"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

poniedziałek, 19 grudnia 2011

O kobiecie, która Bóg pocalowal w policzek i tak juz zostalo, o Audrey Heburn slow kilka.


Książkę o swojej matce napisał jej straszy syn Sean Heburn Ferrer. Bardzo emocjonalna to książka jest, ale trudno oczekiwać żeby było inaczej jeśli autorem jest osoba silnie z bohaterką książki związana. Bardzo ładnie wydana jest ta pozycja, gruby kredowy papier, przejrzysty druk no i mnóstwo zdjęć. I to właśnie one, te zdjęcia są najciekawsze. Sean Hepburn Ferrer posługuje się słowem pisanym sprawnie, dużo emocji i miłości jest w tej opowieści o kobiecie, która nie tylko była aktorką o niesamowitej urodzie, ale przede wszystkim była cudowną mamą i dobrym człowiekiem. Jednak jest w tym jego pisaniu coś co mnie drażniło podczas czytania. Szczerze powiedziawszy z radością docierałam do stron ze zdjęciami. Nie wiem dlaczego, ale nie przypadł mi ten sposób narracji. Nie, nie męczyłam się podczas czytania, ale też nie weszłam w historię z otwartym sercem (być może jestem nieczułym potworem), nie przeczę wzruszyłam się kilka razy czytając o działalności Audrey w UNICEF, ale czegoś mi w tej książce zabrakło. Czegoś brakło, czegoś było za dużo. Książka pomimo dość dużego formatu czyta się jednak błyskawicznie za jednym posiedzeniem.
Syn opowiadał nie tylko o swojej relacji z mamą, ale także o Audrey relacjach z apodyktyczną matką i nieistniejącej relacji z ojcem, którym mimo wszystko się w jakiś sposób opiekowała do końca jego życia. Nazywała to swoim obowiązkiem, tak ją wychowano. Czcij ojca swego i matkę swoją nawet pomimo krzywd jakie rodzice wyrządzili. Jest we mnie głęboki sprzeciw wobec takiego rozumowania. Przez całe swoje życie Audrey stawiała siebie na samym końcu, najpierw rodzina, świat cały i jak starczy czasu to kilka chwil na siebie. W dorosłym życiu doświadczyła kilku poronień, to także musiało w niej zostawić głęboką ranę. Mocno przeżywała swoje wyjazdy do Krajów Trzeciego Świata, w dzieciństwie sama doświadczyła traumy wojny, głodu i ogromnego strachu, niosła ten emocjonalny bagaż przez całe życie. Po wyprawach do Somalii załamała się, pomimo tego jednak nie przerwała swojej działalności na rzecz dzieci. Wielki podziw i szacunek dla tej cudownej postaci. Mam jednak takie przekonanie, że traumy dzieciństwa i ból spotkań ze skrajnym nieszczęściem dzieci przyczyniły się do rozwoju choroby, nie wypowiedziane trudne emocje wypełniają każdą naszą komórkę, ciało pamięta każde wydarzenie, to dobre i to złe i ciało reaguje, chorobami. Audrey Hepburn zmarła na raka jamy brzusznej.

Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia...

Mała Audrey z mamą.
Kilkuletnia Audrey:)
4-letnia Audrey z tatą. Niedługo potem ojciec opuścił rodzinę.
Dorosła już córka z ojcem. Spotkali się po raz pierwszy po 25 latach.
Audrey nie lubiła siebie. Od dziecka uważała, że jest zbyt chuda i ma za duże stopy w stosunku do reszty ciała.Hmm nie można temu zaprzeczyć, choć zdjęcie niewyraźne, stopy faktycznie nie najmniejsze:) Ja tu widzę przyszły szyk i elegancję Audrey Hepburn:)
Rysunki małej Audrey
Audrey-nastolatka:)
Audrey szczęśliwa mężatka (tu z ojcem Seana Melem Ferrerem)
Audrey szczęśliwa mama- z małym Seanem.
Audrey i Mel z psem i sarenką:)
Ulubione zdjęcie autora książki.
Rodzinka:)
Rodzinka troszkę już starsza.
Audrey z drugim mężem Andreą Dotti
Rodzina powiększona o małego Lucę.
Bracia Sean Ferrer i Luca Dotii
Mama i synowie.
Z ostatnim partnerem na wyprawie z UNICEF

Zdjęcia w książce umieszczone były dużo bardziej drastyczne, ale wybrałam to pozytywne.
Dom w Szwajcarii- w nim zmarła w 1993
Moje ulubione zdjęcie:)
Czy to możliwe żeby tak piękne kobiety po ziemi chodziły?
Tymi słowy syn pożegnał matkę podczas pogrzebu.

niedziela, 18 grudnia 2011

O zmianach wiekszych i mniejszych:)

Słowa, słowa, słowa-tak było u Szekspira, a u mnie zmiany, zmiany, zmiany, no może nie tak liczne, ale jednak zmiana jakaś w moim życiu nastąpi:)
Otóż moi kochani od wtorku idę do pracy:)
 Zanim zaczniecie mi gratulować, to przyznam Wam się szczerze, że nie skaczę ze szczęścia pod sufit, ale też łez rzewnych nad tym faktem nie wylewam. Szału nie ma. Nie jest to praca w zawodzie, nie jest to praca specjalnie fascynująca, ani płatna dobrze (w najmniejszym stopniu), ale nie ma co prawić o tym, czym ta praca nie jest, może dla zdrowia psychicznego lepiej mówić o tym czym ta praca jest. Jakie walory przedstawia? Hmm dla kogoś kto bez pracy był dwa lata (z przerwami) sam fakt, że praca w ogóle JEST powinien być już argumentem unoszącym ze szczęścia nad ziemią. Ogromnym plusem jest to, że praca ta jest w firmie państwowej, pewnej, z której jak podskoczy najniższa krajowa nikt mnie nie wyrzuci w ramach oszczędności, minusem jednak jest umowa na zastępstwo, plusem, że owe zastępstwo może trwaaać i trwaaać. No ale do rzeczy!!

Od wtorku rozpoczynam pracę w uniwersyteckiej bibliotece, napięcie rośnie...jako młodszy bibliotekarz...(brzmi ładnie)...jako magazynier/magazyniarka?...napięcie maleje gwałtownie:)
Na rozmowie, której nie traktowałam jako rozmowy szczególnie znaczącej (po prostu zaniosłam CV) dowiedziałam się wszystkiego co najgorsze na temat pracy w magazynie, że bywa fizyczna, że kurz, że alergię, że dwie zmiany (7-15, 10-18, w wakacje i czas świąteczny jedna zmiana 7-15 buuu!-pora dla sowy zabójcza!) że kiepsko, że mam wyższe wykształcenie, i to praca poniżej moich kompetencji.
 Ja niewzruszenie odpowiadałam, że mnie to nie przestrasza, że nie takie rzeczy się w życiu robiło, że ja muszę pracować. Zrobiła ta moja szczera postawa dobre wrażenie i do pracy zostałam przyjęta:) No!
Już jestem po szkoleniu, już wiem na czym polegać będą moje obowiązki. Będę obsługiwać magazyn czasopism i książek językowych. Mam już przygotowany ciepły zestaw rzeczy nie najładniejszych, bo zapomniałam dodać, że tam nie najcieplej jest, a o wszędobylskim kurzu już wspomniałam:) Do tego ta CISZA! Ja rozumiem na górze w czytelni, ale tam na dole, w samotni? Ponoć mogę słuchać radyjka, ale czy usłyszę wtedy windę przybywającą z góry na dół z zamówieniem? (winda znajduje się w pomieszczeniu przejściowym za zamkniętymi drzwiami, wieje tam jak diabli) w ciszy ją ledwo słychać...hm ale tyle godzin bez Trójki!!! NIE! Tak się przez te lata przyzwyczaiłam do towarzystwa Trójeczki, że jakoś sobie tego nie wyobrażam. We wcześniejszych pracach radyjko mi grało. CISZA i pan Boguś mój magazynowy nowy kolega, z którym będę się spotykać przez kawałek zmiany stanowią punkty zapalne owego przedsięwzięcia zwanego pracą. 

 Ogromnym plusem tej pracy jest to, że jak się sprawdzę, to oni mnie wyciągną z dołu i pójdę na górę. Wyjdę z  podziemia z konspiracji wyjdę być może. Za rok do użytku ma być oddana nowa siedziba więc realne szanse na stałą, bezpieczną pracę są. A że nie w zawodzie. No cóż. Taki kraj. Z tych wszystkich dotychczasowych możliwości ta praca wydaję się najbardziej normalna. Bo co wcześniej? 10 godzin pięć dni w tygodniu przed kompem, albo stanie w sklepie trzy 12 godzinne dniówki? No nie:) Szanujmy swoje oczy i nogi. Należy mieć tylko nadzieję, że nie mam alergii na kurz i że jakoś ta moja sowia natura się przestawi na takie poranne pory:)
*************************************************************************
Zmiany zaszły także w naszym tzw: salonie. Wzięło mnie znienacka na małe przemeblowanko. Szafa przeszła z lewa na prawą, fotel się przesunął i zrobiło się gustowne miejsce dla mojej nowej toaletki, którą już Wam przedstawiałam. Póki co pozostanie w starej, oryginalnej szacie. Dobrze się prezentuje nasz salonik. Klimatycznie i przytulnie:)

Proszę bardzo:

Jak wchodzę do pokoju (cytując klasyka) to po lewej ręce...
a po prawej ręce jest tak:)

Kilka dni temu dokonałam wymiany (że ja na to wcześniej nie wpadłam) w moim antykwariacie. Za kilka niepotrzebnych mi książek (uważam, że powinnam dostać za nie więcej pieniędzy!) i dopłaceniu 10zł kupiłam książkę, na którą czaiłam się już dłuższy czas. Ale dotychczas za kwotę 20zł (bo tyle kosztowała normalnie) udawało mi się kupować więcej niż jedną sztukę, więc ta książka leżała w kategorii drogie:) Jednak i przyszedł czas na nią. I tak cierpliwie na mnie długo czekała:)

Do tego, że zaopiekować się książką muszę czym prędzej przekonała mnie pewna Karolka:)

Ostatnio w sklepie Tesco po wyłożeniu zakupów na taśmę zrobiło mi się śmiesznie. Jakiś tak zestaw niecodzienny:)

Gazetę Sens (zawsze się uśmieje pytając w kiosku czy jest Sens?) kupuje od pierwszego numeru. Nie budzą we mnie treści w gazecie zawarte takich emocji jak kiedyś, ale kupuje...taki los zbieracza:) Do pora i Activi stosunku emocjonalnego nie mam:)

Pietruszkowa tancereczka w zupie ogórkowej żywota swego dokonała:)

Ostatnią informację żeby Was nie drażnić zostawiłam na koniec. Otóż moi drodzy wygrałam u Maleństwa z Półeczki z niebieskimi migdałami http://poleczkazmigdalami.blogspot.com/ w znakowej rozdawajce książkę.
 Wybrałam Manna i Maternę:)


I jeszcze jedno słowo o nowej akcji społecznej mającej na celu promowanie książek "Nie czytasz? Nie pójdę z Tobą do łóżka", w której udział wzięli znani i lubiani:)) 

Sylwia Chutnik
Kot. Po prostu kot:)
Kazimiera Szczuka:)
Jacek Dehnel:)

Z ostatniej chwili:
 Zmarł Vaclav Havel:(




Z przedostatniej chwili:


Wczoraj zmarła Cezaria Evora:(




Co za rok!:(((

wtorek, 13 grudnia 2011

Za czym kolejka ta stoi...po szarosc, po szarosc, po szarosc...30 lat temu-13.12.1981.

Za czym kolejka ta stoi
po szarość, po szarość, po szarość
Na co w kolejce tej czekasz?
na starość, na starość, na starość
Co kupisz gdy dojdziesz?
Zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie
Co przyniesiesz do domu?
Kamienie, zwątpienie, zwątpienie...




"Psalm stojących w kolejce" Krystyny Prońko w zupełności oddaje nastrój tamtych dni i kolejnych kilku lat. To spojrzenie zwykłego człowieka...przejmujące na wskroś.

Stan wojenny został wprowadzony w nocy z 12 na 13 grudnia 1981.Rano dzieciaki zamiast
obejrzały
Zamilkły telefony, nie można było zmieniać miejsca pobytu, co było zapewne bolesne za 11 dni Wigilia...:(

Czas Apokalipsy w kinie Moskwa

To najbardziej znane zdjęcie Chrisa Niedenthala. Podobne zdjęcie zupełnie niezależnie od fotografa zrobił pan Ireneusz Piotrowski. Negatyw zdjęcia leżał schowany głęboko, potem pan Ireneusz nie mógł zdjęcia odnaleźć i dopiero zupełnie niedawno zdjęcie zostało wywołane. Niesamowita historia.

MOJE PRYWATNE WSPOMNIENIE:

Ja w grudniu 81 roku miałam 2 latka. Dokładnie dwa latka i pół i głową sięgałam ponad stół. Z przyczyn oczywistych nic nie pamiętam, ale jakieś tam strzępy pamięci z lat późniejszych mi się w głowie kołaczą. Dla mnie czas trwania stanu wojennego niczym nie różnił się od dni wcześniejszych. Tak myślę...hmm chociaż wiedziałam, że taty z nami nie ma i pewnie za nim tęskniłam. A gdzie był mój tato? A do wojska go zabrali. Przez lata studiów i potem też jakoś mu się udawało wymigać od tego przykrego obowiązku, ale wtedy... to był maj 82 tato pojechał do Wrocławia z małą torbą załatwić odroczenie, bo małe dziecko, praca. Wiadomo. I jak pojechał tak już nie wrócił. Nie puścili go! Mama czekała na wieczorny jego powrót. Mąż nie powrócił.
Ja sobie nawet nie jestem w stanie tego wyobrazić jak ten mój tato o poglądach pacyfistyczno-anarchistycznych, z zawodu filozof (o usposobieniu lekko aspołecznym) musiał się czuć tam w tych koszarach. Na to się chyba nie da przygotować, ale żeby tak nagle! Rany jakie to musiało być straszne! A dla mojej mamy? Był mąż i go nagle nie ma. Mama pracująca, w domu nieco ponad 3 letnia dziewczynka, pusto w sklepach...brrr. Dobrze, że przynajmniej pora ciepła. A potem morze listów z domu do jednostki, z jednostki do domu. Najpierw tato był do sierpnia we Wrocławiu, potem wystarał się o przeniesienie do bliższej Zielonej Góry jednostki do Krosna Odrzańskiego. Łatwiej było się spotkać, choć i to nie było proste. Dobrze, że przynajmniej tato miał jako, że po studiach wyższą rangę,  chyba miał trochę lżej od zwykłych szeregowych. Od zwariowania ratowały go książki i Program III Polskiego Radia.

Ja byłam malutka, ale jednak ta cała akcja z zabraniem taty miała bardzo mocny wpływ na moja psychikę. Wspominałam kilka razy jak bardzo nie lubiłam (delikatnie rzecz ujmując) przedszkola. Planowo miałam iść do niego we wrześniu, ale moja mama musiała przecież chodzić do pracy. Nie mogła czekać do września, trzeba było natychmiast załatwić mi przedszkole. Nie było czasu żeby mnie na to przygotować, pokazać mi to miejsce, poopowiadać. Wiem, że moja mama jako psycholog by mnie do tego, granicznego wydarzenia jakim jest pójście do przedszkola należycie przygotowała. Wiedziała jakie to ważne. Nie miała na to czasu. Nagle dziecko, które przez ponad 3 lata przebywało zawsze pod opieką jednego z rodziców (udawało się rodzicom zgrywać. Tato jako wykładowca mógł manipulować grafikiem) zostało zaprowadzone do obcego, strasznego miejsca jakim było przedszkole.Do tego przecież trafiłam już do grupy, która znała się od września. Byłam nowa i płakałam. A panie przedszkolanki ówczesne? Bez komentarza! Tak więc dramat na całej linii. Wcześniej nagle zniknął tato, teraz mamy nie ma całymi godzinami. To się nie mogło dobrze skończyć. To się musiało skończyć wymiotowaniem z płaczu na dywan. To się musiało skończyć fobią przedszkolną odbijającą się czkawką aż do zerówki, właściwie do jej końca. Przez te lata przedszkola nie wyzbyłam się lęku separacyjnego. Mam gdzieś zdjęcie z pierwszych dni przedszkola. Widnieje na nim obraz straszliwie smutnej, nieszczęśliwej dziewczynki, stoi ona w środku takiego dmuchanego koła w kształcie łabędzia (chciałam to zdjęcie znaleźć, ale nie ma wsiąkło). Aż chyba zaraz sama siebie ukocham tak mi siebie jest żal:)
 Domyślam się jak bardzo przykry musiał być dla mojej mamy widok dziecka w rozpaczy. Czuła przecież maminym serduszkiem i wiedziała jako znawca dziecięcej psychiki jakie to dla mnie trudne doświadczenie.
13 grudnia 1982 roku (ot data!) tato powrócił na łono rodziny. Świat się trochę unoromował...chyba.
Każda rodzina ma pewnie swoją historię związaną z tamtymi latami. Moja ma takie wspomnienie, a mnie jak mijam moje przedszkole do dziś lekko ściska w dołku. Ot co!
 KONIEC PRYWATY:)

No właśnie Radio wtedy i muzyka pełniła bardzo ważną funkcję. Była odskocznią. Poprzez teksty można było wiele przekazać. Cenzura nie zawsze była w stanie wyłapać różne ukryte znaczenia.

Andrzej Bieńczak, który pracował w nocy w studiu nagraniowym w radiowej Trójce mówi, że był świadkiem przejęcia budynku przez wojsko. - Żołnierze byli bardzo zdenerwowani i widać było, że są tą sytuacją speszeni - mówi Bieńczak.

Andrzej Krusiewicz relacjonuje, że tuż po północy program radiowy został przerwany a emisja przejęta przez wojsko. - Początkowo myśleliśmy, że taśma została zerwana - wspimina Krusewicz.

Barbara Wierzbicka mówi, że Jedynce trwał akurat koncert dedykowany pracownikom jednej z firm wykonujących kontrakt na terenie Związku Radzieckiego. Podobnie sytuacja wyglądała w programie Trzecim. Andrzej Bieńczak wspomina, że pracownicy byli zaskoczeni.


Więcej na stronach Trójki:


http://www.polskieradio.pl/9/201/Artykul/498233,30-rocznica-stanu-wojennego-w-Trojce

oraz:


http://www.polskieradio.pl/101,StanWojenny


Maanam największą swoją koncertową aktywność wykazywał właśnie w stanie wojennym.To był ich sposób na walkę z systemem. Kory i zespołu nie powstrzymały ingerencje cenzury, czy partyjne szykany i zakaz udziału w mediach po tym jak Maanam odmówił występu na zjeździe partii socjalistycznych w Pałacu Kultury. Nie można było usłyszeć Kory w żadnym radiu, ale Marek Niedźwiecki wziął się na sposób i puszczał pierwsze perkusyjne takty z numeru "To tylko tango". Było to bardzo wymowne.


Maanam

Większość zespołów rockowych miało problemy z cenzurą. Jednak grali.


Dezerter "Spytaj milicjanta" (jedni się buntowali głośniej inny ciszej)
Dekret o stanie wojennym-Piwnica pod Baranami

Te dźwięki kojarzą mi się od lat z Jackiem Wójcickim i z filmem Magdaleny Łazarkiewicz "Ostatni dzwonek". Znałam ten tekst na pamięć jeszcze zanim wiedziałam o czym on traktuje. Na zakończenie Wójcicki z filmu właśnie. Za każdym razem mam dreszcze.


Stan wojenny trwał od 13.12.1981, zawieszony został 31.12.1982, a zniesiony 22.07.1983.



P.S o 21.40 I część a o 22.50 II cześć spektaklu "Kolęda nocka 30 lat później" na żywo wyemituje go telewizyjna Dwójka. Pierwotnie spektakl powstał jako hołd dla ludzi Solidarności. Swą premierę miał 18.12.80, jednak 13.12.81 spektakl został zdjęty. Muzykę napisał Wojciech Trzciński, a tekst napisał Ernest Bryll. 30 lat później artyści młodszego pokolenia połączyli siły z artystami dokładnie pamiętającymi tamten grudniowy czas. Wersja została  uwspółcześniona i uzupełniona. Wystąpią między innymi Krystyna Prońko, Henryk Talar, Krystyna Tkacz, Borys Szyc, Ewelina Flinta, L.U.C i inni:)
Jest na co czekać!

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci sprzedane! Wyprawa do miasta W, oraz koncertowe swietowanie:)

Sobota dwa dni temu była bardzo intensywną sobotą i trwała dłużej niż wcześniejsze soboty. Długość trwania tej ostatniej soboty roozciąąągnęęła się na wiele godzin. A rozciągnęła się tak nieprzyzwoicie bo rozpoczęła się o godzinie bagatela 4.30 rano. Zapytacie po co rozpoczynać dzień zwany sobotą o takiej barbarzyńskiej porze? Czekała nas podróż do miasta W. 


Wersja dla niecierpliwych w skrócie telegraficznym w pierwszej części mowa będzie o:
1)dom sprzedany, było trochę stresu,
2)czekają nas jeszcze dwie takie wyprawy,
3)kawa u nowych właścicieli zaliczona,
4)przejdź do fragmentu oznaczonej gwiazdką *

Pamiętacie, w którymś z postów marudzących wspominałam Wam, że odziedziczyłam w spadku dom po babci. Nie jestem jedyną spadkobierczynią i sprawa właśnie przez tą drugą stronę warszawską (tą drugą stronę będziemy nazywać warszawiakami) i przez nieudolność i ignorancję pana od nieruchomości ciągnęła się wiele miesięcy ( tak naprawdę to lat, ale to już z innych przyczyn).
Pamiętacie pisałam Wam rozżalona, że przez tą spadkową zwłokę przepadła nam wycieczka do znajomych na Gibraltar. To miała być nasza podróż życia. No ale nie o to, nie oto przecież!
Ostatnia sprawa sądowa odbyła się pod koniec listopada i właśnie w tą sobotę 10.12 wyprawiliśmy się do miasta W w celu podpisania umowy sprzedaży domu:)
Ale żeby nie było tak pięknie, to wyrok tej ostatniej sprawy uprawomocni się dopiero we wtorek. Młodzi (bo tak nazywamy małżeństwo kupców Ona lat 26, on lat 25-dlatego młodzi) nie mogli już dłużej czeka, a konkretnie bank się już bardzo niecierpliwił. Dlatego też musieliśmy pojechać już w ten weekend. Czekają nas jeszcze dwie wyprawy.Jest to nam bardzo nie na rękę, ale nie mamy na to wpływu. Możemy tylko „”podziękować” warszawiakom, że tak schrzanili sprawę robiąc ją po swojemu. Ehh. No ale miało być pozytywnie bo przecież dom sprzedany i do radości jest powód.

 Spotkaliśmy się wszyscy w wąskiej poczekalni kancelarii notarialnej w mieście T, spoglądając na siebie trwożnie nawzajem, nie wierząc, że to się dzieję naprawdę, że spawa znajduje swój pomyślny finał. Każde z nas z osobna miało przekonanie, że to się udać nie może, że zaraz coś... każde pojawienie się pani notariusz po dokumenty przyprawiał nas o małe palpitację serca, że zaraz coś wyjdzie, dokumentu braknie...no i tak się stało kochani. 
W stosie moich papierów pełnomocnictw, wyroków sądowych zabrakło jednego oryginału. Dwa wesołe ksera są, ale gdzie oryginał? Na szczęście pani notariusz okazała się mieć serce ksero dokumentu warunkowo przyjęła (oryginał jest pewnie u warszawiaków) wierząc nam na słowo, że zostanie jak najszybciej jej dosłany. Długi akt notarialny odczytany trzy podpisy pod nim złożone, dom jest własnością Młodych! HURRA!!!


*Wersja dla niecierpliwych część druga, w którym mowa będzie:
1) o toaletce z lat 50-tych,
2) o niezabraniu szafki nocnej i kwietniczka i smutku z tym związanym,
3) zdjęcie toaletki,
4) wyjaśnienie dlaczego kupcy zdecydowali się na dom,
5) zdjęcia mieszkańców domu w mieście W na ulicy Z.

Wracamy z miasta T do miejsca docelowego miasta W obejrzeć jeszcze sprzedany dom, no i zabrać stamtąd toaletkę. Nie pamiętam czy wspominałam o toaletce? 
Takiej z lat 50-tych co jest razem w komplecie sypialnianym. Wielkie łoże małżeńskie, trzydrzwiowa szafa, okrągły stół i szafki nocne. Klasyk tamtych lat. Najchętniej zabrałabym całość, a już na pewno szafę. Taka szafa pomieści świat cały. Problem w tym, że moja sypialnia nie zmieści szafy. Na takie cuda trzeba mieć sypialnie wielkości mieszkania. Zabrałam więc tylko toaletkę. Czekała na mnie od marca, wtedy też spotkaliśmy się z Młodymi po raz pierwszy w celu podpisania umowy przedwstępnej.
 Mąż mój zaparł się, że toaletkę zabierzemy następnym razem za 2-3 tygodnie. Taki był plan! I nikomu z nas nie przyszło do głowy, że przez czyjeś niedopatrzenie data majowa ustalona jako data podpisania ostatecznej umowy (dokładnie rocznica śmierci babci) zamieni się w datę grudniową. Prawie dwie pory roku minęły w tak zwanym międzyczasie.

Wtedy w marcu pozwoliłam cioci opiekującej się domem oddać wszystkie meble oprócz toaletki. Kto pomyślał, że między pobytami minie 9 miesięcy i że jeszcze tych słów pożałuje. Zapomniałam o tym co kiedyś powiedziałam i w głowie urodził mi się pomysł na sypialnie. Chciałam zabrać jedną nocną szafkę, wyszlifować ją i pomalować np. na kolor czerwony i taki kwietnik na wysokich nogach zabrać chciałam. Po odnowieniu stanowiłby ciekawy element dekoratorski sypialni.
 Nie zabrałam ani szafeczki ani kwietniczka. Dom okazał idealnie ogołocony z mebli:( Ale mi się jest przykro!! Jestem teraz niewolnikiem wizji pokoju bez możliwości realizacji:( Może ktoś ma na stanie na strychu taką szafkę nocną z lat 50-tych.
 Na pewno wiecie o jaką mi chodzi:) Tak mi się wkręciła wizja takiej a nie innej sypialni, że jestem skłonna nawet gdzieś kupić taką szafkę (kwietniczka nie znajdę, to był unikat), ale już widzę minę męża. Przytargać za darmo, to jeszcze, ale płacić za stare graty? Odpowiedź jest jedna: WYKLUCZONE! I ot problem hihi.

Ale nie ma co opowiadać o rzeczach, których nie ma. Przedstawiam Wam mój nowy mebel. Oto toaletka. Lustro zostało przez nas wyłamane.

na goło:)


toaletka lekko udomowiona:)

 Mebel ma 50 lat i prawie w ogóle nie jest zniszczony. Nigdzie nie ma żadnych braków, tylko blat troszkę zużyty. I jest prawie zdrowa. Z tyłu mieszka tylko kilka korników. Dosłownie dziurki od nich można policzyć na palcach u rąk i nóg. Wyobrażacie sobie współczesne meble za 50 lat?

Jak na mój gust toaletka jest trochę za ciemna. Sprawia wrażenie ciężkiej i smutnej. Mogę ją zostawić taką jaka jest (tylko wytłuc korniki), mogę ją lekko zeszlifować żeby się stała o ton jaśniejsza, albo ją w ogóle przemalować. Póki co stoi w pokoju, docelowe miejsce musi się dopiero zrobić.
Wcześniej wtedy w marcu zabrałam jednak jedną rzecz. Kuchenny mebel piękny.


wystarczyło tylko ją pomalować:) Talerzyk nosi datę 1926.

Zdjęcia sprzedanego domu nie mam, zapomniałam cyknąć fotę. Będzie jeszcze okazja w końcu czekają nas jeszcze dwie wyprawy. Cieszę się, że mieszkać będą w nim właśnie Młodzi. Przez te kilka miesięcy kontaktów telefonicznych i wspólnej niedoli się bardzo polubiliśmy. A po podpisaniu papierów siedząc u nich na kawie nie mogliśmy się nagadać. Już jesteśmy zaproszeni w lipcu do nowego domu na parapetówkę:) Czekali tyle miesięcy! Młoda już była bliska rezygnacji, ale Młody wiedział co robi. Nikt inny by nie połasił się na taki dom do tak dużego remontu, ale Młody jest budowlańcem, ma własną firmę i tym samym pieniędzy trzeba tylko na materiały i wcale nie ma tam tak dużo do roboty. Wbrew pozorom nie jest tam aż tak źle. Więc Młodzi kupili dom niemalże w cenie gruntu. Tym sposobem 120 metrowy, dwupiętrowy dom ze strychem, piwnicą, werandą podwórzem i przylegającą dodatkową działką, postawiony na przedwojennych, mocnych fundamentach mają prawie za darmo! Ile on ma lat ten dom? Na pewno w 1945 roku kiedy mój dziadek w nim zamieszkał już stał. Mocne poniemieckie mury.
Dom po śmierci babci stał kilka lat. Sprawy się ciągnęły i ciągnęły. A i ja jakoś specjalnie nie chciałam tam jeździć. Dom niszczał, cena malała. Staram się nie myśleć ile miałabym pieniędzy na koncie gdybym się wcześniej za to zabrała, musiałabym pluć sobie ciągle w brodę, a to niewygodne tak chodzić po świecie oplutym:) Staram się cieszyć z tego co mam. Dużo tego po podziale nie ma , ale zawsze coś!
Kończąc historię pewnej soboty dodam tylko, że o 22.30 byliśmy już w domku. Przepodróżowaliśmy w obie strony prawie 600km:)

Nie mam zdjęć domu, ale mam zdjęcia jej mieszkańców. Proszę bardzo. Wewnętrznie pogodziłam się z babcią, do której byłam przez lata wysyłana na wakacje. Dla mnie był to koszmar, przykry obowiązek. To nie była ciepła babcia opowiadająca bajki, ale teraz jak już jestem dorosła ją rozumiem i tymi zdjęciami chcę jej oddać pamięć:)


Babcia Wandzia to ta pani siedząca na murku. Brak daty niestety:(
Babcia Wandzia w objęciach. Czyich nie wiem, bo to nie jest mój dziadek. To już pozostanie tajemnicą.
Podwieczorek. Gdzie, z kim? nie wiem. Babcia sobie stoi:)
Obrazek rodzinny: od góry babcia, dziadek, mój wujek, niżej ten sam zestaw plus moja mama malutka, niżej nieco starsi wszyscy. Z boku znów trochę więksi:)
Rodzeństwo plus miś:)
Na dole po lewej w roli głównej moja mama:) To zdjęcie jest troszkę przerażające. Nie wiem czemu ale wieje grozą:)
I na koniec zdjęcie w świątecznym klimacie. Mama wujek i GWIAZDOR! koszmarny Gwiazdor. Mama wygląda na lekko przestraszoną. Ja się wcale nie dziwie!!
Zdjęcia aktualnego nie mam, ale proszę bardzo zdjęcie sierpień 82. Z babcią na podwórzu.


*************************************************************************
A teraz nagła zmiana tematu:)
Wczoraj w ramach uczczenia sukcesu udaliśmy się wraz z małżonkiem na koncert z cyklu Punky Reggae Live. Zielonogórski "Jakoś to będzie" z Irkiem Wereńskim z Kultu na basie, Ga-Ga, Zielone Żabki, Raggafaya i Farben Lehre:)
Ja poszłam tam szczególnie na Ga Ga i Zielone Żabki powspominać stare czasy punkowe. Wzruszeń było kilka, choć jak na mój gust to w tych nowych numerach za mało punk rocka w punk rocku. Stałam sobie bezpiecznie na balkonie i przy tych starych numerach z 93 czy 94 roku wymachiwałam piąstką i darłam się wniebogłosy (szkoda, że tak mało było tych naprawdę starych piosenek). Wyglądało to dość śmiesznie. Ja w sukience-szmizjerce, fioletowych kozaczkach, w sweterku i z małą także fioletową torebunią śpiewam i macham piąstkami. Kilka par oczu mi się przyglądało, widać proces sklejania tych dwóch obrazków trwał, ale już po chwili byłam w bandzie hihi. Jest w sukience i w kozaczkach, ale to swój człowiek jest!:) A jakże! Już od lat słucham zupełnie innych dźwięków, spotykam się z innymi ludźmi, ale nigdzie nie czuję się tak adekwatnie jak na koncercie punkowym. Co korzenie,to korzenie!:))
Po Zielonych na scenie pojawił się świeży zespół, znany co poniektórym z telewizorka. Mowa o Raggafaya.


Tak się akurat składa, że to zdjęcie z wczoraj. Klub 4 Róże dla Lucienne:)

 Się tłumek uwijał na scenie. Dobra energia, profesjonalni młodzi muzycy, do tego przesympatyczni! Mieszanka reggae, ska i niestety wynalazków typu ragga czy dancehal. Kiedy wokalista krzyczał, że mamy zrobić hałas i machać razem rękami targetem się nie czułam, ale jak dla wszystkich starszych roczników zagrali (rewelacyjnie!) numer Manu Chao pokochałam ich z miejsca.


Tutaj oryginał Manu Chao. Wykonanie chłopaków z Raggafaya się nie różniło bardzo od Manu:)

 Najbardziej zaskoczył mnie drugi ciemnoskóry wokalista. Cóż za energia, zwierze sceniczne! Perkusista Mikołaj równie dobrze jak z grą na bębnach radził sobie z prowadzeniem przez cały koncert trwający ponad 4 godziny konferansjerki. No i śpiewający (świetnie) klawiszowiec. Dobry koncert. Brakuje tam jeszcze dęciaków. Trąbka i puzon i byłby dźwiękowy komplet. No i trochę więcej czystego Reggae a mniej tych muzycznych wynalazków chłopaki:)
Koncert Farben Lehre, który obchodził 25-lecie istnienia spędziłam już na zapleczu razem z zespołem Raggafaya. Zdziwicie się jeśli Wam powiem, że prywatnie to też są fajne chłopaki? No chyba nie:)
Ten koncert przekładano 2 razy. Za pierwszym razem robiłam w pudełkowni i nie uśmiechało mi się w niedziele iść na koncert. Drugi raz to samo. Do tego doskwierał nam bardzo brak pieniędzy. I tak się właśnie miało stać, że miał się ten koncert odbyć właśnie wczoraj. Mogliśmy iść na niego razem i świętować:)

Uciekam oglądać Wielki Test z Historii. Póki co rozłożyłam się na Poziomkach:)

piątek, 9 grudnia 2011

Post zbiorczy, czyli o zaleglej bibliotece na tle poduszki, trójkowych dzwiekach, kartkach z kalendarza, i dwie chichotki na zakonczenie:)

Pamiętacie w ostatnim poście pisałam o pewnej cudnej piosence, którą usłyszałam w Trójce w audycji u Barona. Zamiast niej umieściłam Karpia.Tak bardzo mi wlazły do serca tamte dźwięki, że musiałam piosenkę odnaleźć. 
Jak zawsze na trójkowych forumowiczów można zawsze liczyć:) Na forum zamieściłam zapytanie i już dwa dni później piosenka pojawiła się na baronowej playliście:)
Wcześniej przeprowadziwszy dochodzenie jaki tytuł może mieć ta pieśń próbowałam ją odszukać na własną rękę ale nic z tego. Nie ma. To znaczy nie było jej do wczoraj, bo dzisiaj już jest. Proszę bardzo. Oto link:


"Niech ci Mikołaju druhu kwiat zakwitnie na kożuchu, niech ci świat otuchy doda, niech ci rośnie ciepła broda..."tak, tak zapracowany Mikołaju, czy tam nawet Gwiazdorze tego ja Ci także życzę:)

Dobry człowiek zamieścił jeszcze jeden numer, który wtedy zagościł w baronowej audycji. Także bliski memu sercu i jakże melodyjny. Cały dzień piosnkę tę podśpiewuje:)
Dwóch zacnych aktorów ja wykonało. Obu lubię. Zamachowski i Machalica. Jakże miło! 
Macie ochotę ponucić razem ze mną? Tylko uwaga jak już melodia wlezie do głowy, to trudno ją stamtąd wyciągnąć. No ale jeśli chcecie, to proszę bardzo:


"A ja wierzę w Świętego Mikołaja. Tak się cieszę, gdy przyjedzie w wielkich saniach. Kiedy znajdę pod choinką prezenty, wtedy wzrasta moja sympatia do świętych..."

A jeśli już mowa o Trójce to właśnie rozpoczęła się kolejna licytacja Trójkowa. Znowu wylicytowane zostaną różne przedmioty, za niemałe pieniądze. Pula pieniążków dla dzieciaków z Rodzinnych Domów Dziecka z licytacji na licytację rośnie:) Pamiętajcie o wysyłaniu smsa o treści POMOC na numer 7545. Ja wysyłam w każdy piątek:)

Zdjęcie "Czas Apokalipsy" Chrisa Niedenthala jako jeden z licytowanych przedmiotów.

Nie ma licytacji bez rozmowy redaktora Strzyczkowskiego z redaktorem Wałkuskim (a są to rozmowy przesympatyczne). Redaktor Wałkuski mieszka w USA i w każdym tygodniu relacjonuje ważne dla Ameryki wydarzenia, ale zawsze na sam koniec rozmowy pan Marek zostawia historie niezwykłe. W zwyczaju są historie nieudanych napadów. W zeszłym tygodniu napad miał miejsce w Niemczech. Rabuś się bardzo przygotował do napadu na bank w małym miasteczku, jednak nie przewidział tego, że przez czas przygotowań, w tak zwanym międzyczasie bank zamieni się w klinikę zdrowia psychicznego. Rabuś wyglądał na dość zdziwionego kiedy zamiast do banku trafił prosto w objęcia psychiatry:)
W Ameryce natomiast pies myśliwski w drodze na kaczki postrzelił swojego pana. Nie wyjaśnione zostały przyczyny tego wydarzenia:) Redaktor Strzyczkowski uknuł teorie, że pies nie lubił polowań i w ten sposób stanął w obronie uciśnionych zwierząt:))) W zeszłym roku pan red. Wałkuski zaproponował wylicytowanie NIC. I NIC poszło za jakieś wielkie pieniądze. Takie rzeczy tylko w Trójce:)
************************************************************************
Kilka dni temu zaszłam ja do biblioteki. Jak zwykle chciałam tylko oddać te przeczytane książeczki i jak zwykle pomimo tego, że mam co czytać i są to książki z biblioteki nie potrafiłam wyjść z pustymi rękami. A poza tym jak wiecie nic mnie tak nie uspokaja jak spacer między bibliotecznymi półkami:)

Na fotelu Pelagii w towarzystwie poduszki siedzą sobie:

1)"Oliwkowy labirynt" Eduardo Mendoza-na fali po pierwszej książce Mendozy. Mam nadzieję, że towarzystwo komisarza Floresa będzie równie zabawne jak Pomponiusza Flatusa. To trzecia część detyktywistycznej trylogii, ale no cóż Mendoza nie siedzi sobie cichutko w bibliotece. On krąży. Jest w ciągłej podróży od czytelnika do czytelnika:) Trza brać co jest i cieszyć się, że hej.
2)"Znamię" Nancy Huston. Na zalinkowanym blogu przeczytałam bardzo pochlebną recenzję, a książka sama mi weszła w ręce. Poważnie:)
3)"Nielegalne związki" Grażyna Plebanek. Przyda się oddech po dość zobowiązującej emocjonalnie Nancy.

A i podusia przecież zasługuje na uwagę. Jakoś się ona i te zdobycze biblioteczne pomieściły w jednej torbie. Z trudem, ale jednak.
Poduszka upolowana w second za całe 2 złote. W tym samym second mieszkała wcześniej zdobyta przeze mnie poducha. Jest z tej samej bandy. Została jeszcze jedna, ale już w nie mojej kolorystyce.

podusia w pełnej krasie:)
Poduszka numer 1 wraz z poduszką numer 2. Każda siedzi na swoim fotelu:)

Kartka z kalendarza:

wczoraj 8.12 wesoła rocznica urodzin Jima Morrisona:)

Pamiętam jak miałam lot na ten właśnie numer Doorsów. Dzień i noc go słuchałam:)

Tego samego dnia urodziny obchodzi Sinead O' Connor

To był HIT! 

Także 8 grudnia urodzinki obchodzi Maryla Rodowicz. Nie należy zapominać, że artystka urodziła się nie gdzie indziej jak w Zielonej Górze:)

Nowa płyta z nieznanymi utworami Agnieszki Osieckiej Buty 2. Bardzo mi się ten numer podoba!


I na koniec ta smutna rocznica śmierci Johna Lennona:(


Żeby nie kończyć tak smutno, to się uśmiechnijmy. Rzadko mi się zdarza rechotać podczas oglądania Faktów, ale wczoraj się nie dało. Popłakaliśmy się ze śmiechu!

Ja wiem, to nie jest śmieszne, ale policjant mówiący ze śmiertelną powagą, że pierwszy padł domek Pinokia i że wandale zdemolowali chatkę Baby Jagi, a  na koniec byli też u jaskiniowców rozbawił mnie i małżonka do łez. Do łeez:)

A oto jakie newsy mogą oglądać widzowie w Rosji. Nasz domek Pinokia, który padł pierwszy to pikuś:)))
Prezenterka tej telewizji na zawsze zapamięta tę informacje i do końca życia będą jej się śniły niedźwiedzie na plantacji marihuany:) Ciekawe czy przeczytała jeszcze jakiegoś newsa w tej stacji? Pewnie jakby news szedł na żywo, to już by nie przeczytała:)


No to miłych ćwiczeń przepony:)

P.S w trójkowej licytacji póki co uzbierało się z smsmów ponad 15.000 złotych:) Sweet jak mawia Cartman.


Buziaki!