"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

poniedziałek, 1 lipca 2013

Jaromirka Nohavicy koncert w Opolu. Cud miód i orzeszki!

Nasza blogowa MAG z którą wczoraj (pisane w niedzielę) spędziłam cudny czas rzekła mi kiedy żegnałyśmy się pod jej blokiem w okolicy godziny 1 w nocy, że mam w końcu napisać coś na blogu. Bo kto to widział! No wobec takiego dictum co ja mogę? No co ja mogę? Jedyne co mogę to coś napisać na blogu by kuleżanki szczerze bliskiej sercu nie zawieźć...

A jak doszło do mojego (właściwie naszego, bo udziału w spotkaniu mojego męża zwanego Gibbem nie można pomijać!) spotkania z Mag? Ano właśnie jak? A było to tak...

Wczoraj dnia 29 czerwca roku pańskiego 2013 udaliśmy się w podróż do miasta Opole na koncert JAROMIRA NOHAVICY, którego umiłowałyśmy sobie z Mag mniej więcej w tym samym czasie (stąd Mag w naszym samochodzie). O koncercie wiedzieliśmy już od jakiegoś czasu więc było na co czekać!



Jak widać nie był to tylko koncert Jaromira, ale to ON był najważniejszy dla nas (i dla reszty ludzkości w opolskim amfiteatrze zebranych zapewne też). No ale zanim spotkamy się z czesko-polskim bardem musimy do stolycy polskiej piosenki dojechać. A dzień zwany sobotą nie zaczął się tak jak to było planowane. Dzień zwany sobotą rozpoczął się z dwugodzinnym opóźnieniem. Chciałam na luzaczku wstać, zjeść śniadanko, zebrać się i powoli ruszyć w drogę. Nastawiłam grzecznie budzik na w miarę wczesną porę (na szczęście na troszkę późniejszą niż w tygodniu), nastawiłam i owszem, ale już nie zaznaczyłam, że budzik zadzwonić ma w sobotę, a nie jak to zwykle bywa w dzień powszedni. Zadzwoni zatem w poniedziałek:) No nic pospali my zdrowo do 10.30 (widocznie sen był nam nieodzownie potrzebny) i z konsekwentnie dwugodzinnym opóźnieniem wyruszyliśmy, z dwugodzinnym opóźnieniem dotarliśmy do Wrocławia do Mag i z takim samym niedoczasem wylądowaliśmy w mieście Opole. I o dziwo wszystko było tak jak miało być! Podróż minęła nam pięknie, gdyż wiadomy człowiek nam w samochodowym sprzęcie grającym śpiewał:)
Godzinę przed początkiem koncertu wylądowaliśmy pod wejściem do Amfiteatru. Mąż przez chwile stał w tej wesołej kolejce, a my odbierałyśmy zamówione drogą internetową bilety.



W kolejce nie postaliśmy długo bowiem po dość obrazowej odpowiedzi pani w kasie, że jak już się wejdzie do środka to już umarł w butach szybko się ewakuowaliśmy, nie chcieliśmy umierać w butach o godzinie 17.30:)
Poszliśmy więc w miacho. Ja miałam małą wędrówkę sentymentalną, bo przez pół roku w owym mieście przyszło mi studiować. Wrażenia dużego nie było. Tup tup nóżkami po rynku zrobiliśmy by na Oleską trafić i spożyć zupełnie przyzwoity obiadek nieopodal uniwerku. Tak rzadko w siedzibie uczelni swego czasu bywałam, że widok ów nie wzbudził we mnie żadnych emocji. Dziwiłam się tylko, że tak cholernie daleko miałam z przystanku. Że się mnie wówczas chciało! (w tym oto momencie złapałam siebie samą na braku konsekwencji w wypowiedzi. Rzadko bywałam, wnoszę więc, że mnie się wówczas nie chciało). Ej dosyć tej dygresji! Tup tup nóżkami w kierunku amfiteatru czas uczynić, bo się już godzina 19.00 zrobiła. 

Jak już dotarliśmy na miejsce pan Kasprzycki nam jeszcze ze trzy numery wykonał i wyszedł ON konferansjer ARTUR ANDRUS! Co to się działo. Ludzkość pokładała się ze śmiechu. Jego wywód o Warszawskiej jesieni w kontekście pór roku! Tego się ludzkim głosem nie da opowiedzieć! Jest mistrzem niezaprzeczalnym. Jest i już. Kto w ów fakt wątpi niechaj się pod stół schowa i się wstydzi:))


Na scenie Piotr Bukartyk z zespołem Szałbydałci. No faktycznie szał był. Obśmialiśmy się jak norki. Ma facet gadane, ma:) Piosenka o zielsku-cudna. Żałuje, że nie nagrałam. No nic to posłużę się gotowcem z youtuba. Śmiechy publiczności proszę sobie wyobrazić i resztę dźwięków generowanych przez zespół też.




Zabrakło "Piosenki z praniem w tle" szkoda. Może bez Kasi Groniec nie wykonuje tego numeru. W sumie bez Groniec to nie byłoby pewnie to. Za to były kobiety jak te kwiaty kto żonaty ten wie...:)

W przerwie pomiędzy jednym  składem a drugim swój czas miał Andrus i co to się na tej scenie wyprawiało!. Postanowiłam wypróbować swój nowy telefon wielkości szafy.  Zdjęć nie robi jakoś specjalnie dobrych, ale za to jak pięknie nagrywa i to z dość dużej odległości.
Oto Artur Andrus w szale twórczym:

 
Jak widać (a właściwie słychać) na załączonym obrazku nadszedł czas na Stanisława Soykę. A właściwie pół Soyki tak pięknie go ubyło. Od spotkania z NIM dzieli nas już tylko Soyka (z całym szacunkiem). 


Soyka jak to Soyka dobrze zagrał, dobrze zaśpiewał, acz stanowczo w zbyt wolnych aranżacjach co nie dawało zbyt dużego pola publiczności, która nie bardzo sobie mogła pośpiewać. A była to publiczność wyjątkowa, bardzo reaktywna. Super po prostu! Była podjęta próba (udana powiedzmy) wspólnego odśpiewania "Cudu niepamięci" z podziałem na role. Cuuuuud- panie, niepamięci -panowie. Fajnie to nawet wyszło, ale trochę niemrawo jednak. Była "Tolerancja", "Absolutnie nic" i dwa numery Niemena, które niestety powinny pozostać w repertuarze mistrza. Aranżację super, gorzej, że Soyka zamordował zarówno "Sukces" jak i drugi numer-nie pamiętam już jaki tempem stu żółwi w letargu. Ale i tak było fajno. W końcu to Soyka no nie. Pogoda nadal wyśmienita, nie za ciepło nie za zimno. W sam raz. Ja jak zwykle przygotowana na mrozy, deszcze i co tylko. Wzuwanie odzienia numer jeden nastąpiło jeszcze przed zmrokiem. Były jeszcze w gotowości dwa odzienia. Na szczęście obeszło się bez nich. Wnoszę więc, że naprawdę było milutko.


Nooo i przyszedł czas na NIEGO. Przyszedł czas na JAROMIRKA naszego kochanego. Zanim wyszedł jednak ON kolejnym wejściem uraczył nas Andrus. Że ja tego nie nagrałam. Andrus tańczył. Andrus w akcie desperacji tańczył. Zabrakło mu słów więc tańczył! Trzy lata układał choreografię. Była ona zaiste rozbudowana do granic absurdu. Tak gdzieś z trzech kroków się składała i ze dwóch dyskretnych gibnieć. Cud, miód i orzeszki i mistrz gracji na deskach opolskiego amfiteatru! Ostatnie zdania wypowiadane przez Andrusa zagłuszało nam dziecko, które za nami siadło (wraz z rodzicami rzecz jasna ono siadło). A było to dziecko nad wyraz rozgadane. Najprawdopodobniej właśnie było na etapie odkrywania swych możliwości lingwistycznych. I nie omieszkało nas siedzących przed nim uraczyć swym słodkim słowotokiem, zakończonym marudzeniem. Do tego Mag mówiła, że kopał ją miarowo w krzesełko, w miejscu, w którym znajdował się krzyż. I nie był to krzyż pański, a krzyż Mag! Wszystkie dzieci nasze są, ale wtedy kiedy mistrz Andrus bawi nas swą cudownie rozbudowaną frazą uprasza się o ciszę. Absolutną ciszę. (nie no szlag mnie zaraz trafi! dziwnym trafem tylko ten fragment dotyczący dziecka sprawia trudności. A to inny kolor, a to inna wielkość. Nie wiem może nie powinnam tego umieszczać? wszak matki z dziećmi też mają prawo uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych hihi)
Na szczęście miałyśmy możliwość zmiany miejsca, co uczyniłyśmy w sensie ścisłym przenosząc się na schody przed sceną. Bo już JUŻ na scenie pojawił się ON JAROMIR NOHAVICA! i akordeonista Robert Kuśmierski. I koncert się rozpoczął. Rozpoczął się moją ukochaną piosneczką. Rozpłynęłam się w sekundę i taka rozpłynięta pozostałam do samego końca. 



Nie można było nagrywać, co zresztą słychać w tym króciutkim filmiku. Ale pamiątka jest! Nie ważne, że do góry nogami, to znaczy boczkiem. To jest moi drodzy zupełnie nie ważne. Jaromirka nie widać wprawdzie, ale za to jak pięknie słychać! Zdjęcia wyszły kiepskie. Trudno.
 
Najbliższa memu sercu dotychczas (dotychczas bo teraz to słucham namiętnie, namolnie i obsesyjnie też tych wcześniejszych płyt) była ta najnowsza płytka "Tak me tu mas" z Minulost na czele. Z niej właśnie Nohavica zaśpiewał "Minulost" i "Jine to nebude". Inaczej być nie mogło, przecież te dwa kawałki okupują LP3. Z najnowszej odnotowałam jeszcze "Ja chci poezii". Reszta to mniej lub bardziej mi znane piosenki. Była "Ostravo", "Darmodej", "Panie prezydente", "Pitje vodu", "Zítra ráno v pět" (więcej tytułów nie pamiętam) i na zakończenie gromadnie odśpiewane "Az to se mne sekne".  Nohavica przeplatał mądrze. Raz było nostalgicznie chwilę później skocznie.
Szał publiczności. Standing owejszyn. Bis raz potem bis dwa. Już myśleliśmy, że to koniec, ale nie. Czekała na nas jeszcze wielka niespodziewajka. 
Wspólnie odśpiewana z Arturem Andrusem "Těšínská"/ "Cieszyńska" NO CUDO!!! Nie odważyłam się tego nagrać. Aj szkoda, że ze mnie taka boi dupa jest! 


 

Jaromir starał się dużo nie mówić, bo jak sam powiedział jego czas na scenie musi się zmieścić w godzinie i chcę nam zaśpiewać jak najwięcej. Pomimo tej czasowej niedogodności (przez kogo narzuconej?) troszku do nas jednak mówił. A mówił on przecudnie po polsku. Wykonał jedną pieśń w naszym ojczystym, ale najpierw się nas zapytał o zgodę:) No jakżesz mielibyśmy się nie zgodzić! Kuplecik warszawski ubawił nas setnie. Nohavica jest nieprawdopodobnie ciepły i ma fantastyczne poczucie humoru. Pokochałam go całym serduchem jeszcze mocniej! Gdyby tak świat składał się z większej ilości Jaromirków to zaiste byłby to cudny świat:)

Jedyny minus koncertu to tak krótki (nieco ponad godzinka już z bisami) czas dla samego Jaromira. No, ale nic to! W 2015 roku spotykamy się ponownie! Obiecał nam.

Potem szybki powrót do domku (nadal w towarzystwie mistrza na CD). Cała operacja pt: Spotkanie z Jaromirem zamknęła się w 14 godzinach. My w domku wylądowaliśmy o 3 w nocy.

P.S amfiteatr opolski w tv wydaję się ogromny, a w rzeczywistości jest malutki. Malutki, ale fajny. Taki przytulny. Co jakiś czas uświadamiałam sobie, że to w tym miejscu odbył się koncert "Zielono mi", śpiewała Demarczyk, Niemen. Nooooo.

Dziękuje za uwagę i pozdrawiam a tych, którzy o mnie jeszcze nie zapomnieli szczególnie!
 

czwartek, 6 czerwca 2013

Zabawa blogowa 5 filmów w moim wieku:)


Trafiłam zupełnie przypadkiem na bloga filmowego Panorama kina i na zabawę, która tak bardzo mi się spodobała, że ponownie postanowiłam przerwać milczenie:)


Zabawa ta polega na wymienieniu pięciu tytułów filmów, które "urodziły" się w tym samym roku co my ( w sensie ścisłym akurat ja). No więc proszem ja państwa bardzo.

Na świat przyszłam w zimę stulecia. Załapałam się na początek 1979 roku. Gdybym wykluła się w z góry ustalonym czasie trafiłabym już na wiosnę, a że widać pośpiech kierował mną to świat lodem skuty mnie przywitał i ciepłe pudełko inkubatorka. No ale nie o tym przecież:).
Ja się ukazałam oczom moich rodziców w roku pańskim 1979 a te kilka tytułów (dla mnie ważnych) ukazało się oczom widzów w tymże samym roku. Jako, że są to tytuły większości bardzo dobrze znane poszłam na łatwiznę i opis fabuły skopiowałam bezczelnie z portalu filmweb. Myślę, że nie ma sensu żebym swoimi słowami starała się opisać treść. 
Od siebie dodam tylko to co moje, co jest tylko i wyłącznie moim subiektywnym odczuciem związanym z filmem. Najczęściej będzie to wspomnienie czasu, w którym oglądałam dany film. Niektóre tytuły są mi bliższe inne nieco dalsze. Oto piątka (kilka filmów się nie zmieściło). 



1 "HAIR" REŻ: M.FORMAN


 

Z filmweb:
To pełna energii i pasji błyskotliwa adaptacja słynnego broadwayowskiego musicalu w reżyserii nagrodzonego Oscarami Milosa Formana. Doskonała muzyka, klimat oddający ducha swobody, wolności i miłości lat 60-ych sprawiają, że "Hair" to film kultowy nie tylko dla młodego pokolenia dorastającego w latach 70. Claude Bukowski - zwykły chłopak z Oklahomy przyjeżdża do Nowego Jorku, by zaciągnąć się do wojska i wyjechać na wojnę w Wietnamie. W Central Parku poznaje grupę hippisów, ich charyzmatycznego lidera Bergera i piękną Sheilę. Spotkanie to pozwala mu odkryć zupełnie nieznany do tej pory świat, w którym rządzi przyjaźń, miłość i wolność.
 [opis dystrybutora dvd]

Oj tak to był szał. Odkrycie tego obrazu było dla nastolatki w drugim okresie buntu (tym hipisowskim, wcześniej był ten punkowy) objawieniem. Oglądanie "Hair" po stokroć należało do dobrego tonu. Każda impreza taneczna okraszona być musiała muzyką z filmu. Och i te łzy wylane nad losem Bergera! Piękne wspomnienie, piękny czas, piękny film.
 

2) "SPRAWA KRAMERÓW" REŻ: ROBERT BENTON

  • Z filmweb:
     Ted Kramer jest mężem i ojcem, całkowicie pochłoniętym karierą zawodową. Jego żonę Joannę męczy taki stan rzeczy, dlatego decyduje się go porzucić. Pod opieką męża zostawia 7-letniego synka, Billy'ego. Początkowo Ted nie może odnaleźć się w nowej roli. Trudno jest mu pogodzić pracę zawodową z wychowywaniem dziecka. Jednak pomimo trudności udaje mu się zaprzyjaźnić z synem i stworzyć prawdziwy, pełen bezpieczeństwa dom. Tymczasem Joanna zmienia zdanie i chce za wszelką cenę odzyskać chłopca. Ted nie zamierza jednak rezygnować z syna. Sprawa trafia do sądu.

    Ten film ma dla mnie przynajmniej dwa poziomy. Po raz pierwszy obejrzałam go dziecięciem będąc. W wieku mniej więcej tego chłopca z filmu. Siłą rzeczy bardziej identyfikowałam się z nim niż z resztą dorosłych bohaterów. Najmocniej zapamiętana scena to ta w kuchni kiedy ojcien Dustin Hoffman próbuje zrobić śniadanie. Ma ona tak ogromny ładunek emocjonalny, że nadal tkwi w mej pamięci. Po wielu latach oglądając film ponownie i ponownie identyfikacja z dziecka przeniosła się na dorosłego ze szczególnym uwzględnieniem ojca. 
    p.s mieliśmy znajomych, którzy uwielbiali kłócić się publicznie. Wciągali towarzystwo w swoje jazdy (nigdy nie było wiadomo kiedy coś między nimi znów się zadzieje). Nazywaliśmy ich Kramerami. "Co tam u Kramer kontra Kramer słychać?" padało uprzejme pytanie:)
      


    3) "MANHATTAN" REŻ; W. ALLEN
     Z filmweb:
     Isaac Davis utrzymuje się z dostarczania skeczów do telewizji. Właśnie zrezygnował z pracy w telewizji, ponieważ nie mógł się pogodzić z tym, że zaniżano poziom jego programów. Uważa bowiem, że nie można ogłupiać społeczeństwa. Teraz jest bezrobotny. Przenosi się do mniejszego mieszkania. Musi oszczędzać, aby płacić alimenty. Jego problemy ma rozwiązać książka, którą właśnie zaczął pisać.
    Jednak kłopoty finansowe nie są jedynymi problemami Ike'a. Mężczyzna nie potrafi uporządkować swojego życia osobistego. Nie radzi sobie z kobietami. Dwukrotnie rozwiedziony, płaci alimenty obu paniom i utrzymuje syna, Willy'ego.
    42-letni Isaac wiąże się z siedemnastoletnią uczennicą, Tracy, mimo że tak duża różnica wieku wprawia go w zakłopotanie. Nie zauważa, że jej towarzystwo czyni go szczęśliwszym. W międzyczasie kibicuje romansowi żonatego przyjaciela, Yale'a z agresywną feministką i intelektualistką, dziennikarką Mary. A gdy ta para rozpada się, Isaac decyduje się na związek z Mary. 

    Nie mam osobistego wspomnienia związanego akurat z tym tytułem. Bardziej zbiorowe wspomnienie odkrywania filmów Allena w ogóle. No to było moment przełomowy:))



    4) "ŻYWOT BRIANA" REŻ: MONTY PYTHON 

    Z filmweb: 
    Film opowiada losy Briana, rówieśnika Chrystusa, który przychodzi na świat w Betlejem i zostaje omyłkowo uznany za zbawiciela.

    Pamiętam, że podczas pierwszego spotkania z tym filmem Pythonów w głowie miałam myśl, że to niemożliwe, że taki film istnieje! Rzecz jasna rozmawiało się potem tekstami z Braina i oczywiście z innych Pythonów też. Z innych nawet intensywniej.
    Krzyżowanko?
      


    5) "AMATOR" REŻ: K. KIEŚLOWSKI
     
    Z filmweb: 
    Jeden z najgłośniejszych filmów, zaliczonych do tzw. kina moralnego niepokoju. Jego głównym bohaterem jest Filip Mosz – kapitalnie grany przez Jerzego Stuhra – zaopatrzeniowiec w zakładzie przemysłowym gdzieś w podkrakowskim miasteczku. Momentem przełomowym w jego życiu staje się kupno amatorskiej kamery filmowej. Filip bowiem, jako człowiek bez reszty oddany rodzinie, pragnie uwiecznić narodziny i rozwój swojej córki. Wieść o zakupie Mosza obiega zakład pracy. Filip otrzymuje propozycję nakręcenia filmu z okazji pięciolecia przedsiębiorstwa. Dyrektor zakładu obejmuje nawet protektorat nad nowo powstałym amatorskim klubem filmowym. Kieślowski z niezwykłą przenikliwością ukazuje powolna ewolucję Filipa, który z człowieka „schowanego“ we własną prywatność, ceniącego ponad wszystko „święty spokój“ przeobraża się w społecznika i artystę, wrażliwego na ludzką krzywdę i niesprawiedliwość. Amatorskim filmom Mosza daleko bowiem do propagandy sukcesu. Wręcz przeciwnie – samorodny reżyser bezkompromisowo pokazuje wynaturzenia otaczającej go rzeczywistości. Cena prawdy jest jednak wysoka...
  • [opis dystrybutora dvd]

    To ważny film mistrza, choć dla mnie nie najważniejszy. No, ale co ja poradzę, że faktyczny film inicjujący miłość do Kieślowskiego powstał po roku mojego urodzenia. Oczywiście "Amator" to także ważny dla mnie film. Mogę go oglądać i oglądać. 
    Kieślowski walczył o piątkę z Wajdą  i z jego:


     

    No ale wygrał Kieślowski, chociaż ten film Wajdy też jest mi bardzo bliski. Och "Panny z wilka" mają moc wielką. Wielką moc nostalgii. Uwielbiam scenę z Zachwatowicz w kuchni kiedy kłóci się z Olbrychskim a potem tak strasznie płacze (Zachwatowicz pięknie mi się kojarzy z rolą matki w "Kronice wypadków miłosnych").
    Z racji ograniczenia do 5 tytułów nie wspomniałam o jeszcze jednym tytule, który ma lat tyle co ja. Chociaż słówko! Mowa o:



     Rany ten węgorz znaleziony na plaży! brrr
    Książka i film mają moc wielką. A Oskarek największą.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Festiwal Dwa Teatry Sopot 2013.

Tak wiem bardzo długo mnie tu nie było, więc może żeby przełamać to milczenie...

DWA TEATRY 2013 (na żywo w Tvp Kultura i ja na bieżąco nadaję)



* GRAND PRIX

SŁUCHOWISKO: "Mewa" reż: Igor Gorzkowski


TEATR TV: "Tango" reż: Jerzy Jarocki


* NAGRODA AKTORSKA ZA ROLĘ KOBIECĄ

SŁUCHOWISKO

Sonia Bohosiewicz "Ich czworo" reż. Jerzy Stuhr 



oraz Kalina Skoczyńska "Mewa" Igor Gorzkowski

TEATR TV:

Magdalena Cielecka  "Moralność pani Dulskiej" reż. Marcin Wrona

  
*  NAGRODA ZA ROLĘ MĘSKĄ

SŁUCHOWISKO:  Henryk Talar "Prorok Ilia" reż; Paweł Łysak, oraz za "Mewę" reż: Igor Gorzkowski



TEATR TV: Bogusław Linda "Bezdech" Andrzej Bart


 oraz Łukasz Lewandowski "Bracia Karamazow" reż; Janusz Opryński, "Iluzje" reż: Agnieszka Glińska



* REŻYSERIA 

SŁUCHOWISKO: Paweł Łysak "Prorok Ilia" 

TEATR TV: Marcin Wrona "Moralność pani Dulskiej"



* DRUGOPLANOWA ROLA W SŁUCHOWISKU POLSKIEGO RADIA: Maja Ostaszewska
 "Wszystko płynie" reż; Darek Błaszczyk



 * NAGRODA ZA  SCENARIUSZ BĘDĄCY ADAPTACJĄ:

SŁUCHOWISKO: Darek Błaszczyk "Wszystko płynie" oraz Maciej Wojtyszko "Nie uchodzi, nie uchodzi..."


* NAGRODA ZA SCENOGRAFIĘ: 

 TEATR TELEWIZJI Anna Wunderlich za "Moralność pani Dulskiej" w reż: Marcina Wrony



* NAGRODA ZA ORYGINALNY POLSKI TEKST WSPÓŁCZESNY DRAMATYCZNY: 

TEATR TV: Andrzej Bart "Bezdech" 




*  NAGRODA ZA NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY 

SŁUCHOWISKO: Włodzimierz Kowalewski za spektakl "Powrót do Britenheide" reż. 


 *  NAGRODA ZA ZDJĘCIA: 

TEATR TV:  Jan Holoubek za spektakl "Moralność pani Dulskiej" reż. Marcin Wrona



*  NAGRODA HONOROWA IM. KRZYSZTOFA ZALESKIEGO

SŁUCHOWISKO: "Wszystko płynie" reż: Darek Błaszczyk



TEATR TELEWIZJI ZA POMYSŁ SPEKTAKLU  "3 razy Fredro" 



NAGRODY SPECJALNE ZA CAŁOKSZTAŁT TWÓRCZOŚCI wręczone zostały pani 

ANNIE POLONY

IGNACEMU GOGOLEWSKIEMU




O Festwialu Dwa Teatry pisałam jeszcze: 


Dwa Teatry 2011 


p.s zauważam, że z roku na rok coraz nudniejsze, z coraz mniejszym polotem i pomysłem są galę. Ta rok temu jeszcze jakoś szła, a to przed chwilą? Beznadzieja:(

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Serialomaniaczka poleca...

Znów się wkręciłam w seriale na nowo. Już zapomniałam jakie to fajne jest kiedy w głowie mieszka myśl, że w każdej chwili dzięki różnorakim portalom filmowym można zajrzeć do bohaterów. Nie trzeba czekać na następny odcinek tydzień, nie trzeba przytupywać niecierpliwie z nogi na nogę podczas niekończących się reklam. Słowem wolność wyboru i brak ograniczeń czasowych. Można wszystko. Można sobie dawkować, można pochłonąć całość na jednym wdechu. Ja staram się jednak sobie dawkować żeby starczyło na dłużej. Nie zawsze mi się rzecz jasna ta sztuka udaję. 


Na pierwszy ogień "recenzyjny" pójdzie świeżynka, którą wczoraj skończyłam oglądać i jestem pod ogromnym wrażeniem (i w żałobie też jestem, że to już po) Angielski serial kryminalny "Broadchurch"


Koleżanka pracowa mnie poinformowała o tym serialu mówiąc, że według jej informacji doczytanych serial ten ma być angielską odpowiedzią na szwedzkie The Killing. Dwa razy mi nie trzeba było powtarzać. Zaraz po powrocie do domu zasiadłam do pierwszego odcinka i szczerze powiedziawszy już po  kilku minutach wiedziałam, że to jest to!  Na dzień dobry wciągnęłam 3 odcinki i miałam ochotę na więcej. Na szczęście wygrał rozsądek i zwolniłam tempo nieco po to by cieszyć się tym serialowym odkryciem jak najdłużej.


Tytułowe Broadchurch to małe, angielskie, nadmorskie miasteczko, w którym dochodzi do tragedii. Na plaży w pobliżu wysokiego klifu zostaję odnalezione ciało 11 letniego chłopca Danny'ego Latimera. W tym samym dniu do pracy wraca detektyw Ellie Miller. Jej pierwsze zadanie to poprowadzenie (pierwszego tak poważnego) śledztwa. Tak myśli i szybko się przekonujemy, że się myli, bowiem w tym samym dniu i w tym samym celu do miasteczka przybywa detektyw Alec Hardy. Jak to w małym miasteczku bywa wszyscy się znają i wiedzą o sobie prawie wszystko. No właśnie prawie wszystko i to prawie może sprawić, że nagle ze  zwykłego mieszkańca Broadchurch można awansować na mieszkańca podejrzanego. Akcja toczy się przede wszystkich wokół rodziny Latimerów (mamy, taty, starszej siostry i babci), rodziny sierżant Miller, oraz detektywa Hardy'ego, który także skrywa jakąś tajemnice. Plus galeria postaci. Takich zwyczajnych ksiądz, właściciel kiosku z gazetami, dziennikarz. Bez nich serial nie stanowiłby takiej ciekawej całości  zgrabnie zamykającej się w 8 odcinkach. Z pozoru niewinne, urokliwe miasteczko (świetne zdjęcia i muzyka) i jej mieszkańcy kryją w sobie niejedno. I jakżesz to jest zagrane wyśmienicie! Od detektywa Hardy'ego w tej roli David Tennant nie można wzroku oderwać (i jakie fantazję się roją w głowie hi), rewelacyjna jest też odtwórczyni roli Miller Olivia Colman. Oj co tu dużo mówić WSZYSCY W TYM SERIALU SĄ ŚWIETNI! Słowem aktorski majstersztyk. I pamiętacie, że sowy nie zawsze są tym, czym się wydają. (Twin Peaks)
I ten język angielski, w którym można się bez pamięci zasłuchać.


Kolejna perełka obejrzana już jakiś czas temu to "House of Cards"


Nie spodziewałam się, że tak bardzo mnie wciągnie thriller polityczny. Czułam, że to będzie dobre, wszak za reżyserię kilku pierwszych odcinków zabrał się sam David Fincher, a Kevin Spacey nie zagrałby raczej w czymś kiepskim. Ale, że tak bardzo się w serialu zakocham to nie przepuszczałam. A co takiego jest w tej 13 odcinkowej produkcji wyjątkowego, że mnie tak  wkręciło? Ano na początek się w samym Spacey'u zachwyciłam (jak mawiał młody Talar w serialu "Dom"), w Kevinku takim, że nie chciałabym go spotkać na swojej drodze. Oj nie chciałabym. 
No ale do rzeczy. Kimże jest postać grana przez Kevina Spaceya? Francis Underwood jest kongresmenem. Obiecano mu inne, lepsze stanowisko Sekretarza Stanu. Nie dostaje go jednak. Oj zdenerwował się Frank, oj nie popuści Frank. Oj zemści się, zemści Francis Underwood. Ale nie będzie to zwykła, ordynarna zemsta, będzie to wyrafinowana, wieloodcinkowa zemsta. Francis Underwood mierzy bowiem wysoko. Jest do tego człowiekiem bezwzględnie inteligentnym, przebiegłym, wytrawnym manipulatorem. 
Myślałam, że nieznajomość amerykańskiego systemu nie pozwoli mi się w serial zaangażować i faktycznie czasem gubiłam się w politycznych zależnościach, nazwiskach i funkcjach, ale nie miało to większego znaczenia dla odbioru całości. Te polityczne gierki na najwyższym szczeblu stanowią jednak tło (ważne bardzo i budujące opowieść) do opisania relacji Franka ze światem, sieci zależności z innymi ludźmi, oraz z wyjątkowej urody żoną Claire, której postać kreuje zjawiskowa Robin Wright. Dziwny jest ich związek bliższy raczej układowi. Układowi, który działa bardzo sprawnie. Małżonkowie wspierają się, pomagają także w kwestiach zawodowych. Każde ma jednak coś za uszami. Układ z żoną nie jest jedynym układem, w którym tkwi Frank. Zoe Barnes Kate Mara to młoda, ambitna dziennikarka, której marzy się dziennikarstwo polityczne, a że jest inteligenta i sprytna wie do kogo uderzyć.  Frank natomiast wie jak pociągać za polityczne sznurki, wie jak zaskarbiać sobie ludzi. Jest wybornym graczem. Dzięki swoim kontaktom i wiernym współpracownikom najczęściej wygrywa każdą partie. Nie jest jednak nieomylny...

W zasadzie każdy odcinek ma swoją oddzielną intrygę polityczną. Są rzecz jasna i główne wątki (te polityczne i te osobiste) przewijające się przez wszystkie odcinki. Trzeba oglądać uważnie i nie przejmować się jeśli czegoś nie rozumiemy:) Wszystkie role zagrane są koncertowo, na najwyższym aktorskim poziomie.
Odcinki bywają nierówne. Niektóre intrygi Franka są fascynujące, inne nieco mniej (mnie osobiście zmiażdżył 5 i 6 odcinek-klękłam). Całość jednak jest doskonała i trzyma w napięciu. A my widzowie (ja na pewno) kibicujemy od pierwszej chwili Frankowi. A przecież to taka świnia jest!:)

Ja moi drodzy pozostaję w zachwycie i czekam niecierpliwe (oj przyjdzie mi czekać czas dłuższy) na sezon drugi.

I polska produkcja. Bo nasi też potrafią "Krew z krwi"


W pierwszych odcinkach poznajemy rodzinę mama Carmen, tata Marek, trójka dzieci najstarszy Franek, młodsza Natalia, i najmłodsze dziecię Borys. Z pozoru zwykła to rodzinka. Mają przyjaciół, dobre, spokojne, na wysokim poziomie materialnym życie. Znają się wszyscy od wieków. I szybko się przekonujemy, że to nie jest ot taka sobie rodzinka. To taka mafijna (na miarę polskich realiów) rodzinka. Głowa rodziny wraz z bratem żony Wiktorem i z przyjacielem Stefanem prowadzą "biznes" przemyt i takie tam inne przygody. 
Nad wszystkim po cichutku czuwa najstarszy z rodu Stefan, w postaci teścia głowy rodziny i ojca szyi rodziny, czyli matki dzieciom. Wszystko gra, życie toczy się torem spokojnym...toczy się torem spokojnym do momentu aż się toczyć spokojnym torem przestanie. Najmłodszy ze wspólników Wiktor (brat Carmen) jako, że nie jest specjalnie mądry i rozsądny popełnia błąd, kradnie ogromną ilość narkotyków. I wiadomo, że kradnie je nie  byle komu. Kradnie je Antonowi i oj kłopoty się szykują. Carmen czuję, że przestaje być bezpiecznie, wie, że jej rodzinie grozi niebezpieczeństwo. Nie do końca zdaję sobie sprawę co się wydarzyło i czym zajmuje się jej mąż (wie, że nie do końca legalna jest jego praca). Marek też zdaję sobie z tego sprawę. Nie widzi już sensu "pracy" z Wiktorem. Postanawiają więc wyjechać...No ale wiadomo, że gdyby im się to udało serial skończyłby się na drugim czy trzecim odcinku. Więc dzieję się tragedia. Teraz Carmen musi być silna, mądra i skuteczna...

To jest moi drodzy dobra rzecz ten serial. Za reżyserie odpowiada Xawery Żuławski i poradził sobie moim zdaniem z tym zadaniem nieźle. Wszystko hula w fabule jak trza (mówiąc może nazbyt kolokwialnie, ale cóż poradzić jeśli tak właśnie jest), co nie jest znowuż takie oczywiste w przypadku polskich produkcji. Często, gęsto pełnych scenariuszowych dziur. Jest początek, środek i koniec. Wątki się sprawnie i logicznie łączą ze sobą i sprytnie zamykają. Dobre zdjęcia, muzyka i ogólnie klimat serialu. 
Nie fabuła jednak była dla mnie w tym serialu najważniejsza, a aktorstwo. Agata Kulesza w roli Carmen jest boska (w końcu to Agata Kulesza!) Zbigniew Stryj w roli Marka też mi pasuje, dzieciaki ciągną swoje kwestie również przyzwoicie. Brat Wiktor Andrzej Andrzejewski wkurzał mnie niemiłosiernie, a właśnie takie emocje swą bezmyślnością miał zdaję się wzbudzać. Para przyjaciół, w tym wspólnik Łukasz Simlat i Iza Kuna bardzo przekonujący. Do tego role epizodyczne Aleksandr Domogarow w roli Antona i mój faworyt (uwielbiam faceta od dawna) Szymon Bobrowski (mniam!). Jerzy Grałek w wiecznym konflikcie małżeńskim z Iwona Bielska także zasługują na uwagę. Słowem aktorski smakołyk:)
Niezły serial kryminalny mojego ukochanego Pitbulla nie przebił (obawiam się, że żadnej polskiej produkcji się ta sztuka nie uda), ale wart uwagi jest zaiste.

Trzy powyższe seriale są przeze mnie obejrzane. Na koniec chcę wspomnieć o serialu, którego przed chwilą wciągnęłam pierwszy sezon. Ale o nim chcę tylko wspomnieć. Oglądam i jestem bardzo na TAK!



Dziękuje za uwagę i pozdrawiam serdecznie:)