"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

poniedziałek, 23 września 2013

Chorwacjo maaaa! Rozdział pierwszy "Początki".

WSTĘP

Relacja była pisana od czwartku 19.09 do poniedziałku 23.09 nieprzerwanie i codziennie. Postanowiłam wykorzystać fakt, że jeszcze mam kilka dni urlopu i zapisać wszystko teraz od razu, póki jest czas, póki niesie mnie fala, póki mnie nie dopadnie to zwykłe, pourlopowe życie. Będę umieszczać po troszku, bo jest tego sporo. Nie oczekujecie chyba zwięzłej, suchej relacji co nie?:)

START:

Jest godzina 9 rano. 19 września.  Leżę w wyrku, jeszcze coś tam mi się majaczy pod powiekami. Słyszę jak mąż się krząta, znosi wszystkie graty z auta. Boje się pomyśleć jak teraz wygląda nasz tzw. salon. Skrzynki z ubraniami, namiot, śpiwory, koce, skrzynie z garami. Rany! Nie! Ja nie wychodzę dziś z sypialni. Tam jest apokalipsa! Zamykam oczy i widzę turkus wody i jakieś uliczki, kamieniczki z latarenką. Zaraz, zaraz ja tam byłam jeszcze dobę temu? Ja byłam w Chorwacji. Byłam tam i wróciłam? Juuuuuż?! Niemożliwe!

No ale od początku, bo przecież zaczęłam od końca, czyli od dziś 19.09. Po godzinie 1 w nocy po 17 godzinach podróży wylądowaliśmy w domku. Z okolic Sibenika do Zielonej Góry pokonaliśmy około 1400km. Ejże miało być od początku! Jeszcze nie. Jeszcze chwilka. Siedząc sobie w drugi dzień pobytu wpadłam na pomysł żeby zapisywać wszystko co się dzieje w tablecie. Opisywać każdy dzień w czasie rzeczywistym i tą opowieść zamieścić tutaj. Tak trochę na żywo, a nie na żywo. Uzupełniłam więc opis podróży i pierwszej nocy i tak opisałam jeszcze ze dwa dni. A potem tablet się zbuntował i radośnie wrócił do ustawień fabrycznych i wszystko co napisałam poleciało w kosmos.

No dosyć tych przydługich wstępów start!
.
Zakupy zrobione, sprzęt namiotowy sprawdzony, gwoździe w torbie... JEDZIEMY!

 skrzynki! Polecam skrzynki. Świetny patent na porządek.
Poniedziałek 2.09

Wstaliśmy o 4.30 rano. Tak żeby spokojnie zjeść śniadanko, wypić kawkę. Słowem na luzaczku. Wszystkie graty już w autku czekały na nas. Cztery skrzynie z ubraniami, ręcznikami i butami. Do tego wielka skrzynia z garami, talerzykami, kubkami, oliwą, słoikami itp., itd. i mała skrzynka na rzeczy podstawowe, czyli wszystko to co na szybko trza mieć pod ręką. Nie wierzyłam, że się zmieścimy. A jednak po złożeniu foteli nasza foczka (Ford Focus) zapełniona po brzegi gotowa była do drogi. Powiem Wam, że wybór daty na początek był smakowity. Jest w tym jakaś ludzka złośliwość. W Trójce co chwilę była mowa o początku nowego roku szkolnego. Napływają listy rodziców i młodzieży, że oni nie chcą do szkoły. Redaktorzy wspierają jak tylko się da. A my? A my zaczynamy urlop, my zaczynamy naszą wyprawę. Trochę nam jest szkoda tych wszystkich nieszczęśników bieżących do szkół. Tych dużych (nauczycieli) i tych małych ich uczniów, ale bez przesady. Złośliwie się też uśmiechamy pod noskiem mijając biało-granatową brać zbierającą się pod szkołami, które mijamy. Aj aj aj jak mamy fajnie!
Plan jest by zjechać z góry (no nie z samej góry z okolic Splitu) na dół. Taka objazdóweczka. Po drodze wyspa Hvar.


 Jedziemy!

(Wtrącnik: łatwiej jest mi pisać w czasie teraźniejszym tą relację. Pozwolicie, że w tym właśnie czasie będzie ona czyniona. Szkoda, że faktycznie powinna być już pisana w czasie przeszłym, bowiem piszę ją w tej oto chwili już z własnej kanapy kilka godzin po powrocie....buuu)

Nie spieszymy się. Nie goni nas żaden termin. Nie mamy ustalonej daty powrotu. Nie musimy starać się dojechać jak najszybciej, bo dni uciekają. Słowem wolność! Jedziemy, jedziemy, jedziemy. Prowadzi nas GPS i Krzysio H. jakże on nas prowadzi! Nie można mu zawierzać. Omija wszystkie główne drogi. Fan polskiej prowincji czy jak? W związku z tym z kraju wyjeżdżaliśmy prawie 5h. To chyba rekord. Trasa Zielona Góra-Jakuszyce jest piękna, ale nie wtedy kiedy bardzo chce się już własny kraj opuścić!
 W końcu Czechy. Śniadanko gdzieś kawałek za granicą państwa. Zimno i wieje. Brrr! Krążymy po Harrahovie i okolicznych miejscowościach, bo Krzysio ma problemy sam ze sobą chyba i nie może nas wyprowadzić na autostradę. Nic to jest dobrze. Słuchamy czeskiego radia rozczulając się językiem sąsiadów. Vondraczkowa śpiewa. Mówią też coś o Nohavicy. Mrrr. Nie doczekujemy się go więc włączamy sobie płytę. Jest błogo, jest pięknie! Już lecimy na autostradzie. Jedziemy, jedziemy i nagle się sprawna jazda kończy. Remont autostrady. Niby cztery pasy, ale stan nawierzchni nie pozwala na dobrą jazdę. A winieta zapłacona. Za co?No nic to. Nie mamy na to wpływu jedziemy dalej. 
Mijamy Pragę i Bratysławę (najchętniej bym  w tych miastach się zatrzymała). Robi się coraz później. Już Węgry. Oczywiście słuchamy radia węgierskiego. No to jest odlot.

video
 wiadomości po Węgiersku. Natychmiast chcieliśmy obejrzeć skecz Mumio. Choć Udzio!
Póki co jeszcze nie odtwarza. Może musi przejść jakąś weryfikację?
 
 Mijamy kolejne zjazdy do miast o nazwach nie do wypowiedzenia.


 Meges, tegesz, szmeges. Polak Węgier dwa bratanki.
 Zamierzamy spać w drodze. Kolega męża polecił nam camping nad samym Balatonem w miejscowości Zamardi. Musimy więc zjechać z autostrady. Nadchodzi wczesna pora wieczorowa. Mapa pokazuje jakieś ogromne ilości km do przejechania. Robi się nerwowo i ciemnawo. Musimy dojechać do miejscowości Veszprem stamtąd mapy pokazują jeszcze jakieś 300km!

 Daleko jeszcze???

 Jakim cudem? Mi opadają ręce. Kontaktujemy się z owym kolegą, który wyjaśnia nam, że od Veszprem do campingu to już tylko kilkanaście kilometrów. Ufff jesteśmy więc już blisko. Jedziemy, jedziemy zmrok zapada. W końcu jest zjazd z Zamardi na Tihany prosto, prosto i jest nasz camping. Mija 13 godzina podróży. 


No ale moi drodzy jaki to jest camping! Jest godzina po 20, ciemno i zimno niemożebnie. Na polu niewiele jaśniej. Kilka namiotów i camperów. Rozbijamy się w blasku świateł z autka. Parcele super. Wydzielone niskimi krzaczkami. I to cały plus tego campingu. Idę siku. I już wiem, że każdorazowe moje siku będzie szybkim siku. Kabin WC dość dużo (dwa pawilony duże. Oddzielnie dla pań i panów. Wygląda nieźle). Nie bardzo brudne, ale wystarczy podnieść głowę by ujrzeć nad sobą (na szczęście wysoko bo to stromy strop) różnej maści pająki. Zasadniczo się ich nie boję aż tak bardzo, ale takich z dużymi dupami i nogami kilometrowymi to już jednak niekoniecznie. No i ich ilość. W życiu nie widziałam takiej ilości i tylu odmian tych stworzeń! Brrr Kładziemy się w naszej namiotowej rezydencji. Nie wierzę, że leże. Cały czas wydaje mi się, że nadal jesteśmy w drodze. Śpię i mam tylko senną nadzieję, że żadna potrzeba fizjologiczna mnie nie zmusi do odwiedzenia mieszkańców budynków sanitarnych.

Wtorek 3.09

 Wstajemy trochę po 7 godzinie. I w blasku dnia (nie, nie słońca) widać ukryte „piękno” campingu. Z lewa wali śmietnikiem. Przepraszam całą rodziną wielkich śmietników, pełnych wszelakiego wątpliwego dobra. Ło jery. W końcu rzeczywistość zmusza mnie do odwiedzenia miejsca, do którego król chadzał piechotą. Zakładam kaptur przeciwdeszczowej kurtki (zapomniałam dodać, że w nocy padało), wpadam do kabiny, wykonuje ekspresowy sik (nieopatrzenie wchodząc spojrzałam do góry. I one już wstały. Dziń dobry!) i wybiegam. 
O prysznicu nie ma mowy. Natrysków dość dużo i może nawet trochę mniej w nich pająków. Widać wyznają zasadę, że częste mycie skraca życie. Jako i ja w tym dniu. Mąż idzie się umyć. Twardziel! No dobra toaleta poranna dokonana. Czas na śniadanie. Rozkładamy stolik i krzesełka.  Wybór jedzenia jeszcze duży. Robimy także herbatę i kawę do termosów. Kilka godzin później napijemy s cudownie zimnej kawy i herbaty. Mąż wspaniałomyślnie wsadził oba termosy do torby termicznej razem z kiełbasą. No świetnie. To później. A tymczasem wychodzi słońce i dopiero teraz widać jak blisko jest Balaton barwy zielonej. Jest tuż tuż. To ładny widok. Krótko to piękno trwa, bo znów nadchodzą chmurzyska. Jemy śniadanko. To znaczy mąż je. Ja tańczę z kanapką. Wiecie przecież, że mam owadzią fobię. Fobię, ze szczególnym uwzględnieniem owadów typu OSA. Nie nie jestem uczulona. Tak mam i już. A nad Balaton zleciały się chyba wszystkie osy z okolicy. Nie wiem czy one się zmawiają, że ja już jestem i można wleźć mi na kanapkę? Pewnie odpowiedź jest bardziej banalna. Pewnie mieszkają w śmietnikach. A duże i pełne mają rezydencję! Tak więc tańczę i słabo się najadam. W końcu ląduje w namiocie a mąż podaję mi kanapki przez mały otworek w wejściu. W siatce konkretnie. Ten patent będzie jeszcze kilka razy uskuteczniany.

Nasz pierwszy. Na szczęście chwilowy domek:)

Korzystamy z dziury w chmurach i idziemy nad Balaton. Wieję potężne wietrzycho. Trochę urywa nam głowy. Robimy zdjęcia. Szczególnie fotogeniczne okazują się kaczki, które zajadają łapczywie rzucany przez nas chlebek. Jest walka, bowiem i wielkie mewy też chcą coś zjeść. Słowem się dzieję!


 Ale jestem śliczną kaczką:)

 Duża konkurencja do jedzonka. Trzeba się zwijać. Hitchcockowska mewa już jest!
 Wieje tak mocno, że mewy fruwają do tyłu i na boki. Wyglądają jak na sznurkach! Poważnie Hitchcock na żywo!




O taki Balaton!






Mieszkali my pod ósemką.


Zwijamy domek i wywiewa nas z campingu. Płacimy 14 eurasków za naszą dwójkę i jedziemy dalej. Reasumując campingu nie polecam. Może w pełni sezonu, w pięknie pogody jest lepiej. Nie wiem, nie wnikam:)

Jedziemy, jedziemy robi się coraz cieplej. Jeszcze jedna węgierska zatrzymanka na drugie śniadanko. Zjadam w autku. Osy przyleciały za mną. Ten sam system karmienia tyle, że przez lufcik w szybce. 

 Tak jem w aucie!
 Gorąco i duszno, ale nie oddam mojego posiłku osom!

Zaczyna się robić coraz cieplej. Powoli zaczynamy się rozdziewać.

 Kochani skarpety w dół!

 Skrzynki zamiast waliz okazują się bardzo przydatne. Szybko i sprawnie znajdujemy lżejsze ciuszki i sandałki. Jedziemy autostradą. Mijamy na drodze kilka samochodów z polskimi rejestracjami. Mrygamy do nich porozumiewawczo. Na tej chorwackiej autostradzie już co drugie auto jest polskie i mryganie przestaje nas bawić. Jest już zupełnie ciepło. Mrrr po prostu pięknie!. Do zjazdu na Split płacimy razem 27 eurasków. 

Mijamy pierwsze chorwackie widoczki

 Aj tam taki sobie widoczek!
W okolicy 19/20 godziny dojeżdźamy do pierwszego miejsca docelowego Kastel Stari (to system kilku miasteczek o nazwie Kastel...) Miejscówka między Splitem a Trogirem.

Polecany na forum cro.pl (obczytane przeze mnie na lewo i prawo) camping Bilus. Maluchny, kameralny, cudownie pustawy. Jednym spojrzeniem można ogarnąć całość. Na polu ze dwa jeszcze namioty i z cztery camperki. 

 Domek numer dwa. Już na dłużej.
Recepcja i budynek sanitarny. Podział na część dla pań i część dla panów. Po dwie toalety i po trzy prysznice. Lekki odlschool ale czysto. Po rozbiciu się, na ostatnich już nogach idziemy przejść się po miasteczku. Maleństwo z portem. Takie już trochę w klimacie, ale „prawdziwe” chorwackie klimaty jeszcze przed nami.

I poszłaaa w uliczki!
 Nieopodal po drugiej stronie coś się gdzieś pali. Widać czerwień ognia. W ciemnościach nie widać czy to blisko czy daleko. Wygląda to widowiskowo. Miejscowi nie wydają się tym faktem poruszeni. 

 Pali się moja panno!

 W końcu padamy. Podróż nasza trwała dość długo. Do Veszprem (Zamardi) 13h i od Veszprem kolejne z 8h. Razem 20h. W tym najbardziej upierdliwa część w Polsce (ot nowina!). Jechaliśmy ekonomicznie, bo zależało nam na jak najmniejszym spalaniu. Myślę, że sukces w tym względzie się dokonał.
Śpi mi się pięknie. Mężowi śpi się zaś nieco gorzej. Brzuszek go zaczyna boleć. Kręci się i łazi do toalety. Przez następne dwa dni pobyt męża będzie sponsorować słówko kibelek łamane na kupa (no co sami swoi przecież!) Bidulek. Jedliśmy to samo. Mi nic nie jest. Główny podejrzany winogron. A nawet kilka. No nic to zobaczymy  jak się będzie czuł rano.

Dalszy ciąg nastąpi!
ZAPRASZAM:)))

6 komentarzy:

  1. Cudnie musiało być. :)

    A wiesz, że jak jadę samochodem na dłuższe trasy, to właśnie z nogami na desce i koniecznie w skarpetkach w paski? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihi. Bardzo lubię tak jeździć, zwłaszcza, że nóżki mnie bolą jak długo siedzę (na kursie prawa jazdy jak wspomniałam o tym pan mnie zrugał, że to bardzo głupie, bo jak jakiś wypadek to łamię się natychmiast). Ale co tam! W lecie jest fajnie, bo szyba ciepła. Jak wracaliśmy i lało nieprzerwanie to zimno dawało od szyby i nie dało się przyjąć tej genialnej pozycji, Lubię te skarpetki. Mam jeszcze jedną parę taką samą tylko w inne kolorki. Wybitnie wygodne i lekkie te skarpetki. Że też ni cholery nie pamiętam gdzie je kupiłam!

      Cudnie było i jakoś mi się w głowie nie mieści, że to już po!
      Pozdrawiam ciepło

      Usuń
  2. Pouśmiechałam się i czekam na ciąg dalszy. Ja tam lubię hotele:)

    OdpowiedzUsuń
  3. No moja droga, szacun,ja bym w życiu z pająkami nie mogła sikać. A to zdjęcie w pomarańczach-piękne, jak obraz malowane. Cieszę się,że podróż się udała, bardzo Wam kibicowałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to było szybkie sikanie. One były bardzo wysoko więc racjonalnie rzecz ujmując nie stanowiły zagrożenia. No ale sam ich widok mroził krew w żyłach. W ogóle na tym polu było obskurnie. Brrrr

      Usuń