nie jestem wyjątkowa, bowiem wielu z was blogowiczów zamieszcza dramatyczne informacje dotyczące nieczytania własnych książek. Myślę, że można to już nazwać syndromem. Na przykład "Syndrom obcego" hihi brzmi groźnie. Noo "syndrom obcych..." w domyśle syndrom obcych czytania książek. Albo nie Syndrom Książek Czekających na Godota  w skrócie SKCNG. Dotyka on najsilniej miłośników bibliotek. Tak i ja też cierpię na ten syndrom, książeczki czekają i czekają. Tłoczą się na półkach, niektóre tylko nieśmiało machają do mnie rogiem dolnym lub górnym. Inne dumnie na mnie spoglądają grubą okładką,  i się puszą, bo wiedzą, że są tak bardzo interesujące, że się prędzej czy później doczekają. A te najbardziej zdesperowane i te najmocniej "przeterminowane" potrafią w akcie desperacji rzucić z wysoka na miękki pomarańczowy dywan. Te w depresji wycofują się na tyły ikeowskich głębokich półek.
Dlatego też postanowiłam w nowym roku czytać przynajmniej jedną książkę miesięcznie z własnych zasobów. Wychodzi 12 sztuk. Jeśli przeczytam ich więcej to świetnie rzecz jasna. Wybrałam więc 20 tytułów, do których mnie najmocniej ciągnie. Dzięki temu nie będę ograniczona tylko do sztywnej dwunastki. Nazwałam je roboczo poczekajkami. Chociaż najbardziej podoba mi się określenie Mag ZALEŻYNKI-cudne! Mogą być także odleżynki- od odleżenia się wystarczająco długo. Ale odleżynki niekoniecznie brzmią:)
W świecie blogowym zawiązała się już incjatywa/wyzwanie zakładające to samo. Nazywa się "Z półki" i teoretycznie ja też mogłabym się oficjalnie podczepić. Mam jednak jakiś wewnętrzny opór, do brania na siebie jakichkolwiek zobowiązań, zwłaszcza dotyczących tak przyjemnej czynności jak czytanie. Oczywiście, że nikt mnie nie rozlicza i do niczego nie zmusza, ale to nie dla mnie. Pozostanę więc niezrzeszona:)
Wyzwanie jest podzielone na stopnie/poziomy zależne od ilości książek, które się zobowiąże przeczytać w roku. Zupełnie przypadkiem łapię się na poziom trzeci, albo czwarty w zależności od ilości przeczytanych tytułów.

Oto książki poczekajki/zależynki, a niech tam odleżynki


1) "Siódmy milion" T. Segev
2) "Skrwawione ziemie" T. Snyder (świeżynka, ale już przebieram nogami, tak mnie do niej ciągnie)
3) "Marzec 68" P. Osęka
4) "Poczucie kresu" J. Barnes
5) "Dom Kalifa. Rok w Casablance" T. Shah 
6) "Życie prywatne elit artystycznych..." S. Koper
7) "Londyńczycy" E. Winnicka
8) "Farby wodne" L. Ostałowska
9) "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"  S. Aleksijewicz
10) "Miedzianka. Historia znikania" F. Springer
11) "Złoty pelikan" S. Chwin
12) "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości"  S. Aleksijewicz
13)  "Po Syberii" C. Thubron
14) "Zrób sobie raj" M. Szczygieł (aż wstyd! tak długo już czeka!)
15) "Dobry Stalin" W. Jerofiejew (się zupełna świeżynka wygrana u Bosego Antka  załapała)
16) "Hamlet w stanie spoczynku" G. Michalik
17) "Drwal" M. Witkowski
18) "Rio Anakonda" W. Cejrowski (no ten to się naczekał. Pierwsza książka wypłatka jeszcze z 2011 roku)
19) "Zapraszamy do Trójki" E. Winnicka, C. Łazarkiewicz
20) "Rock-Mann" W. Mann (czy ja coś muszę wyjaśniać?

21) "Europa zimnej wojny" J. Holzer (jak mnie natchnie)      

Pierwszą własną książkę mam już w tym miesiącu zaliczoną. Zapomniałam ją dołożyć do leżącego na pleckach morza książek.

"Izrael już nie frunie" Paweł Smoleński.
 
Tak wiem, jest tu kilka tytułów, o których blogerzy trąbili na wszystkie strony świata już jakiś czas temu i wierzcie mi gdybym nie miała tych cudów u siebie, a trafiłabym na nie w bibliotece, to najpierw bym się osmarkała z radości, a potem przeczytała zachłannie i ekspresem. Książki te mają nieszczęście być moje,a to niesie ze sobą smutne konsekwencję:)
Czas na zmiany. Kochane moje książeczki Godot nadchodzi!

Dobranocka:)

p.s znów to samo. Zapiszę się jakieś zdanie, fragment nie tą czcionką, nie tym kolorem lub wielkością i nie mogę już żadnych zmian wprowadzić. Już nie wspomnę, że zmiany w tekście pojawiają się nawet na drugi dzień bez mojej ingerencji.

wtorek, 15 stycznia 2013

Mój rok 2012 był taki...zapraszam:)

Podsumowania książkowe, filmowe i muzyczne zaliczone. Trzymając się muzycznej formuły to najważniejszym wydarzeniem koncertowym jest bezsprzecznie koncert  pana Gabriela na Life Festiwal w Oświęcimiu.


  Cały zresztą ten trzydniowy, majowy wyjazd uważam za arcyciekawy I wizytę w deszczowym Krakowie i dzień koncertowy. Bardzo ważna była dla mnie także pobyt w Muzeum Auschwitz, oraz w Brzezince. Tak to dobry czas. Jednak jako najważniejszym wydarzeniem roku 2012 jest nasza podróż do Hiszpanii. A czas oczekiwania na wyjazd, czas wakacyjny, czas porannej 3 miesięcznej katorgii wstawania na 7 nie był dla mnie niczym strasznym. Mało tego odczuwałam często niespodziewaną radość, pomimo barbarzyńskiej dla niepoprawanej sowy pory, kiedy tak gnałam na rowerzycy, a wiatr urywał mi głowę. Nie straszne jest nic kiedy krok za krokiem zbliża się taki piękny wyjazd. I grzechem zaniechania byłoby nie wspomnieć naszej wizyty we Wrocku (przed wylotem) u MAG

  dwie urocze dziewoje na wrocławkim rynku-ech to był czas!
 Dlaczego nie można tych dni zamienić w Dzień Świstaka? 

 Zjechaliśmy kawałek (zacny) Andaluzji, wylegiwaliśmy się na tarasie z widokiem na morze, oraz raz (słownie raz) zamoczyłam  szanowny odwłok w tej lodowatej morskiej toni (za to wypadając z hukiem z pontonu-a co tam!). Pod tymi czarnymi okienkami ukrywają się dwa filmiki z Hiszpanii. Mało mało fascynujące, bo to po prostu widoki z samochodu, ale zawsze to Hiszpania i słoneczne obrazki:)

Nadmorskie okolice Estepony. W tle gra Vivaldi:)

W drodze do Rondy. Jesteśmy już tuż tuż. W tle gra Air:)

Krótko mówiąc przez chwilę żyliśmy innym życiem. Powrót do rzeczywistości był dość bolesny, ale warto było! Gorzej, że już teraz ja sobie nie bardzo wyobrażam następne wakacje jeśli nigdzie nie wyjedziemy! Tak to już jest. Poczuliśmy zapachy innego (z gruntu ciekawszego świata), połknęliśmy bakcyla i teraz niestety wyjazd do Trójmiasta mnie nie zadowoli (choć z miłą chęcią!). Tak więc będziemy się bardzo starać uzbierać choć połowę kwoty na jakiś wyjazd, by resztę wyciągnąć ze skarpety. Pytanie tylko czy owa skarpeta dotrwa do września? Smutne jest to, że z normalnych wypłat nie ma szans na uzbieranie bez wsparcia. Pewnie na jakąś zorganizowaną wycieczkę do Egiptu by się udało. Ale wybaczcie. Sami rozumiecie. Po takiej Hiszpanii! I tak to już jest, że w zeszłym roku mieliśmy pieniądze ze sprzedaży domu i mogliśmy sobie pozwolić na taki wyjazd, stać by nas było spokojnie nie tylko na jeden wyjazd, ale co z tego kiedy nie miałam aż tyle urlopu. Teraz urlopu mam jak lodu, ale za to już pieniędzy coraz mniej, a i sytuacja materialna zmieniła się na niekorzyść skarpety (więcej kasy idzie na codzienne życie, już nie tylko na przyjemności). Widać nie można mieć wszystkiego. Rok 2012 był bogatym rokiem. Pierwszy raz nie musiałam się martwić o pieniądze. To daje wielką wolność. Pewnie ktoś mądry by się popukał w głowę zamroził pieniądze (ze spadku- za mało na jakieś wielkie inwestycje, za dużo by wydać tak po prostu) i czekał na lepszy czas, na zdolność kredytową na przykład, co w naszej obecnej sytuacji (ja umowa na zastępstwo, mąż obecnie bezrobotny, rozkręcający własną firmę) jest jakąś totalną mrzonką (a i jak mąż pracował, to nie mieliśmy szans nawet najmniejszych). My postanowiliśmy z życia korzystać, cieszyć z tych pieniążków. 
Bo kto to wie co będzie za rok, dwa. Teraz trzeba żyć jeśli jest taka sposobność. Może jak się skończą (bo kiedyś się skończą i to szybciej niż później!) będziemy płakać łzami rzewnymi i pluć sobie w brodę, że ich nie zachowaliśmy. Bo jest więcej niż pewne, że wtedy akurat jak one się skończą, to będziemy sobie mogli pozwolić (mam nadzieję, że tak się w pracy ułoży) na wzięcie małego kredyciku na jakieś mikro mieszkanko, którego nie będziemy mieli za co wyremontować, bo ,że stać nas będzie tylko na takie do remontu to oczywista oczywistość:). No nic. Nie ma co. Będzie co ma być, a co nam radości te pieniążki przyniosły to nasze i nikt nam tego nie odbierze. A mówią, że one szczęścia nie dają. Ależ dają moi mili. Dają. Jeśli nie są jedynym elementem rzecz jasna:)

Ten rok nie był bogaty w żadne przełomowe, graniczne (nie wiem dorosłe?) doświadczenia jakie bywają udziałem ludzi z mojego (plus, minus) rocznika. Nie zbudowałam domu, nie obarczyłam się kredytem, nie awansowałam, nie rozmnożyłam się. Patrząc na życie znajomych nie dokonałam niczego ważnego, wszak niektórzy już robią w kwestii potomstwa drugie okrążenie hihi.
 No, ale sami powiedzcie czy to rozsądne w obecnej naszej sytuacji materialno-pracowo-mieszkaniowej się beztrosko mnożyć? No sami powiedzcie.  Wiem, wiem zaraz się pewnie podniosą mądre (nie przeczę) głosy, że nie ma co czekać, że jak się pragnie (ale czy teraz zaraz już? niekoniecznie!), że to się samo układa...blablabla. Samo się i może układa jak już musi. Dużo trudniej jest z podjęciem świadomej decyzji. To nie zabawa wszak. A zegar biologiczny biję, może nie tak zaciekle jak w "Time" Floydów, ale nie jest to też już subtelny dzwoneczek bim bom.


 Słowem latka lecą...No nie!? Ojojoj zrobiło się chyba zbyt poważnie. Ups. No, ale taki był ten rok także. Miejmy nadzieję, że moja (przynajmniej) moja sytuacja pracowa zmieni się na tyle (czytaj normalna umowa) żeby można było takie decyzyję podejmować sercem, a nie tylko rozumem.  Dosyć tej głębokiej prywaty.

Rok 2012 był także rokiem doświadczeń automobilowych. Było krótko, acz definitywnie. Nie podeszłam do egzaminu, ba nawet nie skończyłam kursu. Tak jak w lipcu dałyśmy sobie z moją instruktorką miesiąc przerwy (z przyczyn ode mnie niezależnych, potem mój urlop-2 miesiące ponad przerwy), tak do tematu już nie wróciłyśmy. Szczerze myślałam, że dociągnę sprawę do końca. Tak nakazuje zdrowy rozsąd. Ale doszłam do wniosku, że jest mi prawko na dobrą sprawę do niczego nie potrzebne i perspektywa męki jeszcze 10h (tyle mi pozostało kursu) w pudełku, w stresie totalnym kiedy się nie widzi sensu (i w ogóle niewiele w ciemnościach, jak się okazało!), potrzeby (pół roku przemieszczam się na rowerze, do pracy mam 20 minut), ani chęci jest idiotyzmem po prostu. I szkoda czasu i pieniędzorów na następne godziny, bo przecież żeby w ogóle móc podejść do egzaminu i nie zrobić sobie i instruktorce wielkiego wstydu musiałabym przy moich wybitnych zdolnościach tych godzin wykupić tyle, że hoho! 
Tak więc dziękuje bardzo. Argumentacja typu, że nawet jeśli teraz nie czuje potrzeby, to warto zrobić, bo prawko się zawsze przyda do mnie nie trafia żadną miarą. I już:) Do tego żeby tak zamknąć temat to posiadamy auto dość duże, z wielką dupą, zmian w tej materii nie przewidujemy, a na dwa nas nie stać nawet na takie malutkie dla niezdolnej żony. No i co najważniejsze! To nie była moja decyzja. Mąż mnie zapisał i siebie na motor, więc jakże ja się mogę trzymać nie mojego postanowienia? Wszak do zrobienia prawka trzeba wielkiej determinacji i albo ogromnej chęci i potrzeby codziennej, albo musu. Ja ani jednego, ani drugiego nie odczuwam:) Tak więc wolna jak ptak wypatruje wiosny z nadzieją, że ociągać się nie będzie i przyjdzie szybciutko, a ja wtedy hop na rowerek:)