"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

sobota, 9 marca 2013

A się wkurzyłam! O "Syberiadzie polskiej" Zaorskiego słów kilka...a raczej potok słów.

Zastanawiałam się nad tym postem, zastanawiałam się czy jeśli buzują we mnie same właściwe złe emocje związane z tym obrazem, to czy warto to tak wylewać, czy nie lepiej pisać o czymś co zachwyca? Nie przeszło mi, więc może jak przeleję uczucia na wirtualny papier mi przejdzie:) A mowa o filmie, a mowa o filmie polskim, mowa o filmie, który miał być filmem arcyważnym nie tylko z nazwy, mowa o filmie, na który poszło strasznie dużo pieniędzy i ja się zastanawiam na co one te pieniądze poszły? A mowa o "Syberiadzie polskiej" pana Zaorskiego. 



Bardzo się na niego (na film, nie na Zaorskiego) cieszyłam, choć słowo cieszyłam nie jest specjalne adekwatne, bardzo więc byłam obrazu ciekawa, bardzo byłam ciekawa, jeszcze bardziej po błyskawicznym przeczytaniu książki Zbigniewa Domino o tym samym tytule (na postać Z.D niechaj spadnie zasłona milczenia-nie o nim to wpis). Książka była świetna, fantastycznie napisana,  historia sprawnie opowiedziana. Film nie jest wiernym odzwierciedleniem akcji książki, jest motywem, na którym została oparta opowieść filmowa. Wspólnym mianownikiem opowieści literackiej i filmowej są niektóre postaci. Przede wszystkim rodzina Dolinów. Jan, Antonina-to rodzice i dzieci Staszek i Tadzio, to zarówno w książce jak i w filmie rodzina, która jest niejako reprezentantem wszystkich rodzin będących w podobnej sytuacji. Rodzin, ludzi, którzy 10 lutego 1940, w mroźny przedświt (4 rano- to według naturalnego biorytmu człowieka pora, w której organizm jest w zupełnym uśpieniu, nie jest gotowy na jakiekolwiek działania. Jest wtedy także najbardziej wrażliwy i bezbronny) dostali 15 minut, przy odrobinie szczęścia 30 na opuszczenie swoich domów. Następne zostali zapakowani do bydlęcych wagonów i wywiezieni na Syberię. A podróż ich trwała wiele tygodni, a podróż ich przebiegała w warunkach delikatnie mówiąc urągających ludzkiej godności, jak i ich późniejsze życie na nieludzkiej syberyjskiej ziemi. O filmie i książce powiedziano już tak dużo, że nie podejrzewam żeby ktoś nie wiedział co jest głównym tematem.
 Pomimo mojej nieprzychylnej opinii (bo to przecież czuć, że przychylna ona nie będzie) na temat Syberiady Zaorskiego uważam, że i tak powinno się film obejrzeć choćby po to żeby pewne rzeczy odczarować, żeby o tym mówić, żeby temat narodził się nowo, a wraz z nim pamięć o tamtych wydarzeniach i o ludziach, którzy pozostali tam na końcu świata w zmarzniętej ziemi, a także i o tych, którzy sami mogą jeszcze dać świadectwo tamtych wydarzeń.  Pochylmy się nad nimi, bo pozostało im już coraz mniej czasu.
Ja świadomie przed filmem nie chciałam nic o nim wiedzieć, ani czy dobry, czy nie, ani kto kogo zagra (coś tam mi się obijało o uszy, ale starałam się być głucha), chciałam sobie sama zdanie wyrobić i Tobie drogi czytelniku odradzam czytanie jeśli filmu jeszcze nie widziałeś. Chyba, że jesteś ciekaw i na film i tak pójdziesz bez względu co ludzkość myśli (sugeruje jednak jakieś tanie środy, albo inną okoliczność łagodzącą ból portfela), albo zdecydowany jesteś nie pójść choćby nie wiem co.

To nie jest recenzja i nigdy ten tekst recenzją nie będzie, nie rości sobie on żadnych do tego pretensji. To luźny, wartki lub mniej wartki strumień nieprzychylności, oraz zarzutów. Gotowi?:)

Zacznę od obsady.
Woronowicz-Jan Dolina. Bardzo na niego liczyłam. Uwielbiam go bezdyskusyjnie. Jego postaci są zawsze pełne i kompletne. W wypadku Syberiady nie uwierzyłam mu. Nie jestem krytykiem (takim domorosłym, co to się pastwić lubi owszem), więc nie potrafię powiedzieć co było nie tak. Grunt, że mu nie uwierzyłam. Proste.
Grabowska-Antonina niewiele miała do zagrania. Z kart książki również szybko zgarnęła ją pierwsza fala tyfusu
Staś i Tadzio. W filmie chłopcom przybyło lat kilka. Tadzio miał w książce 4 latka, a Staś chyba jakieś 9/10 lat. Ten zabieg odebrał tym postaciom dramaturgię i niemożność obserwowania ich dorastania. Na pierwszych stronach powieści Staszek jest dzieciakiem, na końcu staję się młodym mężczyzną. Film otwiera scena pocałunku, a Staś wygląda na ostatnie klasy dzisiejszego gimnazjum. Tadzio postarzał się o 4 lata. W filmie mijają lata, a tych lat mijających nie widać. Nikt nie rośnie, nikt się nie starzeję. Cud natury chyba.
Bohosiewicz- Irena Puc. O tak Sonia jest chyba najbardziej krwistą postacią, najpełniejszą. Stanowczo miała najwięcej do zagrania i nie zatrzymała się w pół drogi. Jest jej więcej w filmie niż w książce. Z korzyścią dla filmu.
W filmie pojawia się jeszcze Więdłocha w roli Cyni, która niestety gra dokładnie tak samo jak w "Czasie honoru". Już nie wiedziałam co oglądam.
Peszek jako Korniłowicz- na Peszka się zawsze miło patrzy, choć mnie nie przekonał.

A co do akcji, klimatu, wiarygodności, odzwierciedlenia warunków panujących w obozie dla przesiedleńców i w ogóle na Syberii, to powiem tak, że czytając książkę (zazwyczaj w łóżku, obok polegującego męża), to czułam tę mękę podróży, ten ścisk, ten smród, czułam głęboki smutek czytając o rozpaczy matek, które straciły malutkie dzieci, czułam zimno czytając o -40 stopniach czułam ból mięśni ścinając razem z bohaterami drzewo w Tajdze, czułam nieludzkie zmęczenie i strach. Ja po prostu CZUŁAM! i byłam głęboko wdzięczna losowi, że mogę sobie leżeć w ciepłym łóżeczku obok ukochanego męża i mogę w każdej chwili wstać i pójść coś zjeść. Zbigniew Domino wcale, a wcale nie zalewał czytelnika jakimiś strasznymi opisami, skupiał się przede wszystkim na codziennym życiu, a cała ta straszność przelewała się przez karty powieści tak pomiędzy słowami. To po prostu tam było. W filmie tego nie było. Nie poczułam, że podróż trwała 40 dni i składała się z kilku etapów, w tym wiele dni saniami.  Patrząc na zimę widziałam naszą polską zimę. Ot mroźno. Ot baraki jak baraki wiadomo salony to to nie były, ale aż tak strasznie to też nie było. Jeśli można się spokojnie rozebrać do halki i położyć spać to chyba było tam całkiem całkiem.  (sceny kręcone pod Warszawą-to niestety czuć, oj bardzo). Nasi bohaterowie mieli dużo szczęście, bowiem na nich już baraki czekały. Wszystko było zorganizowane i przygotowane na przybycie zesłańców.

"Deportowani cierpieli co najmniej tak samo, jeśli nie bardziej niż ich krajanie wysłani do obozów pracy. Ci, którzy znaleźli się w obozach, przynajmniej codziennie dostawali chleb i mieli gdzie spać. Zesłańcy zwykle nie mieli ani jednego, ani drugiego. Często wyładowywano ich w środku dziewiczych puszczy. Pozostawiano ich samych sobie bez środków do życia...
W archiwalnym raporcie  z grudnia 1941 czytamy o przesiedleńcach żyjących w zatłoczonych barakach: panuje w nich brud, przez co wzrasta zachorowalność i śmiertelność zwłaszcza wśród dzieci. Większość przesiedleńców nie ma ciepłych ubrań i nie jest przyzwyczajona do zimna...
Z zapisków wynika, że przez kolejne miesiące i lata cierpienie stawało się coraz bardziej dotkliwe"
"Gułag" Anne Applebaum

 No dobra jedzą kaszę i jakieś wodniste coś ale o tym, że dzieciaki zajmowały się zbieraniem traw i korzeni (szpinak to już szaleństwo kulinarne) i z tego gotowały zupę, jeśli siłę na to miały, to już się w filmie nie wspomina.

"Chłopiec w wieku lat 13 Polak, pisał o swoim zesłaniu, w następujących słowach:
Nie było co jeść, ludzie jedli pokrzywę i puchli od tego, i pojechali na tamten świat. Do szkoły rosyjskiej gnali przymusowo, bo nie dawali chleba, gdybyś nie poszedł do szkoły..." 

W filmie wszyscy mieli gęby (za przeproszeniem) pełne zębów, wszyscy (po latach) nawet mieli niezniszczone specjalnie ciężką pracą dłonie, nieodmrożone nogi i ręce i buty nawet mieli. A kto to widział nogi szmatami obkręcać? Nikogo nie gryzły wszy ani pluskwy. Muszki były co prawda uciążliwe, ale wystarczyło posmarować się specjalną mazią i wszystko było ok. Woronowicz powrócił z miesięcznego spływu beli drewna nieco tylko bardziej zarośnięty. O czym żeby nie było co do tego wątpliwości oznajmia  synowi słowami: "zarosłem synku, zarosłem". Rany! Zesłańcom praca zajmowała większość czasu i była ponad siły. W filmie chodzą po prostu do pracy.

"Przyjechaliśmy na posiołek to na drugi dzień popędzili nas do pracy. Trzeba było pracować od świtu do nocy...ludzie z głodu umierali. Jedli zdechłe konie. Tak pracowała moja mamusia i przeziębiła się."
 "Gułag" A.A
 
Jedna scena pokazuje co system totalitarny może zrobić z człowiekiem to scena z Janem Peszkiem, który odnaleziony po długim czasie nie chcę spojrzeć na nigdy nie widzianego wcześniej wnuka, bo on chcę już tylko JEŚĆ. Była taka scena, ale jedna scena dobrego filmu nie czyni. Owszem był tyfus, owszem był kadr pełen krzyży na cmentarzu. Ale to były tylko obrazki. Ruscy też jakoś specjalnie źli się nie wydawali. Ot trochę świnie. Podczas czytania tekstów o troskliwym Związku Radzieckim, który się obywatelem każdym zajmie trafiał mnie szlag i słowa niecenzuralne na usta się cisnęły. Filmowi przedstawiciele władzy sowieckiej grozy mojej nie budzili jakoś specjalnie. Słowem dostałam na twarz widza uładzone do granic możliwości obrazki, takie trochę serialowe obrazki, klimat telenoweli. I nie myślcie sobie, że tylko ja miałam porównanie do serialu (nie najwyższych lotów), współtowarzysze mojej kinowej niedoli także. Powiem więcej, że to ja na początku broniłam filmu, to oni nazwali to trochę telenowelą. Ja miałam widać jakieś zaćmienie i spóźniony zapłon. Ale jak się potem zezłościłam...to widać działa jeszcze dwa tygodnie potem.

 Dla widza nieczytającego książki niektóre sceny były zupełnie nieczytelne. Najbardziej ta, w której Woronowicz idzie do wioski Buriatów po jedzenie. Jak on tam idzie, jakim cudem o nich wie. I co? tak sobie wraca? Ta scena chyba została nakręcona po to żeby można było się przelecieć helikopterem nad Tajgą i żeby Woronowicz mógł trochę sobie w śniegu pobrodzić. To jedna z nielicznych scen nakręconych w naturalnych warunkach, jednak pomimo starań nie zrobiła na mnie wrażenia. Tak wiem Zaorski chciał pokazać los człowieka, los jednostki, bez wplątywania go w wielką politykę i historię. Ale bez tego tła nie da się prawdziwie opowiedzieć o tamtym czasie. "Życie w obozach do pewnego stopnia odzwierciedlało życie w całym Związku Sowieckim" A.A Gułag, Brakowało mi pewnych informacji, w jakiś sposób zaznaczonych w filmie. Bo niby dlaczego nagle nastała amnestia? bo co władza radziecka taka dobra, że zwalania przesiedleńców? Moi współtowarzysze nie wiedzieli, że to chodziło o Sikorskiego, nie wiedzieli także dlaczego nagle po jakimś czasie Polacy znów byli kolokwialnie mówiąc nie mile widziani  (tu chodziło znowuż o Andersa), nie zaszkodziłaby ta odrobinka wiedzy. W scenie, w której kilka osób wywożono z obozu za karę koleżanka mnie zapytała: gdzie oni ich wiozą? jakie jest jeszcze gorsze miejsce od tego obozu? Przydałaby się informacja. że jest wyżej jeszcze NKWD (z którego siedzibt nie wchodzi się i nie wychodzi, tak po prostu, tak jak główny bohater), że Syberia się ciągnie i ciągnie tysiącami kilometrów, że są na jej terenie jeszcze straszniejsze obozy, że tam jest  jeszcze cięższa praca w kamieniołomach, że jest jeszcze cały system GUŁAG-ów. Nie oczekuje brutalnych scen, nie oczekuje strzału między oczy, ale nie ma we mnie zgody na tak ugrzeczniony, uładzony obraz syberyjskich obozów.  Do tego scenariuszowa dziura na dziurze.
Wiadomo, że jakoś trzeba było się nauczyć tam żyć. Nikt nie wiedział kiedy i czy w ogóle wróci się do kraju. Ludzie się zakochiwali, życie się normowało w wędrówce z miejsca w miejsce, dzieci się rodziły. Ot codzienność. Bo wprawdzie ludzie ludziom zgotowali ten los, to i ludzie ludzi bardzo potrzebowali. Dbali o relację, pomagali sobie wzajemnie (nie wszyscy, wszak wiadomo, że człowiek człowiekowi człowiekiem). Jednak jeśli ja dostaję od reżysera taki gładki obrazek Syberii i warunków tam panujących, a do tego jeszcze wynikające z prawdziwych przekazów piękne historie o zakochaniu i wzajemnym pomaganiu, to ja tego nie kupuje, ja tego nie biorę. Po prostu.
Nie wiem dlaczego Zaorski zdecydował się na tak poprawny (politycznie?), tak uładzony, nieco banalnie opowiedziany, zupełnie bez pazura film. Nie wiem. Może żeby szkoły w ramach lekcji historii waliły na seanse. Nie wiem może nie chciał młodzieży przestraszać? Ok niechaj sobie szkoły choćby i ramach lekcji historii na "Syberiadę polską" chodzą, ale pod jednym warunkiem! Po seansie OBOWIĄZKOWO dodatkowa godzina (tfu kilka godzin) historii. Poprowadzonej rzetelnie i fachowo. Z dostępem do innych źródeł, do autentycznych przekazów. Bo gdybym ja nie wiedziała nic o tamtych strasznych czasach, gdybym nie interesowała się choć trochę tematem, gdybym wcześniej nie czytała książki, to jaka byłaby moja wiedza? Oto co zobaczyłam w kinie, o to co poczułam: Syberia nie była aż taka straszna, warunki nie były wcale nieludzkie, a praca ponad siły, z nadzorcami dało się dogadać, tylko czasem się trafiła jakaś świnia. Ogólnie trochę kiepsko, ale da się przeżyć.

To nie jest aż tak strasznie zły film, to się nawet przyjemnie oglądało (czy to miało mi się przyjemnie oglądać?), dopóki nie zaczęło wiać nudą. Bo i po dwóch godzinach nie było we mnie ciekawości ani grama. Mogłabym powiedzieć, że napięcie opadło pozostała wypalona pustka. Gorzej. że nie bardzo miało co opadać (chyba, że ręce). Nie to nie jest aż taki strasznie zły film. To jest film do bólu przeciętny. No nie jednak to jest do bólu przeciętny i chyba jednak bardzo kiepski obraz. Po cóż ja próbuje go bronić? Skąd tyle we mnie żalu i goryczy? Ten arcyważny temat zasługiwał (i nadal zasługuje-liczę,  że tak się stanie) na obraz najwyższych lotów, na obraz wybitny, na obraz głęboko zapadający w pamięć, w serce i w duszę.
PANIE SMARZOWSKI! A MOŻE ZARAZ PO FILMIE O WOŁYNIU FILM O SYBERII? PANU UFAM:)

p.s
Kilka dni po seansie miałam okazję obejrzeć drugi odcinek serialu o Annie German (rewelacyjnego zresztą!, póki co)  i tam była scena idealnie oddająca strach przed jakimikolwiek pytaniami, przed obcymi. Główna bohaterka szuka swojego męża, przybywa do kolejnego miasta i szuka siedziby NKWD. Pyta ludzi na targu gdzie ta siedziba się znajduje. Nikt nie chcę jej udzielić informacji, odganiają ją od siebie, krzyczą, że jest wariatką, samo pytanie o NKWD budzi grozę i sprawia, że sam pytający staje się zagrożeniem. Mocna scena, bez grama przesady, bez grama brutalności. Można panie Zaorski? MOŻNA!

Aj wstyd! taki temat, tyle ofiar, tyle historii i takie dziurawe wypracowanie. ehhh

niedziela, 24 lutego 2013

Myślę sobie, że ta zimna kiedyś musi minąć...na szybko prosto z koncertu:)

Na szybko, emocjonalnie, bo właśnie wróciliśmy z koncertu Voo Voo i wiecie co? To był koncert roku! To był koncert nie wiem dekady może nawet. Kocham Wojtka Waglewskiego! Kocham chłopaków! To co panowie wyprawiają na scenie to jest niemożliwe wręcz. Każdy koncert VooVoo sprawia, że potem przed długi czas dojść do siebie nie mogę. Moc niemożebna, energia niewyczerpana. Było mocno, miejscami rockowo wręcz punkowo, było też delikatnie i nostalgicznie. Pół na pół nowego materiału (cudowne, improwizowane "Do stopki")  i starego.


I stanie się tak...wyśpiewane przez nas nielicznych na tym dość kameralnym koncercie, magia! Wykrzyczana "Flota zjednoczonych sił" na poły bujająca na poły punkowa. Moc! To był koncert kompletny, koncert doskonały po prostu, a dobry duszek Stopki unosił się nad muzykami i nad nami. A to przysiadł na gitarce Wagla, a to przycupnął na perkusji...Na koniec jeden bis i panowie uciekli ze sceny, ale nie daliśmy się bez walki. Wyklaskaliśmy, wyskandowaliśmy ich. Było nas mało, ale za to ile hałasu robiliśmy. Nie można się było nam zielonogórskiej publiczności oprzeć. Na do widzenia wykrzyczane w rytm oklasków 
dzię-ku-jemy!, dzię-ku-jemy, dzię-ku-jemy!

Czuje się upita dźwiękami. Poważnie. A tu trzeba kłaść się spać, jutro trzeba rano wstać...
Dobranocka.

wtorek, 19 lutego 2013

Urodzinki, stosiki, biblioteki:)

 Wczoraj moi drodzy urodzinki obchodziliśmy ja i mój blog. W związku z tym pragnę się z Wami podzielić moimi zdobyczami książkowymi. Nie ma nic prostszego jak zabrać mnie do księgarni i dać portfel do ręki. Kwestia prezentu rozwiązana:)


WYPRZEDAŻ ze Świata Książki. Za całość zapłaciłam 66zł! Śliczne cyferki. "Hitlerland" i "To była bardzo dobra telewizja" po 20zł, Samozwaniec pakiet dwóch książek 12zł!, Janko chyba 14zł. W zamówieniu była jeszcze jedna książka "Historia kobiet Gułagu", ale niestety wyszła. Zresztą załapałam się na ostatnie chwilę tak bogatej w perełki wyprzedaży. 
 

Prezenciki od bliskich:
od lewej
"14:57 do Czyty. Reportaże z Rosji" dla siebie od siebie, Oksana Zabużko i Rudnicki od tatula, "Byliśmy przyszłością", "List miłosny pismem klinowym" i "Prawdziwe życie Szaszkiewiczowej" od mężula. Wzięłam tą Szaszkiewiczową, a mąż do mnie mówi, żebym sobie jeszcze jedną wyszukała. W to mi graj. Zapuszczam się między póły i po chwili już stoję z Byliśmy przyszłością i Zmeskalem, do tego dzierżę w dłoniach Józefa Hena Nowolipie najpiękniejsze lata i nie wiem, która kniżka ma iść ze mną. Mąż jako niezaangażowany emocjonalnie ma rozstrzygnąć. Kryterium dla portfela najlepsze to wybór tej najtańszej. Tak się właśnie dzieje. Chwila zastanowienia i następna (druga najtańsza w kolejności) wskakuje do koszyka. Zrozpaczony Józef wraca na półkę. Sory kochany, ale jesteś zbyt drogi na moje potrfelowe progi:)
I ostatnia niewymieniona perełeczka to "Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną latać" od koleżanki od spacerów i jogi
Starałam się wybierać te tytuły, które raczej nie trafią do biblioteki i te, które chcę żeby stały na mojej półce.    
No takiego stosika to ja jeszcze nie miałam w swoim
 posiadaniu. Piękny, smakowity! mlask, mlask.

Pierwsze prezenty trafiły do mnie już w sobotę po pracy, wieczorem urodzinkowy seans w kinie. Powiedzieć, że było kameralnie to nic nie powiedzie. Było tak kameralnie, że byłyśmy tylko my dwie:)) A film nosił tytuł:

I nie był to najlżejszy film. Nie był. 

A jeśli już o książkach mowa to znów poszłam do biblioteki. Musiałam oddać książki, bo termin zwrotu mi zwyczajnie minął. A jak tu tak wejść do biblioteki pozbyć się słodkiego ciężaru i nie obciążyć następnym. Nie umim. 


"Syberiada" niestety w bardzo złym stanie. Nie widać tego po okładce, ale w środku jest cała poklejona i z trudem się ją w ogóle otwiera. Nie wiem czy się zdecyduje. Na szczęście jest też dostępna w mojej pracowej wypożyczalni. Tylko na miejscu, ale to akurat żaden problem. Mam nadzieję, że tamten egzemplarz jest w lepszym stanie. "Dziewczynka, która zbyt wiele", Broniewski i "Szatańskie tango" z głównej. "Kieszonkowy atlas kobiet"  z pracowej wypożyczalni. A zapomniałam zamieścić zdjęcie największej perełki z pracowej wypożyczalni, na którą polowałam od bez mała dwóch miesięcy. Co zaglądałam do internetowego katalogu to najpierw w opracowaniu, potem dłuuugo w przygotowaniu (albo na odwrót) i ciągle niedostępna  dla czytelników. Tak się akurat złożyło, że mam z panią dyrektor biblioteki ten sam gust czytelniczy i to ona tak się w niej zaczytywała. Z pewnego źródła wiem, że następna książka tegoż autora jest już w czytaniu. A mowa o: 

I żeby tego było mało na odbiór czeka na mnie zarezerwowana Zyta Oryszyn i jej "Ocalenie z Atlantydy". Ja chyba zwariuje, albo nie wiem oślepnę!!


Co w związku z blogiem. Ma dwa lata. Nie zmienił formuły nadal jest w nim misz-masz. Najwięcej prywaty. Chciałabym zmienić proporcję, ale nie przychodzi mi to z łatwością, więc się zmuszać do zmian nie będę. To ma być przyjemność przecież.

DZIĘKUJE, ŻE U MNIE BYWACIE!!! I DZIĘKUJE, ŻE JA U WAS MOGĘ BYWAĆ.
BUZIAKI!  

Wybaczcie taki trochę chaos w tekście, ale piszę na szybko, bo ja przecież muszę już iść czytać!:)) 
 

środa, 13 lutego 2013

Światowy Dzień Radia, czyli ŚWIĘTO:)


Nooo to jest święto!  Już wiele razy pisałam o moim uzależnieniu od radia, a szczególnie od Trójki. Powtarzać już nie trzeba. Stacja Chilli Zet cudownie się sprawdza w drodze z basenu kiedy siadam taka rozleniwiona i już wtedy niczego więcej nie potrzeba mi do szczęścia (bo i po jedzonku jestem -osiągnięcie takiego stanu na głodnego niemożliwością jest)
We wszystkich dotychczasowych pracach mogłam słuchać Trójeczki. Teraz póki siedzę w podziemiach także każdy dzień jest pełen radia. Nie wiem jak będzie po przeprowadzce w lipcu (ponoć), nie wiem gdzie będzie moje miejsce w nowej bibliotece. Gwoli ścisłości nikt nie wie. Jeśli tafię do obsługi czytelnika (co mi najbardziej leży), to wiadomo nie będzie radia. Jakoś to chyba przeskoczę. Siła wyższa. Ale jeśli trafię (czego bardzo nie chcę-chociaż  byle była praca!) do jakiegoś pokoiku z kilkoma jeszcze osobami i one te osoby będą słuchały radia i nie będzie to Trójka! I jeżeli one te osoby będą słuchały radia i nie będzie to Trójka tylko jakieś Zetki, RMF-y czy nie daj losie ESKA (nie rock rzecz jasna), to...JA TAK SOBIE WYOBRAŻAM PIEKŁO!!

Co by tu jeszcze? yyyy nic. Dziękuje za uwagę:)

O Trójce pisałam jeszcze 
tutaj i tutaj i tutaj 

poniedziałek, 11 lutego 2013

"Stare miasto, stare miasto...wiernie ciebie będziem strzec" a ja pozostaje wierna Chłopakom z Lao che. Po koncercie dozgonnie!:))

Właśnie wróciłam z koncertu i z późniejszej posiadówy z muzykami. A koncert to był zacny, a koncert to był cudny! Moi drodzy panowie z "Lao che" po raz kolejny chylę przed Wami czoła. Ależ to jest energia, ależ to jest moc i jakie talenta. Chłopaki (co później potwierdzili) także się świetnie bawili na scenie, a Spięty to się nawet "rozpiął" i skakał na scenie szaleńczo. Koledzy z zespołu potwierdzili, że Spięty się faktycznie wyluzował i coraz częściej wyraża swoją radość z grania również cieleśnie.

 Troszku panowie rozmazani, ale był taki szał, że kto by się bawił w ustawienia w telefonie!
 
Koncert trwał ponad 1,5h, dwa bisy (u nas pierwszy raz aż tyle), no ale to może dlatego, że to ostatni koncert w tej części trasy. Dużo nowej płyty (to zrozumiałe w końcu to promocyjna trasa). Były dwa moje ulubione z "Sountrack" numery  ""Już jutro"" był "Dym" oraz dwa numery idealnie zaaranżowane  na  potrzeby koncertowe wykrzyczane, wyrapowane "Jestem psem" i taneczny  "Govinam" tak taneczny, że przez chwile wydawało mi się, że jestem na imprezie a nie na koncercie, i to na imprezie tanecznej z najwyższej póły. Rewelacja! Dużo elektroniki, bitu i sampli, a jednocześnie to nadal oni. To jest muzyka ostemplowana znaczkiem Lao che. Nie zabrakło też starszych utworów z płyty "Gospel" na przykład  "Hydropiekłowstąpienie" na bis i kilka z "Prąd stały, prąd zmienny". Zabrakło mi tylko z "Gospel" "Drogi panie". I nagle usłyszeliśmy starego, dobrego "Klucznika" z pierwszej płyty zespołu pt: "Gusła" z  kumpelą oszalałyśmy ze szczęścia, bowiem Lao z zasady nie gra tego numeru. I tym razem także go nie zagrali, pozostali w niegraniu "Klucznika" konsekwentni kończąc na pierwszych dźwiękach i płynnie przechodząc do następnego utworu.  Zdaje się, że nie przepadają za nim :)

Ja jednak wciąż po cichutku wyczekiwałam na numery z  z drugiej płyty "Powstanie Warszawskie", już taka jestem niereformowalna, że to właśnie ta płyta jest mi najbliższa. To ta płyta jest dla mnie najważniejsza ze wszystkich płyt na świecie. Żadna inna muzyka i żadne inne teksty nigdy wcześniej i nigdy potem nie mały  takiego emocjonalnego odniesienia. Czekałam i się doczekałam. Najpierw według mnie najmniej nośny numer z płyty pt: "Hitlerowcy" i to tak przerobiony i niedośpiewany, że nawet sobie pokrzyczeć nie można było. Ale już chwilę potem usłyszeliśmy pierwsze nuty "Starego miasta", a  raczej nie nuty a  słowa:

"Polacy gdziekolwiek się znajdujecie, Polacy gdziekolwiek się znajdujecie..."

 Polacy gdziekolwiek się znajdujecie.... (x 3)
Polacy, Polacy, Polacy

Stare miasto, stare miasto wiernie ciebie będziem strzec

Mamy rozkaz Cię utrzymać albo w gruzach twoich lec
Witamy w krainie, w której fryco ginie

Stare miasto, stare miasto wiernie ciebie będziem strzec

Mamy rozkaz Cię utrzymać albo w gruzach twoich lec
Halinka - sanitariuszka, och jaka gitara dziewuszka

Stare miasto, stare miasto wiernie ciebie będziem strzec

Mamy rozkaz Cię utrzymać albo w gruzach twoich lec
Trumna, to luksus, zupa na gwoździu też luksus

Stare miasto, stare miasto nanana nanana

Mamy rozkaz Cię utrzymać albo nanana nana
Wiara się rozkrochmala, wilczur się oźlił i piekło podpala

Stare miasto, stare miasto już nie możem ciebie strzec

Szwaba prać by trza po mordzie ale poparzone witki dwie
Czy tu się głowy ścina ? - Tak tu się głowy ścina !

Stare miasto, stare miasto już nie możem ciebie strzec

Szwaba prać by trza po mordzie ale poparzone witki dwie
Czy w nocy dobrze śpicie ? Czy śmierci się boicie ?!

Zuchwało śpiewa Nam tu ten! Ciśnięty w mrok granatów pęk! x 2


Naprzód stare miasto !


Jest sto tysięcy dusz, a jedna ledwie rura.

Żołnierze wychodzą, Cywilom i rannym się nie uda!

Jest jeden wielbłąd, do jednej igły ucha

Nieliczni zabawieni! Licznych bóg nie słucha! nie słucha! NIE!

Dostępu do włazu My żądamy!!!!

Szaleństwo pod sceną, piski wrzaski, szaleńcze oklaski. Jakby nagle wszyscy tak jak Spięty się rozpięli. We wspólnym śpiewie i to takiego tekstu o wielkim ładunku emocjonalnym jest jakaś wielka moc wyzwalająca, scalająca energia. Magia po prostu. 


"Dostępu do włazu my żądamy"...!!! Za każdym razem kiedy słyszę na żywo utwory z tej płyty jestem na granicy histerii niemalże, uaktywnia się we mnie jakaś inna osoba. Lubię ją. Ehh te pierwsze koncerty kiedy grali tylko PW! Pomimo tego, że akurat z tej płyty zagrali panowie tylko dwa utwory (i tak jestem wdzięczna niezmiernie) koncert był jak już wyżej wspomniałam REWELACYJNY, GENIALNY I DOSKONAŁY! CZAPKI Z GŁÓW PANOWIE:) 
I tak naprawdę jak tu chciałam tylko o tym "Starym mieście" napisać, ale to byłoby nieładne, więc z poczucia przyzwoitości z chęci podzielenia się z Wami radością jakiej doświadczyłam napisałam coś niecoś więcej na temat całego koncertu. I nie należy tego mylić z recenzją:))

Reasumując jeśli w Waszym mieście lub w okolicach grać będzie zespół Lao che jest to pozycja obowiązkowa. Tych co znają, cenią, lubią lub kochają namawiać nie trzeba, ale tych co niezdecydowani, albo nawet niekoniecznie znają dokonania tego bandu namawiam szczerze!

P.S Dobrze, że sobie wzięłam na jutro, to znaczy na dziś urlop dzięki temu mogłam spędzić czas pokoncertowy w doborowym towarzystwie, a  teraz sobie siedzieć późną nocą i pisać nieplanowanego posta. Cud miód i orzeszki!

środa, 6 lutego 2013

Polska filmem stoi. Czekam na...

 Bliżej mi coraz bardziej do filmu polskiego. Odzyskuję wiarę w naszą rodzimią kinematografię. Tak mi się porobiło ze dwa lata temu. Rok 2012 był bardzo bogaty w dobre polskie produkcję, a nawet trafiła się w moim mniemaniu jedna wybitna. Mam na myśli "Różę" pana Smarzowskiego rzecz jasna. Rok 2013 zapowiada się także wyśmienicie. Oto tytuły na, które czekam niecierpliwie.
 Najnowszy film Smarzowskiego "Drogówkę" mam już za sobą, dlatego o nim już nie wspomnę, pomimo tego, że premiera także miała miejsce w lutym (1.02).
 
LUTY

"W imię..." 

reż: Małgorzata Szumowska
wyst: A. Chyra, M.Ostaszewska, M. Kościukiewicz, Ł. Simlat

Premiera światowa filmu w Konkursie Głównym 53 Festiwalu Filmowego w Berlinie.

 brak plakatu.

"Nieulotne"

 reż: Jacek Borcuch
wyst: J. Gierszał, M. Belus, A. Chyra, J. Kulig

Nagroda za zdjęcia dla Michała Englerta za zdjęcia na Festiwalu Sundance



 "Syberiada polska" 

reż: Janusz Zaorski
wyst: Adam Woronowicz, S. Bohosiewicz, U. Grabowska



MARZEC

"Być jak Kazimierz Deyna" 

reż: Anna Wieczór-Bluszcz
wyst: P.Bluszcz, G. Muskała, M. Korcz, S. Bohosiewicz, 


 "Dzień Kobiet"

reż: Maria Sadowska
wyst: K. Kwiatkowska, A. Jańcia, G. Barszczewska, D. Kolak 



KWIECIEŃ

"Sekret" 

reż: Przemysław Wojcieszek
wyst: T. Tyndyk, A. Podsiadlik, M. Kępiński

 
MAJ

"Imagine" 

reż: Andrzej Jakimowski
wyst: A.M Lara, E. Hogg, 
koprodukcja z Francją, Portugalią, Wielką Brytanią.



WRZESIEŃ

"Powstanie 44. Sierpniowe niebo"   

reż: Ireneusz Dobrowolski
wyst: E. Kamiński, A. Nehrebecka, J.Sieńczyło.

  

  Filmy, które miały już swoją premierę, albo data jej jest nieznana.

"Inny świat" 

film biograficzny
 reż: Dorota Kędzierzawska
wyst: D. Szaflarska



reż: Bodo Kox
wyst:  W. Mecwaldowski, P. Głowacki, E. Lubos




reż: Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze
wyst: J.Budnik, Z.Waleryś, A. Pawlicki

   
"Anioł" 

reż: Wojciech Smarzowski
wyst: R. Więckiewicz, A. Grabowski, K. Preis, M. Dziędziel, A. Woronowicz, I. Kuna, M. Dorociński, J. Braciak.


Ależ obsada! Jerzy Pilch+Smarzowski+ w.w aktorzy!!!  
 Ostatnie informację z wywiadu z reżyserem w "Przekroju" to data premiery wyznaczona raczej na rok 2014. Ja się wolę łudzić, że jednak wcześniej:)