"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

sobota, 9 marca 2013

A się wkurzyłam! O "Syberiadzie polskiej" Zaorskiego słów kilka...a raczej potok słów.

Zastanawiałam się nad tym postem, zastanawiałam się czy jeśli buzują we mnie same właściwe złe emocje związane z tym obrazem, to czy warto to tak wylewać, czy nie lepiej pisać o czymś co zachwyca? Nie przeszło mi, więc może jak przeleję uczucia na wirtualny papier mi przejdzie:) A mowa o filmie, a mowa o filmie polskim, mowa o filmie, który miał być filmem arcyważnym nie tylko z nazwy, mowa o filmie, na który poszło strasznie dużo pieniędzy i ja się zastanawiam na co one te pieniądze poszły? A mowa o "Syberiadzie polskiej" pana Zaorskiego. 



Bardzo się na niego (na film, nie na Zaorskiego) cieszyłam, choć słowo cieszyłam nie jest specjalne adekwatne, bardzo więc byłam obrazu ciekawa, bardzo byłam ciekawa, jeszcze bardziej po błyskawicznym przeczytaniu książki Zbigniewa Domino o tym samym tytule (na postać Z.D niechaj spadnie zasłona milczenia-nie o nim to wpis). Książka była świetna, fantastycznie napisana,  historia sprawnie opowiedziana. Film nie jest wiernym odzwierciedleniem akcji książki, jest motywem, na którym została oparta opowieść filmowa. Wspólnym mianownikiem opowieści literackiej i filmowej są niektóre postaci. Przede wszystkim rodzina Dolinów. Jan, Antonina-to rodzice i dzieci Staszek i Tadzio, to zarówno w książce jak i w filmie rodzina, która jest niejako reprezentantem wszystkich rodzin będących w podobnej sytuacji. Rodzin, ludzi, którzy 10 lutego 1940, w mroźny przedświt (4 rano- to według naturalnego biorytmu człowieka pora, w której organizm jest w zupełnym uśpieniu, nie jest gotowy na jakiekolwiek działania. Jest wtedy także najbardziej wrażliwy i bezbronny) dostali 15 minut, przy odrobinie szczęścia 30 na opuszczenie swoich domów. Następne zostali zapakowani do bydlęcych wagonów i wywiezieni na Syberię. A podróż ich trwała wiele tygodni, a podróż ich przebiegała w warunkach delikatnie mówiąc urągających ludzkiej godności, jak i ich późniejsze życie na nieludzkiej syberyjskiej ziemi. O filmie i książce powiedziano już tak dużo, że nie podejrzewam żeby ktoś nie wiedział co jest głównym tematem.
 Pomimo mojej nieprzychylnej opinii (bo to przecież czuć, że przychylna ona nie będzie) na temat Syberiady Zaorskiego uważam, że i tak powinno się film obejrzeć choćby po to żeby pewne rzeczy odczarować, żeby o tym mówić, żeby temat narodził się nowo, a wraz z nim pamięć o tamtych wydarzeniach i o ludziach, którzy pozostali tam na końcu świata w zmarzniętej ziemi, a także i o tych, którzy sami mogą jeszcze dać świadectwo tamtych wydarzeń.  Pochylmy się nad nimi, bo pozostało im już coraz mniej czasu.
Ja świadomie przed filmem nie chciałam nic o nim wiedzieć, ani czy dobry, czy nie, ani kto kogo zagra (coś tam mi się obijało o uszy, ale starałam się być głucha), chciałam sobie sama zdanie wyrobić i Tobie drogi czytelniku odradzam czytanie jeśli filmu jeszcze nie widziałeś. Chyba, że jesteś ciekaw i na film i tak pójdziesz bez względu co ludzkość myśli (sugeruje jednak jakieś tanie środy, albo inną okoliczność łagodzącą ból portfela), albo zdecydowany jesteś nie pójść choćby nie wiem co.

To nie jest recenzja i nigdy ten tekst recenzją nie będzie, nie rości sobie on żadnych do tego pretensji. To luźny, wartki lub mniej wartki strumień nieprzychylności, oraz zarzutów. Gotowi?:)

Zacznę od obsady.
Woronowicz-Jan Dolina. Bardzo na niego liczyłam. Uwielbiam go bezdyskusyjnie. Jego postaci są zawsze pełne i kompletne. W wypadku Syberiady nie uwierzyłam mu. Nie jestem krytykiem (takim domorosłym, co to się pastwić lubi owszem), więc nie potrafię powiedzieć co było nie tak. Grunt, że mu nie uwierzyłam. Proste.
Grabowska-Antonina niewiele miała do zagrania. Z kart książki również szybko zgarnęła ją pierwsza fala tyfusu
Staś i Tadzio. W filmie chłopcom przybyło lat kilka. Tadzio miał w książce 4 latka, a Staś chyba jakieś 9/10 lat. Ten zabieg odebrał tym postaciom dramaturgię i niemożność obserwowania ich dorastania. Na pierwszych stronach powieści Staszek jest dzieciakiem, na końcu staję się młodym mężczyzną. Film otwiera scena pocałunku, a Staś wygląda na ostatnie klasy dzisiejszego gimnazjum. Tadzio postarzał się o 4 lata. W filmie mijają lata, a tych lat mijających nie widać. Nikt nie rośnie, nikt się nie starzeję. Cud natury chyba.
Bohosiewicz- Irena Puc. O tak Sonia jest chyba najbardziej krwistą postacią, najpełniejszą. Stanowczo miała najwięcej do zagrania i nie zatrzymała się w pół drogi. Jest jej więcej w filmie niż w książce. Z korzyścią dla filmu.
W filmie pojawia się jeszcze Więdłocha w roli Cyni, która niestety gra dokładnie tak samo jak w "Czasie honoru". Już nie wiedziałam co oglądam.
Peszek jako Korniłowicz- na Peszka się zawsze miło patrzy, choć mnie nie przekonał.

A co do akcji, klimatu, wiarygodności, odzwierciedlenia warunków panujących w obozie dla przesiedleńców i w ogóle na Syberii, to powiem tak, że czytając książkę (zazwyczaj w łóżku, obok polegującego męża), to czułam tę mękę podróży, ten ścisk, ten smród, czułam głęboki smutek czytając o rozpaczy matek, które straciły malutkie dzieci, czułam zimno czytając o -40 stopniach czułam ból mięśni ścinając razem z bohaterami drzewo w Tajdze, czułam nieludzkie zmęczenie i strach. Ja po prostu CZUŁAM! i byłam głęboko wdzięczna losowi, że mogę sobie leżeć w ciepłym łóżeczku obok ukochanego męża i mogę w każdej chwili wstać i pójść coś zjeść. Zbigniew Domino wcale, a wcale nie zalewał czytelnika jakimiś strasznymi opisami, skupiał się przede wszystkim na codziennym życiu, a cała ta straszność przelewała się przez karty powieści tak pomiędzy słowami. To po prostu tam było. W filmie tego nie było. Nie poczułam, że podróż trwała 40 dni i składała się z kilku etapów, w tym wiele dni saniami.  Patrząc na zimę widziałam naszą polską zimę. Ot mroźno. Ot baraki jak baraki wiadomo salony to to nie były, ale aż tak strasznie to też nie było. Jeśli można się spokojnie rozebrać do halki i położyć spać to chyba było tam całkiem całkiem.  (sceny kręcone pod Warszawą-to niestety czuć, oj bardzo). Nasi bohaterowie mieli dużo szczęście, bowiem na nich już baraki czekały. Wszystko było zorganizowane i przygotowane na przybycie zesłańców.

"Deportowani cierpieli co najmniej tak samo, jeśli nie bardziej niż ich krajanie wysłani do obozów pracy. Ci, którzy znaleźli się w obozach, przynajmniej codziennie dostawali chleb i mieli gdzie spać. Zesłańcy zwykle nie mieli ani jednego, ani drugiego. Często wyładowywano ich w środku dziewiczych puszczy. Pozostawiano ich samych sobie bez środków do życia...
W archiwalnym raporcie  z grudnia 1941 czytamy o przesiedleńcach żyjących w zatłoczonych barakach: panuje w nich brud, przez co wzrasta zachorowalność i śmiertelność zwłaszcza wśród dzieci. Większość przesiedleńców nie ma ciepłych ubrań i nie jest przyzwyczajona do zimna...
Z zapisków wynika, że przez kolejne miesiące i lata cierpienie stawało się coraz bardziej dotkliwe"
"Gułag" Anne Applebaum

 No dobra jedzą kaszę i jakieś wodniste coś ale o tym, że dzieciaki zajmowały się zbieraniem traw i korzeni (szpinak to już szaleństwo kulinarne) i z tego gotowały zupę, jeśli siłę na to miały, to już się w filmie nie wspomina.

"Chłopiec w wieku lat 13 Polak, pisał o swoim zesłaniu, w następujących słowach:
Nie było co jeść, ludzie jedli pokrzywę i puchli od tego, i pojechali na tamten świat. Do szkoły rosyjskiej gnali przymusowo, bo nie dawali chleba, gdybyś nie poszedł do szkoły..." 

W filmie wszyscy mieli gęby (za przeproszeniem) pełne zębów, wszyscy (po latach) nawet mieli niezniszczone specjalnie ciężką pracą dłonie, nieodmrożone nogi i ręce i buty nawet mieli. A kto to widział nogi szmatami obkręcać? Nikogo nie gryzły wszy ani pluskwy. Muszki były co prawda uciążliwe, ale wystarczyło posmarować się specjalną mazią i wszystko było ok. Woronowicz powrócił z miesięcznego spływu beli drewna nieco tylko bardziej zarośnięty. O czym żeby nie było co do tego wątpliwości oznajmia  synowi słowami: "zarosłem synku, zarosłem". Rany! Zesłańcom praca zajmowała większość czasu i była ponad siły. W filmie chodzą po prostu do pracy.

"Przyjechaliśmy na posiołek to na drugi dzień popędzili nas do pracy. Trzeba było pracować od świtu do nocy...ludzie z głodu umierali. Jedli zdechłe konie. Tak pracowała moja mamusia i przeziębiła się."
 "Gułag" A.A
 
Jedna scena pokazuje co system totalitarny może zrobić z człowiekiem to scena z Janem Peszkiem, który odnaleziony po długim czasie nie chcę spojrzeć na nigdy nie widzianego wcześniej wnuka, bo on chcę już tylko JEŚĆ. Była taka scena, ale jedna scena dobrego filmu nie czyni. Owszem był tyfus, owszem był kadr pełen krzyży na cmentarzu. Ale to były tylko obrazki. Ruscy też jakoś specjalnie źli się nie wydawali. Ot trochę świnie. Podczas czytania tekstów o troskliwym Związku Radzieckim, który się obywatelem każdym zajmie trafiał mnie szlag i słowa niecenzuralne na usta się cisnęły. Filmowi przedstawiciele władzy sowieckiej grozy mojej nie budzili jakoś specjalnie. Słowem dostałam na twarz widza uładzone do granic możliwości obrazki, takie trochę serialowe obrazki, klimat telenoweli. I nie myślcie sobie, że tylko ja miałam porównanie do serialu (nie najwyższych lotów), współtowarzysze mojej kinowej niedoli także. Powiem więcej, że to ja na początku broniłam filmu, to oni nazwali to trochę telenowelą. Ja miałam widać jakieś zaćmienie i spóźniony zapłon. Ale jak się potem zezłościłam...to widać działa jeszcze dwa tygodnie potem.

 Dla widza nieczytającego książki niektóre sceny były zupełnie nieczytelne. Najbardziej ta, w której Woronowicz idzie do wioski Buriatów po jedzenie. Jak on tam idzie, jakim cudem o nich wie. I co? tak sobie wraca? Ta scena chyba została nakręcona po to żeby można było się przelecieć helikopterem nad Tajgą i żeby Woronowicz mógł trochę sobie w śniegu pobrodzić. To jedna z nielicznych scen nakręconych w naturalnych warunkach, jednak pomimo starań nie zrobiła na mnie wrażenia. Tak wiem Zaorski chciał pokazać los człowieka, los jednostki, bez wplątywania go w wielką politykę i historię. Ale bez tego tła nie da się prawdziwie opowiedzieć o tamtym czasie. "Życie w obozach do pewnego stopnia odzwierciedlało życie w całym Związku Sowieckim" A.A Gułag, Brakowało mi pewnych informacji, w jakiś sposób zaznaczonych w filmie. Bo niby dlaczego nagle nastała amnestia? bo co władza radziecka taka dobra, że zwalania przesiedleńców? Moi współtowarzysze nie wiedzieli, że to chodziło o Sikorskiego, nie wiedzieli także dlaczego nagle po jakimś czasie Polacy znów byli kolokwialnie mówiąc nie mile widziani  (tu chodziło znowuż o Andersa), nie zaszkodziłaby ta odrobinka wiedzy. W scenie, w której kilka osób wywożono z obozu za karę koleżanka mnie zapytała: gdzie oni ich wiozą? jakie jest jeszcze gorsze miejsce od tego obozu? Przydałaby się informacja. że jest wyżej jeszcze NKWD (z którego siedzibt nie wchodzi się i nie wychodzi, tak po prostu, tak jak główny bohater), że Syberia się ciągnie i ciągnie tysiącami kilometrów, że są na jej terenie jeszcze straszniejsze obozy, że tam jest  jeszcze cięższa praca w kamieniołomach, że jest jeszcze cały system GUŁAG-ów. Nie oczekuje brutalnych scen, nie oczekuje strzału między oczy, ale nie ma we mnie zgody na tak ugrzeczniony, uładzony obraz syberyjskich obozów.  Do tego scenariuszowa dziura na dziurze.
Wiadomo, że jakoś trzeba było się nauczyć tam żyć. Nikt nie wiedział kiedy i czy w ogóle wróci się do kraju. Ludzie się zakochiwali, życie się normowało w wędrówce z miejsca w miejsce, dzieci się rodziły. Ot codzienność. Bo wprawdzie ludzie ludziom zgotowali ten los, to i ludzie ludzi bardzo potrzebowali. Dbali o relację, pomagali sobie wzajemnie (nie wszyscy, wszak wiadomo, że człowiek człowiekowi człowiekiem). Jednak jeśli ja dostaję od reżysera taki gładki obrazek Syberii i warunków tam panujących, a do tego jeszcze wynikające z prawdziwych przekazów piękne historie o zakochaniu i wzajemnym pomaganiu, to ja tego nie kupuje, ja tego nie biorę. Po prostu.
Nie wiem dlaczego Zaorski zdecydował się na tak poprawny (politycznie?), tak uładzony, nieco banalnie opowiedziany, zupełnie bez pazura film. Nie wiem. Może żeby szkoły w ramach lekcji historii waliły na seanse. Nie wiem może nie chciał młodzieży przestraszać? Ok niechaj sobie szkoły choćby i ramach lekcji historii na "Syberiadę polską" chodzą, ale pod jednym warunkiem! Po seansie OBOWIĄZKOWO dodatkowa godzina (tfu kilka godzin) historii. Poprowadzonej rzetelnie i fachowo. Z dostępem do innych źródeł, do autentycznych przekazów. Bo gdybym ja nie wiedziała nic o tamtych strasznych czasach, gdybym nie interesowała się choć trochę tematem, gdybym wcześniej nie czytała książki, to jaka byłaby moja wiedza? Oto co zobaczyłam w kinie, o to co poczułam: Syberia nie była aż taka straszna, warunki nie były wcale nieludzkie, a praca ponad siły, z nadzorcami dało się dogadać, tylko czasem się trafiła jakaś świnia. Ogólnie trochę kiepsko, ale da się przeżyć.

To nie jest aż tak strasznie zły film, to się nawet przyjemnie oglądało (czy to miało mi się przyjemnie oglądać?), dopóki nie zaczęło wiać nudą. Bo i po dwóch godzinach nie było we mnie ciekawości ani grama. Mogłabym powiedzieć, że napięcie opadło pozostała wypalona pustka. Gorzej. że nie bardzo miało co opadać (chyba, że ręce). Nie to nie jest aż taki strasznie zły film. To jest film do bólu przeciętny. No nie jednak to jest do bólu przeciętny i chyba jednak bardzo kiepski obraz. Po cóż ja próbuje go bronić? Skąd tyle we mnie żalu i goryczy? Ten arcyważny temat zasługiwał (i nadal zasługuje-liczę,  że tak się stanie) na obraz najwyższych lotów, na obraz wybitny, na obraz głęboko zapadający w pamięć, w serce i w duszę.
PANIE SMARZOWSKI! A MOŻE ZARAZ PO FILMIE O WOŁYNIU FILM O SYBERII? PANU UFAM:)

p.s
Kilka dni po seansie miałam okazję obejrzeć drugi odcinek serialu o Annie German (rewelacyjnego zresztą!, póki co)  i tam była scena idealnie oddająca strach przed jakimikolwiek pytaniami, przed obcymi. Główna bohaterka szuka swojego męża, przybywa do kolejnego miasta i szuka siedziby NKWD. Pyta ludzi na targu gdzie ta siedziba się znajduje. Nikt nie chcę jej udzielić informacji, odganiają ją od siebie, krzyczą, że jest wariatką, samo pytanie o NKWD budzi grozę i sprawia, że sam pytający staje się zagrożeniem. Mocna scena, bez grama przesady, bez grama brutalności. Można panie Zaorski? MOŻNA!

Aj wstyd! taki temat, tyle ofiar, tyle historii i takie dziurawe wypracowanie. ehhh

21 komentarzy:

  1. Przeczytałam wnikliwie, by utwierdzić się w przekonaniu, że Sybiracy na inny film czekali.
    Potwierdzam, że uczniowie wypełniają sale kinowe, a na dodatkowe lekcje objaśniające czy dyskusyjne po projekcji nie ma co liczyć. Zgodnie z reformą w gimnazjum wszedł obowiązkowy test z historii i teraz będzie się uczyć "pod testy", czyli wkuwanie i próbne sprawdziany, a nie myślenie. W ogóle myślenie dzisiaj nie jest mile widziane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja koleżanka po seansie rozmawiała z panem, który siedział nieopodal. On był tam jako młody chłopak. Pomimo tego, że był filmem mocno rozczarowany przeżył go bardzo. Ja najbardziej zazdroszczę, że ta koleżanka miała szansę porozmawiać z nim. Ta rozmowa nadała sens temu pójściu do kina.
      Jakże się cieszę, że dane mi było uczyć się jeszcze w miarę normalnej szkole:)

      Usuń
  2. Rzadko trafiam na tak pełne recenzje. Przyzna szczerze: zaczytałam się w Twoim tekście. Książkę czytała jakiś czas temu i bardzo mi się podobała. Filmu, po Twojej recenzji, nie zamierzam oglądać. Byłby stratą czasu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje bardzo za to Twoje zaczytanie. Czyli warto było to z siebie wyrzucić. Nie chcę nikogo ani zniechęcać, ani namawiać do filmu, choć tak nieprzychylna opinia ma i takie konsekwencje:)

      Usuń
  3. To smutne, co tu przeczytałam i o filmie i o szkole. nawet nie docierają z programem do II wojny światowej... I potem Powstanie styczniowe myli się z Warszawskim, itp., itd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smutne, smutne bardzo. Cieszę się, że było mi dane uczyć się jeszcze w 8 klasowej podstawówce i zdawać starą maturę:)

      Usuń
  4. Wymigujesz się, że to nie jest recenzja, ale jest, i to znakomicie napisana i skomponowana! Wspaniale, że swoje wrażenia skonfrontowałaś z książką Applebaum.

    Cóż, musimy dalej czekać na film prawdziwie wartościowy pod każdym względem. Też mi się chce tak jak Tobie krzyczeć i apelować do filmowców o poważne potraktowanie tej tematyki, i to drobiazgowo, bo każdy szczegół jest ważny. Filmu nie widziałam i mimo że u Książkowca napisałam, iż go zbojkotuję, zastanawiam się jednak, czy nie zmienić zdania i go jednak obejrzeć, aby samemu wyrobić sobie opinię i skonfrontować swoją wiedzę zaczerpniętą z książek z obrazem filmowym.

    Smarzowski kręci film o Wołyniu? Nie wiedziałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje Beato za takie budujące słowa. Nie chcę tego nazywać recenzją, bo chyba one te recenzje podlegają jakimś zasadom (czy coś) i pewnie nie skupiają się tylko na negatywnych aspektach filmu/książki. Nie znam się na tym. Wylało mi się. Ot co:) Film obejrzyj. Może jakieś tanie bilety, albo na kompie. O tym,że Smarzowski będzie kręcił film o Wołyniu przeczytałam jakiś czas temu w wywiadzie z nim w Przekroju. Bardzo mnie ta informacja zelektryzowała:)

      Usuń
  5. Znakomicie opisałaś ten film. Nawet już nie będę myśleć, by chcieć oglądać;)
    Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obejrzeć można, ale nie w kinie, nie za takie pieniądze. Na kompie z możliwością przewinięcia, bądź wyłączenia jak najbardziej:)

      Usuń
  6. film już widziałem, ale notki jeszcze nie napisałem, może nie jestem aż tak krytyczny, ale wychodziłem z jakimś dziwnym poczuciem, że czegoś mi tu brakowało. Nie czytałem książki, o autorze sporo w tej chwili w sieci negatywnie, aż żal że nie wzięto na warsztat innego materiału i nie zrobiono tego inaczej - bano się ostrych obrazów? Kontrowersji? Martyrologii (w tej chwili gdzie się nie obejrzysz trolle które mówią dość historii, łez, rozpamiętywania, patriotyzmu, ofiar, oni są kosmopolici, nowocześni Polacy i chcą jedynie rozrywki albo "odbrązowiania" bo to im się podoba)). Nieważne co było przyczyna, ale film niestety trudno uznać za bardzo dobry, dla mnie jest przeciętny, a szkoda bo na podobny temat teraz pewnie znowu pewnie będzie długa cisza (bo już wszystko powiedziano)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem ostatnio bardzo krytyczna w ogóle. I trochę mnie ten mój krytycyzm męczy:) Mój nerw na film rósł sukcesywnie z godziny na godzinę, z dnia na dzień. Zaraz po seansie nie byłam aż tak mocno cięta. Owszem nie przeżyłam żadnych emocji podczas oglądania, ale też nie było tak źle. Dopiero potem jak poczytałam komentarze na temat filmu, te chwalące film, że w końcu ktoś powiedział prawdę o tym temacie i takie tam. No to szlag mnie trafił. Świadomie pominęłam postać autora książki, bo nie o nim był post. Poza tym staram się nie zapominać o tym ile dobrego ile ważnych emocji dał mi tekst. Właśnie boje się, że już teraz żaden film nie powstanie na ten temat, bo tak jak mówisz już wszystko powiedziano:( Szkoda takiego tematu.

      Usuń
  7. Wszystkie części Syberiady przeczytałam kilka razy. Czekałam na film, na te wielkie sceny kręcone w naturalnych warunkach, a nie w lesie pod Warszawą, który ma udawać tajgę; na ważny historyczny obraz. Po Twojej recenzji ( świetnej!) poczekam jednak, aż film pojawi się w sieci. Nie zrezygnuję jednak całkiem z jego obejrzenia, gdzieś głęboko tli mi się jakaś iskierka nadziei, że może piszesz o zupełnie innym filmie, bo to przecież niemożliwe,żeby do tego stopnia zepsuć taki materiał!!!! Dlaczego właściwie nie kręcił tego Smarzowski?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cholipka wcięło mi odpowiedź na Twój komentarz. No to jeszcze raz. Mam nadzieję, że film obejrzysz. Nie moim celem było zniechęcania do nieoglądania:) Ale faktycznie jakbym sama przeczytała taką opinię, to siłą by mnie nikt do kina nie zaciągnął:) Rany jakby Smarzowski się za ten temat zabrał to byłoby KINO. Dobre pytanie dlaczego nie on.

      Usuń
  8. A kto powiedział, że prawo do nazywania swojej opinii recenzją mają tylko ludzie po odpowiednich fakultetach?
    To jest RECENZJA przez wielkie R, bo bardzo emocjonalna i wyczerpująca wszystkie aspekty.
    Nie zniechęciłaś mnie do obejrzenia filmu, wręcz przeciwnie, co oczywiście nie znaczy, że dzięki Tobie nie przeżyję rozczarowania, bo jakby nie było uprzedziłaś mnie czego mam się spodziewać.

    A tak zupełnie na marginesie dodam, że historyczna ignorancja zaczyna dopadać osoby zdawałoby się "historycznie świadome", co mnie śmiertelnie przeraża. Natomiast polityczna poprawność brzydzi mnie nie mniej niż historyczne pieniactwo. Trudno mi dogodzić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje Ci za te piękne słowa. Aż urosłam:)
      Cieszę się, że obejrzysz film, bo tak jak napisałam nie było moim celem zniechęcanie do obejrzenia. Lojalnie ostrzegłam:)
      Rozumiem te Twoje "niedogodzenie":)

      Usuń
  9. a to się załamałam. Oczekiwałam ogólnego poruszenia tematem i dobrego filmu. Może on go tak długo kręcił, ze powietrze uszło i nie dał rady go zrobić dobrze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najsmutniejsze jest to, że nie ma żadnego poruszenia tematem, co najwyżej poruszenie negatywne kiepskim filmem. Szkoda. Wielka szkoda! Nie wiem dlaczego nie wyszło. Ja mam wrażenie, że nie tyle mu zeszło powietrze, ale nie wiem się przestraszył. Bo to było takie bez pazura, bez mocy, bez charakteru. Może i były dobre momenty, ale ja nie tego oczekiwałam. Oczekiwałam poważnego podejścia do tematu i do samego filmu, jako opowieści, a dostałam taką szkolną pogadankę:(

      Usuń
  10. Nadal mam ochotę na film, tylko mam nadzieję, że wcześniej uda mi się dorwać książkę.
    A Smarzowski ze wszystkiego zrobiłby świetny film. ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Książka genialna, film.. no cóż. Ale ma dwa plusiki. Pierwszy to muzyka. Jeżeli jest coś dobrego w tym filmie, to muzyka. A drugi plusik za Bohosiewicz i wątek Ireny - jedyny wątek pokazany pod początku do końca, bez wycinania ważnych faktów. I Irena fantastycznie zagrana. Poza tym film jest niespójny i pomija ważne wątki - gdybym nie czytała wcześniej książki, to nie wiem czy bym w ogóle zrozumiała o co chodzi, chociażby po co Woronowicz przez tę rzekę i śniegi do wsi lezie :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz tak bardzo byłam rozczarowana filmem, że w ogóle nie zwróciłam uwagi na muzykę. A Sońka i jej postać to faktycznie najpełniejsza rola w całym filmie. Musiałam tłumaczyć osobom, z którymi byłam na seansie, a książki nie czytali niektóre wątki. Najbardziej mnie Woronowicz rozczarował aktorsko. Szkoda!

      Usuń