"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

środa, 3 października 2012

Znów wędrujemy ciepłym krajem...ciąg dalszy opowieści.


Znów wędrujemy ciepłym krajem,
malachitową łąką morza.
Ptaki powrotne umierają
wśród pomarańczy na rozdrożach.
Na fioletowoszarych łąkach
niebo rozpina płynność arkad.
Pejzaż w powieki miękko wsiąka,
zakrzepła sól na nagich wargach.
A wieczorami w prądach zatok
noc liże morze słodką grzywą.
Jak miękkie gruszki brzmieje lato
wiatrem sparzone jak pokrzywą.
Przed fontannami perłowymi
noc winogrona gwiazd rozdaje.
Znów wędrujemy ciepłą ziemią,
znów wędrujemy ciepłym krajem.

 Kuleżanka blogowa mnie natchnęła jednak na kolejny odcinek podróży. Pomyślałam sobie, że jeśli u Więcej niż jedna czytanka jest wspomnieniowo hiszpańsko, to i u mnie może. Kto chętny może sobie skakać z jednego bloga na drugi i zwiedzić kawałek kraju. U mnie Andaluzja u niej jakże odmienna Katalonia:)
No, ale moi drodzy do rzeczy. 

W poprzednim odcinku:
Państwo Antonikowie wypożyczyli auto w La Linea, wyruszyli szlakiem białych miasteczek. Zaliczyli miasto na skale Casares, na chwilę wpadli do Gaucin, po to by resztę dnia i kawałek wieczora spędzić w Rondzie.


Słowo się rzekło dzień następny (środa) u płota. Rozkład dnia ten sam. Pobudka, szybki bieg na taras z nadzieją w sercu, że może jednak basen uruchomiły krasnoludki, większą nadzieję bowiem pokładaliśmy z krasnoludkach niż w robotnikach. Tworzyli oni uroczy dodatek do krajobrazu (leżeli w cieniu), również zapachowy (rozleniwiający zapach pewnego zioła), po codziennej porcji basenowego rozczarowania, porcja śniadanka ze świeżo wyciśniętym sokiem pomarańczowym na czele, szybki prysznic i inne czynności (cicho sza) i wioo w drogę.
Tym razem kierunek przeciwny, nie w głąb kraju, a wzdłuż wybrzeża, nie góry, a woda. Słowem Cadiz albo jak kto woli Kadyks najstarsze miasto w Hiszpanii. GPS uparcie nas prowadził autostradą, a my chcieliśmy piękną trasą wzdłuż morza przechodzącego niepostrzeżenie w Ocean Atlantycki, konkretnie w Zatokę Kadysku. Z krainy słońca Costa del Sol przemieściliśmy się w Krainę Światła Costa del Luz. Oj luz to my mieliśmy!

W drodze do Kadyksu wiatraków mnogość:)

 zdjęcie robione z samochodu, podczas jego jazdy. Uchwycona chwila nieźle mi wyszła.

robią wrażenie majestatycznych, ale chyba nie z takimi wiatrakami się walczy w powiedzonku?

GPS swoje, my swoje. W końcu dostaliśmy się na tą piękną drogę. Zatrzymaliśmy wóz  w celu wysiąścia zeń i pójścia na plaże, ale tak szybko jak rozwarliśmy wrota Kijanki, tak szybko je zamknęliśmy, albo zamkliśmy, tak krócej, a zrobiliśmy to szybko i z impetem. Mało brakowało a drzwi wraz z naszymi kończynami górnymi wyrwałby potężny wiatr. Tyle było naszego rozkoszowania się przecudnej urody plażą i tyle naszego moczenia nóg. Wyszło jednak na GPS i wróciliśmy na autostradę, która to autostrada zawiodła nas wprost w objęcia miasta. Recz jasna zanim zaparkowaliśmy musieliśmy objechać całe stare centrum, co okazało się być dobrym ruchem, bo później przemieszczając się już na nóżkach wiedzieliśmy gdzie co jest. 

oj co to za sierotka siedzi na schodkach? Ja nie zbieram pieniędzy, ja tylko piszę smska, zapewne o tym jaki świat jest piękny, choć tego ludzkim głosem się przecież nie da przekazać:)

Siedząc na schodkach patrzę na...
Na tych schodach spożywaliśmy posiłek obiadową porą. Kuskus z warzywami. Ależ on, ten kuskus był pyszny! Kiedy tak pakowaliśmy kęsy raz za razem do naszych otworów gębowych z daleka dały się słyszeć dźwięki znajome i bliskie. Dźwięki te wydawali na harmoszkach dwaj cyganie (chyba).
i nie miałam halucynacji dźwiękowych. 

No dobra zjedli, kawę w knajpce wypili, ruszamy eksplorować miasto.
 Seria pt: "klatka wygląda tak..."
 w środku...
...i po zadarciu głowy. 
To jedyna podczas wędrowania klatka, która pozostała taka niewyremontowana i otwarta. Inne są wymuskane i zamknięte.
Życie...po prostu.

partyjka kości?
klasyczne zdjęcie na fejsa, yyy albo na bloga hihi
droga prowadzi do fortyfikacji obronnych miasta
Cadiz znajduje się na takim śmiesznym cypelku, na samym jego końcu znajduje się fortyfikacja.
Z murów obronnych ciągnących się do samej budowli skakały dzieciaki do wody. Nawet takie niewielkie. Ja nie mogłam na to patrzeć. Po jednej stronie była woda wzburzona, a po drugiej tej bardziej ludnej spokojna i dzieciaki z lubością przepływały pod mostem. Dżesus! Zawał!

Wracamy do miasta. A po drodze łódeczki i 
 i kermit:)
i zamek a na zamku księżniczka:)
 nogi mamy tak samo chude. Patyczaki dwa:)
 charakterystyczne dla Hiszpanii.
Ogród Botaniczny. Drzewko i ja:)
A tymczasem zmrok zapada w mieście Kadysk
 ledwo zdążyłam


 Jeśli kiedykolwiek będziecie w Kadyksie, to pamiętajcie żeby zwiedzanie fortyfikacji zsynchronizować z zachodem słońca. My na to nie wpadliśmy, ale tam w miejscu, z którego już dalej nie można pójść układające się na spoczynek słońce musiało robić WRAŻENIE!

Zmrok zapadł, wczesna noc nastała, a my wędrujemy po mieście uliczkami, włażąc w różne zakamarki. Trafiamy na placyki te mało uczęszczane przez turystów gdzie po jednej stronie na schodach siedzi młodzież.
 
  
A po drugiej grupka pań gra w jakąś grę planszową. To matki. Za zakrętem, za murkiem siedzi tyle samo ich małych odpowiedników płci żeńskiej także grających w swoją grę. Gwar, okrzyki radości co rusz rzucane to z jednej, to z drugiej strony murku. Jest godzina 22 nikt nie kładzie się spać. Po co, jeśli jest tak pięknie. Hiszpańskie dzieci muszą być szczęśliwie:)


  A nad wszystkimi czuwa tajemniczy pan na krzesełku. Nie wiem któż to, bo nie było żadnej tabliczki o tym informującej, ale miło mi się go głaszcze po policzku. Czyżby się na tą okoliczność ogolił?:)

architektura Kadyksu mocno się różni od białych miasteczek. Jest jakby bardziej kolonialnie.

I kiedy po przejściu kolejnych kilometrów wydawało nam się, że już wszystko zobaczyliśmy (a łaziliśmy bez mapki, tam gdzie nas nogi poniosą, intuicyjnie) nagle za zakrętu wyłonił się kolejny placyk, tym razem wielki, jakby główny. Ano dość główny, bo z ratuszem.

 ja lubuje się w robieniu zdjęć domom, uliczkom, placykom. Mąż poluje na ludzi...
 Na placyku życie trwa nieprzerwanie...dla wszystkich:)

Czas wracać, noc już nastała zupełna, czego w ogóle nie widać na ulicach. Ludzie spacerują, siedzą w ogródkach, jedzą, śmieją się. Miasto żyje! Ehhh. Wracamy wolno, wolniutko wdychając każdy zapach głęboko do płuc...przed nami 100km drogi powrotnej...w samochodzie gra nam:


 Smolik
Touch&Go
Muzyka na full, przed nami autostrady ciągnące się kilometrami. Wracamy i to jest MAGIA CHWILI.
Muzyka podczas naszego podróżowania zapomniałam Wam powiedzieć była jedną z  najważniejszych składowych, bo niewiele jest rzeczy na świecie piękniejszych od drogi, sprawnego samochodu i dźwięków wibrujących. W drodze do Rondy najpierw leciał Vivaldi, potem przez resztę drogi także tej powrotnej towarzyszyła nam płyta AIR. W środę mieliśmy już pełen zestaw płyt, nie tylko tych na szybko zabranych. Staraliśmy się by w każdej naszej małej podróży towarzyszyły nam inne dźwięki. Dzięki temu jak tylko usłyszę AIR z płyty, której nie znałam "Pocet Symphony".
 Air "Napalm love"

 znów będę w podróży do Rondy...a moc tej płyty jest taka, że z niczym innym mi się nie kojarzy.

Tak się kończy odcinek kolejny, w którym głównym bohaterem było miasto Kadyks. 

W następnym odcinku...

będzie czwartek:)

6 komentarzy:

  1. Az się cieplej robi. W Kadyksie nie byłam przy okazji zwiedzania Andaluzji, po zdjęciach widać trochę to inna Hiszpania od tej "górnej", więcej tu jakoś przestrzeni no i na pewno goręcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie jest cieplej, bo to już bardzo blisko do Afryki, na szczęście my trafiliśmy na niezłą pogodę bo jakiej 26/27 stopni. Chociaż nie, w Kadyksie było chyba 30. Tak, tam się nieco męczyłam, bo ja dużych upałów nie lubię:)

      Usuń
  2. Ale piękne zdjęcia! Cudownie jest móc tak podróżować! I powiem Ci nic mnie bardziej nie relaksuje jak słuchanie muzyki w drodze. Uwielbiam to. Muzyka na full, i fruu przed siebie:) I później te kawałki kojarzą się tylko z daną podróżą. To fajne jest - Włączasz płytę i przenosisz się w dane miejsca.
    Jak to napisał Alessandro Baricco - "Każda historia ma swoją muzykę".
    Pozdrawiam!
    Ps. Uwielbiam Air i Smolika. Już wiem że przez Ciebie ich płyty zdominują mój dzień:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak możliwość słuchania muzyki w podróży to wielka rzecz. Uwielbiam!

      Usuń
  3. Nadal zazdroszczę... Przeogromnie!
    Zdjecia śliczne, ale to już wiesz. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sama sobie zazdroszczę, chociaż jak patrzę na te zdjęcia to jakoś nie chce mi się wierzyć, że ja tam byłam:)

      Usuń