"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

środa, 24 października 2012

Kolejny Warsaw Film Festiwal za nami.


Kolejny WFF za nami. Wierzyć mi się nie chcę, że od poprzedniego wpisu dotyczącego tego festiwalu minął już rok! Co łączy obie edycję? Łączy je fakt, że znów mnie tam nie było i że święci triumfy znów polski tytuł. Bo pan Andrzej Jakimowski i jego "Imagine"w koprodukcji z Wielką Brytanią, Francją i Portugalią zgarnął główną NAGRODĘ ZA REŻYSERIĘ a sam film  według mnie najważniejszą nagrodę festiwalu, bo NAGRODĘ PUBLICZNOŚCI:)



Reszta przedstawia się następująco: 

GŁÓWNA NAGRODA FESTIWALU GRAND PRIX:

"Tango Libre" reż: F. Fonteyne (Francja. Belgia, Luxemburg)

NAGRODA SPECJALNA JURY:



 "Ślimaki i ludzie" reż: T. Giurgiu (Rumunia, Francja)

KONKURS 1-2: 


"Drodzy zdradzeni przyjaciele" reż: S. Cserhalmi (Węgry, Niemcy) 

KONKURS WOLNY DUCH:

 

 "Bez entuzjazmu" reż: M. Haglighi (Iran) 

DOKUMENT: 


 "Fuck for Forest" reż: M. Marczak (Polska, Niemcy) 

NAGRODA JURY EKUMENICZNEGO: 


"Operacja" reż: M.C.Paternina (Hiszpania, Francja, Kolumbia),

 KRÓTKI METRAŻ:

  "Historia dla państwa Modlin" reż: S.Oksman (Hiszpania) 

NAGRODA FIPRESCI: 


 "Córka" reż: A. Kasatkin, N. Nazarova (Rosja) 

NAGRODA PUBLICZNOŚCI (reszta)

czwartek, 18 października 2012

Postem zbiorczym na łono blogowe powracam:)

To moje kolejne podejście do posta. Jestem w kryzysie nie mogę pisać, jestem w jakieś dziwnej kontrze do bloga, w kontrze do bloga własnego, bo Wasze czytam z tą samą przyjemnością co kiedyś. I nie wiem dlaczego i nie wiem o co chodzi i czuje się już tym zmęczona. Trzyma mnie od powrotu z Hiszpanii. Popełniłam wprawdzie kilka postów w tak zwanym międzyczasie, ale tak naprawdę pisanie tylko jednego o Kadyksie sprawiało mi niekłamaną radość, pisałam go z niewymuszoną lekkością. Reszta jest milczeniem...Tęsknie za czasem sprzed roku kiedy dzieliłam się z Wami sobą zachłannie, a Wy zostawialiście ślady swoich odwiedzin w komentarzach. Ostatnio podczytywałam sobie stare posty, te sprzed roku, te o fabriken, fabrikien i te wspierające komentarze i te o targaniu foteli przyśmietnikowych...było tego. Tęsknie za tym, tęsknie. A teraz ja nie piszę, a i Wy niewiele śladów po sobie zostawiacie. A może to już taka specyfika bloga, że raz na jakiś czas zamilknąć trzeba?

Mała dygresyjka:
Na  dobry początek powrotu do pisania przedstawiam Wam marchewkę. Kolejnego domownika. Taka sama mieszka u naszych gospodarzy w Hiszpanii (pewnie mniej marznie niż ta nasza). Tak więc od Macieja i Ani zgapiliśmy warzywko i sokowyciskarkę marząc o takim samym smaku soku pomarańczowego. Oj płonne nadzieje, daremny trud. Się nie da. Z pomarańczy taki pyszny sok nie wychodzi, ale już z buraków i marchewki (feria barw), albo  z marchewki  i jabłka,  albo w końcu z samej marchewy! Rozkosz dla podniebienia! 
Tylko co na to nasza marchewka (mieszka z nami jeszcze jedno warzywko, ale ono zostanie przedstawione przy innej okazji). Dziś w roli głównej marchewka: najbardziej mnie rozwala fakt, że ona nosi zielone spodenki, których na zdjęciu nie widać. Marchewka w spodenkach-odlot!

Siostro! Bracie!

Tak więc nawiązując do dawnych postów to jakiś czas temu były fotele, a i teraz przecież w moim domku pojawiły się dwa nowe mebelki. One czekają na pochwalenie się nimi, one przytupują niecierpliwie z nóżki na nóżkę żeby Wam się w końcu moi drodzy pokazać. Zaraz zaraz właściwie  z nóżki na nóżkę przytupuje tylko jeden mebel, bo ten drugi nóżek zwyczajnie nie posiada. 
 Oto nowy stoliczek pod telewizor. Przywędrował do mnie pocztą z daleka, bo aż z Sosnowca.


Na stoliczku nowy dekoder dzięki, któremu mogę znów oglądać Anthonego Bourdaina na Kuchni Tv
Coś muszę jeszcze zrobić z tymi kabelkami co to teraz wystają.

 Wcześniej odbyłam szereg rozmów negocjacyjnych za pomocą zdobyczy cywilizacyjnej tzw. listów elektronicznych z obecną, a już teraz byłą przesympatyczną właścicielką stoliczka (a także jak się okazało autorką bloga Lawendowy zaułek) o rodowodzie rzecz jasna PRL-owskim  w tym najlepszym wydaniu. Rzeczony natychmiast zaprzyjaźnił się z resztą mebli: z dwoma rówieśnikami (no mniej więcej) ocaleńcami fotelami i ze starszą od siebie babciną toaletką. Gorzej z adaptacją miał drugi mebelek, który zamieszkał w pokoju. Problemem wszak była pokoleniowa przepaść, a jak wiadomo z różnicą pokoleń może być trudno. Tak więc te starsze mówiły zwyczajem wszystkich starszyzn, że za naszych czasów to meble miały kształt i zamysł i że to dopiero jest wytrzymałość! A Ty regale z IKEI co? Z papieru jesteś,nietrwały. Za kilka lat czas twój się skończy. Nieodwoalnie! Nie to co my! Meble z poprzedniej epoki, a jakże się świetnie odnajdujemy w tej następnej! 
No i jak tu ten nieszczęsny mebelek się mógł czuć w mieszkaniu, w którym "umeblowanie kuchni, oraz szafy i regały mówiły do każdego: cześć, wyprodukowano nas w latach siedemdziesiątych, kiedy jeszcze nie było Ikei"
 Miłoszewski Zygmunt "Uwikłanie. 
Wkroczyć musiałam ja właścicielka mebli i przeprowadzić szereg rozmów dyscyplinujących i wychowawczych. Najtrudniej było z fotelem z 60-tych lat. Och był taki zbuntowany! Toaletka z 50-tych wykazała się wyrozumiałością jak to przystało na seniorkę. W końcu zrozumiały, że nie jest łatwo upolować ładny regał w ich wieku, że takie raczej nie trafiają się przy śmietnikach, a jeśli nawet wyczarować taki przy pomocy internetu przesyłka kosztowałaby sporo. Pogodziły się już z tym.
Nooo i  jak już się regał ubrało w książki, jak już one zamieszkały w swoim nowym domku, jak już ulokowały się w przydzielonych im pokojach. Chwin obok Karpowicza, łypał zazdrośnie na Pilcha co to mieszka sam, Cortazar obok Marqueza, Gułag obok Auschwitz (co będą traumatyzować resztę, niech się jednym domku kiszą), to jak one te wszystkie moje ukochane maleństwa zamieszkały w nowym regało-domku, to on nabrał dostojności, ba rzec można sensu nabrał i meble starsze jakoś się pogodziły z faktem, że obok nich mieszka gówniarz z Ikei:))

w tle fotelik:)

A gówniarz z Ikei narobił zamieszania, dość wyrośnięte bydle z niego jest i trzeba było zrobić miejsce. Seniorka toaletka  z radością przeniosła się więc na drugą stronę pokoju (a mówią, że starych drzew się nie przesadza), wykurzając tym samym szafę na ubrania do sypialni (z tejże także kogoś ona wykurzyła, a jakże). Fotele zamieniły się miejscami, tylko kanapa, stół i lampa pozostały na swoich starych miejscach. Jakże ja lubię takie przemeblowanki!


 Wypatrzyłam jeszcze żyrandol w konwencji, przecudnej urody na allegro z DDR-u, ale mąż zapowiedział, że nie stać nas już na takie fanaberie!  Liczyłam, że przy kolejnym wystawieniu (nie cieszył się uznaniem) znowu cena spadnie, ale niestety kolejnej wystawki już nie uświadczyłam. A szkoda, bo bym kupiła w tajemnicy przed mężem. Ot co!:)

nie jesteś mój, a tak pasowałbyś do pokoiku. Idealnie wręcz!

Noo przemeblowanko za nami, ale teraz gdzie tu trzymać książki z biblioteki co to przychodzą tylko na chwilę? No właśnie biblioteki, jaką ja miałam radość niepomierną po powrocie z wojaży. Jak ja wpadłam tam pomiędzy te półki. Ino się kurzyło. Obłęd normalnie. Znacie to.
A oto moje nowe łupy. Jako, że od wizyty w biblio minęło już trochę czasu, to część pozycji już za mną tak więc najpierw 


przeczytane:

*"Cukiernia pod Amorem. Cieślikowie" Małgorzata Gutowska-Adamczyk. 
Tak już mam zazwyczaj, że po dłuższej nieobecności trafiają w moje recę książki, których wcześniej nie było bo krążyły po domach. Tak też się stało z Cukiernią. Długa była przerwa między czytaniem pierwszej i drugiej części. Wciągnęłam ją natychmiast rozkoszując się pewną sobotnią nocą i czytając bez wyrzutów sumienia do piątej rano. Rany jak ja to kocham! 

*"Wyśpiewam Wam wszystko" Urszula Dudziak
To moje drugie zadziwienie, że książka sobie spokojnie stała. Stała sobie spokojnie na półce umęczona zapewne wcześniejszymi wojażami bez wytchnienia po domach czytelników. W końcu dorwałam książkę i ja rzucając się na nią zachłannie i nie doświadczając niestety  czytelniczego uniesienia i zachwytu. Owszem czytało się nieźle, ale ja w połowie musiałam książkę odłożyć, bo zwyczajnie się znudziłam. Zwyczajnie potrzebowałam literatury. Przegryzałam więc genialnym, cudownych Sandorem Marai "W podróży". Przedzierałam się z rozkoszą przez ten bogaty język, przez frazę Sandorową się przedzierałam. Dzieło!
 I jak już sobie podczytałam Sandorka ze spokojem wróciłam do pani Dudziak z ogromną przyjemnością zagłębiając się w zielonogórskie wspomnienia (tak sprawiły mi wielką radość) i ze smutkiem zachodząc w historie związane z Jerzym Kosińskim.

*"Uwikłanie"  Zygmunt Miłoszewski
Noo zaskoczenie. Książka jest po prostu świetna! Napisana z nerwem, żywym językiem. Uwierzyłam każdej postaci, dzięki temu, że ich rysy psychologiczne nakreślone zostały z dużym prawdopodobieństwem, znawstwem tematu, jednocześnie z  wyczuciem. Autor nigdzie nie przedobrzył, z żadnym akcentem książki nie przeszarżował. Czytając bardzo chciałam Miłoszewskiego na czymś przyłapać, na jakimś niedociągnięciu. Ale nie. Myślałam, że może coś w teorii Hellingera i w ustawieniach nie zadziała, ale nie moi drodzy tam też wszystko działało. Klasa! Film w kontekście książki w ogóle przestał mieć jakiekolwiek artystyczne znaczenie. Teraz po zapoznaniu się z pierwowzorem już w ogóle nie ma się nad czym pochylać.  

W czytaniu:  
 
*Bękart ze Stambułu" Elif Safak
Czytam właśnie, choć czytaniem tego procesu jaki zachodzi bym nie nazwała. Raczej pochłanianiem. To kompulsywne pochłanianie wręcz. Jakże to się czyta cudownie! Aż mi się wierzyć nie chce, że kilka lat później ta sama pisarka, ten sam człowiek popełni tak kiepską rzecz jak Czarne mleko. To aż niemożliwe jest. No, ale już to przerabialiśmy, choć nadal tego nie pojmuje.

Oczekują na swoją kolej cierpliwie (albo i niecierpliwie, kto to wie!) 

*"Chochoły" Wit Szostak
Podpatrzone w  Zasiedzisku Pauli a że ufam jej wyborom czytelniczym i już kilka razy poszłam jej śladem i się nie zawiodłam to zabrałam ze sobą kolejnego grubasa bez dyskusji. Ciekawam bardzo! 

*"Ja Urbanator. Awantury muzyka jazzowego" Andrzej Makowiecki
No jak Duziak przyszła do mojego domku, to i Michała Urbaniaka historię zabrać ze sobą musiałam. Równowaga w przyrodzie:)

************************************************************************
I jak to w ciągu bywa pożyczek smakowitych ciąg dalszy nastąpił i kilka dni później, a właściwie kilka dni temu, bo to było zupełnie niedawno.  Jak to zwykle bywa z gościny u znanej Wam już koleżanki nazywanej roboczo Koleżanką od Kotów Wina i Książek rzadko kiedy wychodzę lekka jak ptak bez ciężarów w czeluściach  torby. Ona nigdy nie puszcza mnie z torbami. Zwłaszcza pustymi:) Zaczynam wizytę od przyjęcia tabletki antyalergicznej (antykotowej), a kończę przyjmując na plecy słodki ciężar literatury. Lubię to!
A oto moje łupy śliczne:

 No dobra drugi fotel też zasługuje przy okazji na przypomnienie:)

Na fotelu posiadują sobie:

*"Trociny" Krzysztof Varga
Uwielbiam faceta. A po przeczytaniu na hiszpańskim tarasie jego "Nagrobka z lastryko" kocham go jeszcze bardziej. Przeczytałam jeden akapit na przywitanie (no dobra więcej, z akapitów Vargi tak łatwo się nie wychodzi) i gdyby nie Bękart, który musi być przeczytany w pierwszej kolejności, bo ktoś tam na niego czeka, to bym zapadła się we frazy pana Krzysztofa teraz, zaraz już.

*"Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem." Izabela Mejza, Witold Szabłowski
No czy ja coś tu muszę wyjaśniać:)

*"Kiedy Bóg był królikiem" Sarah Winman
Znów podążyłam tropem Pauli z Zasiedziska, jako ten królik z Alicji:) A że koleżanka sama potwierdziła słuszność wyboru stanowczym skinieniem głowy o satysfakcję czytelniczą jestem spokojna.

Już pouczyłam Koleżankę od Kotów, Książek i Wina w jakie tytuły ma się zaopatrzyć w najbliższym czasie, bo ja przecież już książek kupować nie mogiem:( Uśmiałyśmy się bo ona też nie może...biblioteki zatem bardzo proszę kupować, kupować, kupować! Tiaaa.      

A i jeszcze jedna pożyczka mi wpadła w ręce, a właściwie została na pocieszenie przyniesiona, na poprawę nastroju tym razem przez koleżankę od Spacerów i Rozmów Długich.

w poziomie:)

No to co chyba tyle wystarczy na pierwszy post po tak długim czasie i po kryzysie. Dziś pogodnie, ale pewnie przyjdzie i taki czas na marudzenie wszak powodów do tego nie brakuje. Ale póki co, ale dziś mogę sobie zanucić: dziś jest faaajnie!
 DOBRANOC:)
 
  

środa, 3 października 2012

Znów wędrujemy ciepłym krajem...ciąg dalszy opowieści.


Znów wędrujemy ciepłym krajem,
malachitową łąką morza.
Ptaki powrotne umierają
wśród pomarańczy na rozdrożach.
Na fioletowoszarych łąkach
niebo rozpina płynność arkad.
Pejzaż w powieki miękko wsiąka,
zakrzepła sól na nagich wargach.
A wieczorami w prądach zatok
noc liże morze słodką grzywą.
Jak miękkie gruszki brzmieje lato
wiatrem sparzone jak pokrzywą.
Przed fontannami perłowymi
noc winogrona gwiazd rozdaje.
Znów wędrujemy ciepłą ziemią,
znów wędrujemy ciepłym krajem.

 Kuleżanka blogowa mnie natchnęła jednak na kolejny odcinek podróży. Pomyślałam sobie, że jeśli u Więcej niż jedna czytanka jest wspomnieniowo hiszpańsko, to i u mnie może. Kto chętny może sobie skakać z jednego bloga na drugi i zwiedzić kawałek kraju. U mnie Andaluzja u niej jakże odmienna Katalonia:)
No, ale moi drodzy do rzeczy. 

W poprzednim odcinku:
Państwo Antonikowie wypożyczyli auto w La Linea, wyruszyli szlakiem białych miasteczek. Zaliczyli miasto na skale Casares, na chwilę wpadli do Gaucin, po to by resztę dnia i kawałek wieczora spędzić w Rondzie.


Słowo się rzekło dzień następny (środa) u płota. Rozkład dnia ten sam. Pobudka, szybki bieg na taras z nadzieją w sercu, że może jednak basen uruchomiły krasnoludki, większą nadzieję bowiem pokładaliśmy z krasnoludkach niż w robotnikach. Tworzyli oni uroczy dodatek do krajobrazu (leżeli w cieniu), również zapachowy (rozleniwiający zapach pewnego zioła), po codziennej porcji basenowego rozczarowania, porcja śniadanka ze świeżo wyciśniętym sokiem pomarańczowym na czele, szybki prysznic i inne czynności (cicho sza) i wioo w drogę.
Tym razem kierunek przeciwny, nie w głąb kraju, a wzdłuż wybrzeża, nie góry, a woda. Słowem Cadiz albo jak kto woli Kadyks najstarsze miasto w Hiszpanii. GPS uparcie nas prowadził autostradą, a my chcieliśmy piękną trasą wzdłuż morza przechodzącego niepostrzeżenie w Ocean Atlantycki, konkretnie w Zatokę Kadysku. Z krainy słońca Costa del Sol przemieściliśmy się w Krainę Światła Costa del Luz. Oj luz to my mieliśmy!

W drodze do Kadyksu wiatraków mnogość:)

 zdjęcie robione z samochodu, podczas jego jazdy. Uchwycona chwila nieźle mi wyszła.

robią wrażenie majestatycznych, ale chyba nie z takimi wiatrakami się walczy w powiedzonku?

GPS swoje, my swoje. W końcu dostaliśmy się na tą piękną drogę. Zatrzymaliśmy wóz  w celu wysiąścia zeń i pójścia na plaże, ale tak szybko jak rozwarliśmy wrota Kijanki, tak szybko je zamknęliśmy, albo zamkliśmy, tak krócej, a zrobiliśmy to szybko i z impetem. Mało brakowało a drzwi wraz z naszymi kończynami górnymi wyrwałby potężny wiatr. Tyle było naszego rozkoszowania się przecudnej urody plażą i tyle naszego moczenia nóg. Wyszło jednak na GPS i wróciliśmy na autostradę, która to autostrada zawiodła nas wprost w objęcia miasta. Recz jasna zanim zaparkowaliśmy musieliśmy objechać całe stare centrum, co okazało się być dobrym ruchem, bo później przemieszczając się już na nóżkach wiedzieliśmy gdzie co jest. 

oj co to za sierotka siedzi na schodkach? Ja nie zbieram pieniędzy, ja tylko piszę smska, zapewne o tym jaki świat jest piękny, choć tego ludzkim głosem się przecież nie da przekazać:)

Siedząc na schodkach patrzę na...
Na tych schodach spożywaliśmy posiłek obiadową porą. Kuskus z warzywami. Ależ on, ten kuskus był pyszny! Kiedy tak pakowaliśmy kęsy raz za razem do naszych otworów gębowych z daleka dały się słyszeć dźwięki znajome i bliskie. Dźwięki te wydawali na harmoszkach dwaj cyganie (chyba).
i nie miałam halucynacji dźwiękowych. 

No dobra zjedli, kawę w knajpce wypili, ruszamy eksplorować miasto.
 Seria pt: "klatka wygląda tak..."
 w środku...
...i po zadarciu głowy. 
To jedyna podczas wędrowania klatka, która pozostała taka niewyremontowana i otwarta. Inne są wymuskane i zamknięte.
Życie...po prostu.

partyjka kości?
klasyczne zdjęcie na fejsa, yyy albo na bloga hihi
droga prowadzi do fortyfikacji obronnych miasta
Cadiz znajduje się na takim śmiesznym cypelku, na samym jego końcu znajduje się fortyfikacja.
Z murów obronnych ciągnących się do samej budowli skakały dzieciaki do wody. Nawet takie niewielkie. Ja nie mogłam na to patrzeć. Po jednej stronie była woda wzburzona, a po drugiej tej bardziej ludnej spokojna i dzieciaki z lubością przepływały pod mostem. Dżesus! Zawał!

Wracamy do miasta. A po drodze łódeczki i 
 i kermit:)
i zamek a na zamku księżniczka:)
 nogi mamy tak samo chude. Patyczaki dwa:)
 charakterystyczne dla Hiszpanii.
Ogród Botaniczny. Drzewko i ja:)
A tymczasem zmrok zapada w mieście Kadysk
 ledwo zdążyłam


 Jeśli kiedykolwiek będziecie w Kadyksie, to pamiętajcie żeby zwiedzanie fortyfikacji zsynchronizować z zachodem słońca. My na to nie wpadliśmy, ale tam w miejscu, z którego już dalej nie można pójść układające się na spoczynek słońce musiało robić WRAŻENIE!

Zmrok zapadł, wczesna noc nastała, a my wędrujemy po mieście uliczkami, włażąc w różne zakamarki. Trafiamy na placyki te mało uczęszczane przez turystów gdzie po jednej stronie na schodach siedzi młodzież.
 
  
A po drugiej grupka pań gra w jakąś grę planszową. To matki. Za zakrętem, za murkiem siedzi tyle samo ich małych odpowiedników płci żeńskiej także grających w swoją grę. Gwar, okrzyki radości co rusz rzucane to z jednej, to z drugiej strony murku. Jest godzina 22 nikt nie kładzie się spać. Po co, jeśli jest tak pięknie. Hiszpańskie dzieci muszą być szczęśliwie:)


  A nad wszystkimi czuwa tajemniczy pan na krzesełku. Nie wiem któż to, bo nie było żadnej tabliczki o tym informującej, ale miło mi się go głaszcze po policzku. Czyżby się na tą okoliczność ogolił?:)

architektura Kadyksu mocno się różni od białych miasteczek. Jest jakby bardziej kolonialnie.

I kiedy po przejściu kolejnych kilometrów wydawało nam się, że już wszystko zobaczyliśmy (a łaziliśmy bez mapki, tam gdzie nas nogi poniosą, intuicyjnie) nagle za zakrętu wyłonił się kolejny placyk, tym razem wielki, jakby główny. Ano dość główny, bo z ratuszem.

 ja lubuje się w robieniu zdjęć domom, uliczkom, placykom. Mąż poluje na ludzi...
 Na placyku życie trwa nieprzerwanie...dla wszystkich:)

Czas wracać, noc już nastała zupełna, czego w ogóle nie widać na ulicach. Ludzie spacerują, siedzą w ogródkach, jedzą, śmieją się. Miasto żyje! Ehhh. Wracamy wolno, wolniutko wdychając każdy zapach głęboko do płuc...przed nami 100km drogi powrotnej...w samochodzie gra nam:


 Smolik
i 
Touch&Go
Muzyka na full, przed nami autostrady ciągnące się kilometrami. Wracamy i to jest MAGIA CHWILI.
Muzyka podczas naszego podróżowania zapomniałam Wam powiedzieć była jedną z  najważniejszych składowych, bo niewiele jest rzeczy na świecie piękniejszych od drogi, sprawnego samochodu i dźwięków wibrujących. W drodze do Rondy najpierw leciał Vivaldi, potem przez resztę drogi także tej powrotnej towarzyszyła nam płyta AIR. W środę mieliśmy już pełen zestaw płyt, nie tylko tych na szybko zabranych. Staraliśmy się by w każdej naszej małej podróży towarzyszyły nam inne dźwięki. Dzięki temu jak tylko usłyszę AIR z płyty, której nie znałam "Pocet Symphony".
 Air "Napalm love"

 znów będę w podróży do Rondy...a moc tej płyty jest taka, że z niczym innym mi się nie kojarzy.

Tak się kończy odcinek kolejny, w którym głównym bohaterem było miasto Kadyks. 

W następnym odcinku...

będzie czwartek:)