"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

wtorek, 27 sierpnia 2013

Nasz sen o Warszawie, czyli wyparwy część pierwsza:)

Znów się zebrać nie mogę żeby opisać przebieg naszego "małego urlopu" a chcę się z Wami podzielić przecież, więc wio dziewczyno!
Oho gotowi na post bez końca? Czy aby na pewno?:)

No dooobra.

13.08.2013 dzień wyjazdu (wtorek)

Pamiętacie, że w pierwszy dzień urlopu w planie miałam fryzjera na ósmą. Wstałam dzielnie i dałam się ostrzyc obcej kobiecie. Dobrze mnie ścięła. Ufff. Chwilę potem marsz do kosmetyczki na profesjonalne malowanie pazurków (na czerwono więc domowa robota odpada). Potem do domu pakować się, bo przecież w lesie byliśmy w tym temacie. Mąż w pracy, podomykać chce wszystko. Ja się pakuje (a raczej miotam się w szale)  i czekam aż on  w końcu wróci. Czas leci. On nie leci on ucieka!

miotam się w szale.
Wiecie kobitki (bo facety nie wiedzą, no chyba że z obserwacji) jak to jest w tych dniach specyficznych kiedy WSZYSTKO drażni, wkurza, a każda pierdoła do szału doprowadza? Przede mną był właśnie taki czas. Czekasz na coś  cieszysz się, a potem przychodzi siła wyższa i już się nie cieszysz. No cóż życie.
Małżowina spłynęła do domu łaskawie po godzinie 19 (ja już w amoku). Odpuściłam sobie już dawno te fantazję o wtorku spędzonym w stolicy. Wisiała jednak nade mną świadomość, że my w gości na tę noc jedziemy, a goszczący nas dobrzy ludzie rano wstają do pracy! A mój mąż na luzaczku. Wrrr. O 20 godzinie startujemy. Przed nami ponad 400km drogi. W łeb wzięły plany ominięcia autostrady i zaoszczędzenia kasy. Dawaj na nią i brum brum w cztery godziny jesteśmy w stolicy. Niebo apokaliptyczne nad nami (o prawie moralnym nic nie wiem), urwanie chmury, brakuje jeszcze burzy z piorunami. Dodajmy jeszcze kilkanaście minut na krążenie po mieście i w okolicy 0.20 stajemy przed piękną, odnowioną kamienicą na ulicy Dobrej. (Dobra 11 to nie przelewki). I tak, trzeba niezłą kasę zarabiać żeby tam mieszkać. Cena za METR mnie na kolana powaliła, a mój mózg nie był w stanie takich kwot przetworzyć. Drzwi otwiera nam zaspany Patryś i kładziemy się spać. Cały czas nam się wydaję, że nadal jedziemy:)

14.08 (środa)

7.15 rano wstają nasi dobrodzieje mieszkaniowi. A że mieszkanko jest wielkości 40 metrów nie da się tego ukryć, że oni już wstali i się do roboty szykują. Wychodzą w szale, wstajemy i my. Po spaniu na dziś. Deczkośmy nieprzytomni więc zanim się uszykowaliśmy, zjedliśmy dopadło nas południe. A ja chciałam na miasto! Żeby wyjść i wejść do klatki i w ogóle w bramę trzeba znać kody, nie zawsze działają. Kluczem się nie da. Oczywiście kody zapisane na karteluszku przez Patrysia na dzień dobry się gubią. Na szczęście odnajdują się w kartonie z jedzeniem i talerzykami pod namiot. Jesteśmy wolni!  A więc spacer na pobliski Mariensztat (lubię klimat tego osiedla), chłodno dość. 

Snoopy przeżywa przygodę na Mariensztacie. Pani z kurą. 
Trzeba się wrócić przebrać i przestawić w końcu auto. Ile można płacić (całe śródmieście płatne!). Decyzja zapada, że już teraz się zbierzemy od Patrysia, bo mamy już zaklepany nocleg w hotelu (odwrotnie niż reszta przyjezdnych gości. Oni też dwa noclegi. Tyle, że po ślubie i po poprawinach). Z napakowanym autkiem ruszamy z ulicy Dobrej. Kierunek  sklep Decathlon. Konieczność: kupienie materaca do spania do namiotu (a spanie w namiocie już w sobotę). Zanim dojechaliśmy przez zakorkowaną stolice minęło sporo czasu. Na szczęście udało mi się przekonać (nie miał wyjścia, byłam dość mocno ekspansywna) męża żeby nie wiózł nas w godzinach szczytu do Decathlonu do Piaseczna, ale jednak nieco bliżej. Spróbuj odmówić wkurzonej przedokresowej żonie. Pamiętaj, że siedzisz z nią w małym autku! Udaję się nam trafić. Nad głową latają samoloty wielkie, bo jesteśmy w pobliżu lotniska.
 Nie jesteśmy zdziwieni kiedy 2h później wychodzimy ze sklepu (wielkości dużego Tesco) o prawie 600zł lżejsi!. Nie, nie bójcie nie kupiliśmy materaca w takiej cenie. Jeszcze nas nie pogło. W tej cenie mamy nowe śpiworki (przecena), materac, kurtkę przeciwdeszczową, kaloszki i babingtona. Jest szał! A mieliśmy oszczędzać. Nie wyszło. Tłumaczymy sobie, że to ważne zakupy były. Ot i koniec kropka. 

Jest godzina po 17 ja mam plan jechać na Pragę do upatrzonego przeze mnie second handu "Kocham Vintage" (tak jestem uzależniona). Na mapie wydaję się być blisko. Hotel znajduje się kilka minut marszu od starówki, second na Pradze, ale tej bliższej tuż za mostem. Idziemy na nogach. Autko już zostawiamy pod hotelem. Takie wędrówki ja już nie raz uskuteczniałam. Zapomniałam jednak, że ten most dzielący Warszawę na dwa brzegi jest dłuuuugi. A my niewyspani i już umęczeni tym Decathlonem. Mnie pcha głód second-handowy. Męża nie pcha nic. Ale idzie dzielnie (no dobry  z niego człowiek!). W końcu trafiamy i spotyka mnie rozczarowanie. Nie znajduje nic. Wybór raczej kiepski, ale za to fantastyczna dziewczyna tam pracuje. Nie możemy się nagadać. Minuty mijają. Trzeba w końcu opuścić to miłe, tuż przed remontem miejsce. Słońce szykuje się powoli do snu. Dochodzi 19. Jesteśmy zmęczeni i wkurzeni na siebie, na świat i na to że przed nami misja jest jeszcze do wykonania. Nie mamy kartki, na której piszę się zwyczajowe życzenia. Ja optuje żeby wracać skąd przyszliśmy i udać się do Empiku na Nowym Świecie. Genialny mąż wymyśla plan lepszy. Oddalamy się więc, bo gdzieś tu jest jakaś galeria. Niby w pobliżu. Uhm akurat! W końcu trafiamy i tam. Rzecz jasna nie ma w nim Empiku (no jakżeby inaczej), nie ma też i kartki. Ja mam jeszcze w planie Rossmann, który majaczy mi się gdzieś w oddali, ale nie mam siły do niego iść.  Jutro święto przecież. Trzeba to załatwić. Jedyne czego chce to trafić do Empiku i kupić tę cholerną kartkę! 

Wsiadamy do autobusu i jedziemy do Złotych Tarasów. Kupujemy kartkę koniecznie Tylkowskiego, bo tylko taka ślubna, ale Tylkowskiego może być dana przeze mnie ze szczerego serducha (stricte ślubnej nie ma więc kupujemy dwie jedna z dwoma pszczółkami i druga taka od biedy mogąca uchodzić za ślubną hihi).  W Złotych nie ma Rossmanna!  Ale jak to????

 Już nie wiemy, która jest godzina. Nie myślimy, nie czujemy szczególnie nóg. Marzymy o łóżku. Bardzo chcemy pojechać w dobrym kierunku, ale nikt nam nie potrafi udzielić informacji, którym wyjściem w tym wielkim przejściu podziemnym obok Pałacu Kultury mamy wyjść żeby trafić na dobry przystanek. Kręcimy się więc radośnie w kółko. Już nam jest wszystko jedno. Dostajemy głupawki. Odzywają się nasi zielonogórsko-warszawcy znajomi, którzy właśnie szczęśliwie dojechali. Siedzą na Starym Mieście i czekają na nas. Znów nie wiemy, którym wyjściem wyjść więc idziemy na nogach, bo to przecież blisko! 

 yyyyyyyy!

Poczucie odległości mieszkańców stolicy jest nieco odmienne od nas prowincjonalnych bywalców Warszawy. To wcale nie jest blisko. Ja to wiem, ale znów w odruchu instynktu samozachowawczego o tym zapomniałam. Idziemy więc Nowym Światem i Krakowskim (albo na odwrót hi). Bolą nas nogi okrutnie i jesteśmy głodni. Zjadamy kolejne ścierwiaste żarcie (KFC) i w końcu trafiamy do miejsca przeznaczenia. Spędzamy radośnie (na wpół żywi) czas ze znajomymi, ale każde z nas marzy o przyjęciu już pozycji horyzontalnej. Około północy ewakuujemy się. Człapu człap do hotelu. Dobrze, że blisko, bo jedziemy na rezerwie. Mąż marudzi, bo go nóżka mocno boli, bo go trampek obtarł (i trzeba było kupić szybko inny lepszy, czerwony,  sztuk dwa w tej galeryji co to Empika w niej nie było). On się wlecze (bo nóżka) , ja marznę i mam mord w oczach (bo przedokres). W końcu jest! Hotel Ibis. Nasza przystań, nasza oaza, nasz port. Bredzimy:)


 Meldujemy się i chwil parę potem jesteśmy już w pokoiku naszym. Dawno nie czułam takiej radości na widok łóżka!. A poza tym fajnie tak w hotelu. W hostelu byłam, ale w hotelu nawet takim średniej jakości jeszcze nigdy. Podoba mi się! Absurdalnie wygodne łoże wciąga mnie w swe odmęty. Jeszcze zanim zasnę pooglądam chwilę filmiki reklamowe Warszawy w hotelowym telewizorku. No co ja poradzę, że lubię i że akurat o Pradze było?:) Zasypiam w okolicy drugiej w nocy błogim snem i śni mi się....Decathlon w Piasecznie!

15.08 (czwartek)

Wstajemy  o przyzwoitej porze. Doczołgujemy się na śniadanie (zjadliwie), a ja tak gdzieś w okolicy południa zaczynam odczuwam pierwsze nieśmiałe objawy przeziębienia. To jego drugi atak. Już kilka dni przed wyjazdem coś się z mężem zaczęliśmy czuć kiepsko. Natychmiastowa reakcja, czosnek, miód witamina C 1000 i codzienny cynk zażegnują kryzys. Tym razem źle się czuje tylko ja. Zimno mi i nie teges. Za 5h muszę być gotowa do wyjścia (całe szczęście ślub dopiero o 17.30 mam więc czas żeby się nad sobą nieco poużalać). W perspektywie letnia kiecka, gołe nogi, sweterek z krótkim rękawkiem i sandałki. Kiepski zestaw na atakującą infekcje. No nic to podejmuje wędrówkę do oddalonej od hotelu o 5 minut apteki 24h (pamiętacie jest święto). Mam szczęście, że ona tam jest. Tuż obok odnajduje wczorajszych znajomych, którzy rozradowani, zdrowi cieszą się z popołudniowego słoneczka. Zasiadam aplikuje sobie na miejscu dwie rozpuszczone aspirynki z wit C (to zamiast tego alku co to miałam  w planach zapodać w krwiobieg na weselu) i wracam do hotelu. Sama świadomość zażycia leku i jego ciężar w torebce mnie na duchu podnosi. Czuję się już nieco lepiej. Jest godzina 14. 

Postanawiam po raz pierwszy w życiu podjąć się wyzwania zdążenia na czas bez zbędnych napadów histerii i paniki. Udaje mi się wyszykować w spokoju i na luzaczku. Nie miotam się w szale w poszukiwaniu czegoś, co akurat teraz, zaraz już muszę odnaleźć. O godzinie 17 jestem gotowa do wyjścia. Niesamowite po prostu! Zakładam kolczyki, wisiorek i wyciągam pierścionek do kompletu, któremu na wstępie odpada (tak po prostu) część kluczowa, czyli "oczko", słowem mogę sobie go wsadzić... Pierścionek debiutował, to znaczy miał być ubrany po raz pierwszy, ale niestety szybko zakupiony klej kropelka nie załatwił sprawy. 


 No to się nazywa biżuteria!! wrr
Wyszłam jednak nieco zła (pamiętajcie, że to jest TEN czas), po kilku minutach odpada mi wisiorek (na szczęście się go udało naprawić). Proszę więc męża żeby zrobił mi szybko zdjęcie w pełnej krasie zanim się cała rozsypie i nie pozostanie żadna pamiątka po mojej kreejszon! Dobrze zrobiłam, bo nie mam żadnego więcej zdjęcia siebie samej:) 


 sukienka second: 10zł, sweterek 3zł (doszyte przeze mnie guziczki zielone także na rękawkach) buty na lekkim obcasiku 4zł


Torebki na zdjęciu nie widać (w realu czerwona), a kolczyki i wisiorek miały korelować wzorem z sandałkami.
Wybaczcie minę (słońce i nerw) i ogólną postawę, ale zdjęcie robione niemal na przejściu dla pieszych hihi. Robi się nerwowo bo mąż okazuje się nie zabrał z pokoju dwóch torebek z prezentami (książkami), a więc i wychodzonej w znoju i trudzie kartki jak również, co też jest ważne zawartości koperty! Rany. Wraca się do hotelu. Idzie krokiem dostojnym i niespiesznym. Mam ochotę go zaciukać. Czas leci...na szczęście duża grupa ludzi bieży na ślub więc trafiamy bez problemu do kościoła. Para młoda cudowna!

Wiemy, że przed nami niemała przeprawa. Msza w kościele. Jest to dla nas trudne i niemal nie do przebrnięcia zadanie. Ale dzielnie cztery antychrysty zasiadają na bocznych, jak najbliższych wyjścia krzesełkach. Jest zimno okrutnie! Zaczyna się. Ksiądz (głosem księżym, flegmatycznym no po prostu strasznym!) zaczyna mszę od informacji, że ona ta msza będzie nieco dłuższa, bo przecież obchodzimy dziś BARDZO WAŻNE święto. Że to będzie też ślub, że jacyś ludzie będą sobie dziś przysięgać jest mam wrażenie mało ważne. Jakby przez przypadek i jako dodatek. Ręce mi opadają. Wytrzymujemy z koleżanką z jakieś 20 minut (przymarzając do krzeseł, ja wzuwam drugi, awaryjny sweterek z długim rękawem. Wyglądam debilnie raczej). Po kolejnych tekstach o święcie wychodzimy. Ja tu przyszłam na ślub. Nasi mężczyźni okazują się twardzi i zostają (szacun) wyjdą dopiero po przysiędze. Ja się załapuje na ten widok w drzwiach, śledzę jak sobie młodzi przysięgają. Jest coraz zimniej. My już schodzimy z głodu (pamiętajcie, że święto. Jedliśmy tylko po 9 rano śniadanie). W końcu koniec. Życzenia. Prawie 200 gości. Zmrok powoli zapada. Jeszcze przed nami 30km podróż pod Warszawę do miejsca wesela. Jest godzina 20 owinięta w marynarkę męża, w podwójnym swetrze próbuje nie zamarznąć w wynajętym autokarze. Niektórzy zapadają w drzemeczke. Ależ jakie miejsce na nas czeka! Jaka sala. Nooo! 



Zbliża się godzina 21 nie zwracam już uwagi na życzenia, na szampana mój żołądek zamienia się w żula i chce jeść. Zasiadamy. Jemy...jemy...jemy....jemy. A potem półleżymy trawiąc zawzięcie. Przecież tańczyć trzeba! Boli mnie żołądek z przejedzenia. Nic to tańczę. Nie mam chęci na alkohol. Wypijam ze trzy kieliszki wódki. Wiem też, że nazajutrz czekają nas poprawiny, a ja źle bardzo znoszę alkohol. Zawsze mam kaca morderce. Szkoda mi. Nie chcę tego doświadczać. Jemy, tańczymy, rozmawiamy. Jest taka masa ludzi, że kojarzę tylko twarze ludzi z naszego stołu:)
Młodzi wynajęli foto budkę. Można było uskuteczniać i uwieczniać przebieranki. Szał!



 Na trzecim zdjęciu kolega w kapeluszu nie pozował z nami. On nam się wciął. Jakże on się pięknie wkomponował:)
 Autokary mają od godziny 1 w nocy odwozić ludzi co godzinę. Pierwszy sobie wiadomo odpuszczamy, drugi o trzeciej także (ja bym już pojechała-na usprawiedliwienie mojego cieniarstwa mam TEN czas i lekkie przeziębienie), ale daję się przekonać. Ten o piątej już nie odjedzie, nawet nie przyjedzie! jak się chwilę później okazuje ten o trzeciej też nie zabrał wszystkich. No to pięknie! Robi się świt. Jest nerwowo. Kierowcy autokarów próbują wykorzystać podbramkową sytuację podnosząc stawkę. Młodzi się nie zgadzają. Dziękują za usługę. Do Warszawy kursuje jeden busik. Najpierw dzieci i ludzie starsi mają prawo wsiąść. Przy busiku sceny dantejskie. No cud, miód i orzeszki. Mi mało śmiesznie jest, bo czuję się kiepsko i naprawdę chcę już się położyć. W końcu przybywają większe taksówki (tańsze od busików i autokarów). Walka o pojazd. Jest! udaje się. Nasza szóstka zasiada dumnie i w drogę. 
"Wesoły autobus..." tfu wesoła taksówka. Co to się w jej wnętrzu działo! Niekoniecznie trzeźwa część z nas pieśni przeróżne intonowała. Były wierszyki rosyjskie i nie tylko. Przyśpiewki warszawskie, pieprzony Żoliborz, Sen o Warszawie (miasto mojeee a w niiiiiim!), Ostatnia niedziela i Pałacyk Michla. Pan taksówkarz był boski! Nie zamieniłabym tej podróży na żaden autokar. Nie zamieniałabym tego weselicha na żadne inne! Szósta rano spać się kładziemy:)

16.08 (piątek)

Po kilku godzinach snu lądujemy na śniadaniu (przedłużone do 12 wyjątkowo). Spotykamy innych zombi. Jest śmiesznie. Jak ja się cieszę, że wczoraj nie piłam, że nie leżę teraz nieżywa na łóżku, nie przytulam się rozpaczliwie do muszli klozetowej. Ufff! Przeziębienie odegnane. Przecież nie mogę sobie pozwolić na rozłożenie się. Jeszcze Gdańsk przede mną!.
My się musimy już wymeldować z hotelu. Dwie noce za nami. Wracamy więc do Patrysia na Dobrą. Zostawiamy już nasze bambetle i idziemy połazikować po starówce. Jest ciepło, jest pięknie. 

 pan tu nie stał!




Po godzinie 16 zabieramy naszych zielonogórskich znajomych z hotelu (tych od pieśni) i jedziemy na poprawiny, które są w tej samej miejscowości co wesele ino trochę głębiej w las. Dom na skraju lasu, ognisko, sami znajomi właściwie. Rzucamy się na jedzenie. Resztki poślubne (ależ żarełko!). Ta estetyka jest mi stanowczo bliższa, chociaż miło było doświadczyć powiewu luksusu. Choć formuła wesela była tradycyjna, to wszystko było z klasą. Fajne oczepiny, muza, wystrój klimat miejsca. Szacun. Czuć było, że to jest ich wesele. 
Na poprawinach pogaduchy, śmiechy i chichy. I zimno okrutnie. I pies (sunia wiekowa) Kropka, w której się zakochałam po uszy!

 Niezbyt długo pobyłam w moim oldskulowym wdzianku. Szybko trzeba było się przebrać w spodnie, trampki i polar. 

Ma Kropka to spojrzenie. Co nie?
Na koniec tańczyłam owinięta w czerwony puchaty koc, jak jakaś gąsienica szalona. Około północy postanawiamy zmykać, choć reszta towarzystwa jeszcze zostaję. Jesteśmy zmęczeni, na drugi dzień mamy w perspektywie kolejną podróż. Do tego Patryś ze swoją panią bardzo muszą już wracać. Są tak jakby mało przytomni hihi (Patryś świadek się w końcu mógł wyluzować). A my przecież znów u nich śpimy:)
Dzień wcześniej pan taksówkarz przewiózł nas przez miejscowość, która nas rozczuliła niepomiernie STARY Konik. Z poprawin wracamy od za przeproszeniem dupy strony, inną drogą i jedziemy przez miejscowość NOWY Konik! Odrodzenie, eliksir młodości, reinkarnacja wstecz eeeee?!

 Stary/Nowy Konik?

Patryś malowniczo zasypia na tylnym siedzeniu z wyciągniętą dzielnie ręką, dzierżąc piwo w dłoni. Nikomu go nie odda!
Kładziemy się spać. Są oczywiście różne sensację od strony gospodarzy przypisane stanowi upodlenia alkoholowego, ale my udajemy, że nic nie słyszymy:) 

Nadchodzi poranek 17.08 i tu się kończy pierwszy, warszawski odcinek wyprawy. Ciąg dalszy nastąpi...

1 komentarz:

  1. Piękna relacja! a na foto przy ognisku napatrzećsię nie mogę, takie ogniste ;-)

    OdpowiedzUsuń