"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

poniedziałek, 14 października 2013

Wyspo Hvar ty nasza! Już cywilizowana. Kamieniczki i uliczki z latarenką...

poniedziałek 9.09

Po śniadanku pakujemy nasze bambetle i wracamy do cywilizacji. Trochę mi smutno (ja się szybko przywiązuje do naszych tymczasowych domków). Przemyśliwujemy jeszcze jeden dzień. W podjęciu decyzji pomaga nam pogoda, która jakby nieco zaczyna niedomagać. Jakiś taki wiatr nieprzyjemny i chłodnawo.  Wyjeżdżamy z campingu GPS i niezawodny Krzysio H każe nam skręcić w lewo. Jedziemy. Mi coś nie pasuje. Żeby wrócić do tunelu trzeba pojechać tam skąd przyjechaliśmy. Krzysio prowadzi nas do Hvaru i owszem. Nawet mówi, że to 18km i przewidywany czas podróży 1,5h. Tak on nas pragnie przeczołgać starą drogą! I tu po raz kolejny przydają się informację z forum. Wiem, że są dwie drugi, wiem że trzeba wrócić przez tunel. Nie chcemy jechać starą drogą. Ja dziękuje bardzo! Poza tym foczka ma zawieszenie takie jakie mają foczki. Nie chcemy jej zniszczyć. Trzeba zawrócić. Mi się manewr zawracania na tej wąskiej drodze wydaje nie do wykonania. Ale na szczęście dla mojego męża to nic trudnego. Ufff dobrze, że ja z nim jadę!
Zawracamy i jedziemy przez tunel. Potem już piękna, normalna droga do Hvaru. Mijamy Dubovice (o to tu jest ta plaża! Ale fajnie), mijamy Zarace i Milne. Widzę skręt na camping. Już za późno padło na Virę. Mam złe przeczucia względem tego pola. Nie mam zaufania do tych profesjonalnych campingów z gwiazdkami. No nic to nie będziemy już zawracać. 4Km za Hvarem mijamy miejscowość Vira i lądujemy na campingu. Nie podobuje mi się specjalnie. Dość długo szukamy parcel B (tych tańszych) w końcu wybraliśmy taką blisko recepcji i sanitariatów. Wszystkie parcele B są daleko od morza. Zresztą przy wodzie znajduje się tylko te parcele w pierwszym szeregu tego ogromniastego i bezosobowego przybytku. Zaczyna padać więc rozbijamy się zamiast nadal psioczyć na miejsce. Jedyny plus to świetne kibelki i prysznice. No pełna profeska. Te parcele A dużo fajniejsze. Te na obrzeżach po prostu brzydkie. Za to blisko recepcji więc i wi-fi jest.  Na szczęście po jakimś czasie się rozpogadza. 

 Parcela  B dla biedaków hihi. Zwróćcie uwagę na dziwne przedmioty...parasol, kurtka przeciwdeszczowa. Ejże pani Chorwacjo!
 
Jemy obiad i pojawiają się osy. Nie wiem skąd się one biorą. Z krzaków, czy z tych kamiennych murków? To drugie miejsce, w którym spożywam posiłek w namiocie za siatką. Żyć się po prostu nie da! 

 Tak się jada na Hvarze! Restauracja pięciogwiazdkowa:)
 
Odwiedza nas też kot, który wypisz wymaluj ma pysk jak Hitler. No sorry ale poważnie. Ta grzywka i ten wąsik! Zobaczcie sami. Zjada nasze parówki. Pozbywamy się ich bez żalu. Są chorwackie ja ich nie chce jeść. Są fuuj!

 Hitler reinkranacja! Popatrzcie na niego.
 
No nic to zbierajmy się do Hvaru. Nie mogę się doczekać. Niecierpliwie przebieram nóżkami. Jak to dobrze, że to tylko kilka minut jazdy.
Zostawiamy autko na parkingu strzeżonym. Przez te trzy dni w Jagodnej nie wydaliśmy ani grosza. Tylko 40kun za dostęp do internetu przez cały czas. No i opłata za pobyt 17 euro za noc za wszystko. Trzy dni do przodu z pieniędzmi. Podoba mi się to. Mąż się śmieje, że straszny ze mnie żul na wyjazdach. No żul. W takich pięknych miejscach smakuje mi nawet breja ze słoika. Nie potrzebuje sobie "dosładzać" życia.

Hvar robi na mnie duże wrażenie. Spędzamy w nim cały wieczór. Chwilę pada. Pojawia się tęcza. Trafiamy na ten magiczny moment kiedy słońce szykuje się do snu a światło tak pięknie wędruję po domach. Specjalnie poszliśmy na drugą stronę by móc obserwować ten spacer.  Plączemy się uliczkami. Zapada noc, coraz więcej turystów. Mąż mi gdzieś znika i wraca z pizzą za 55kun. Rzucam gromami ale zajadam. Jest pyszna. Chwilę błyska się nad miastem. Płacimy za parking 40kun! (o duże wydatki dziś wcześniej były, jeszcze zakupy żywieniowe).


 Wędrówka słońca na spoczynek na chwilę przed deszczykiem.
 Chwilę po deszczyku. Takie zjawisko kolorowe naniebne:)



 Nogi, nogi setki nóg wyślizgały bruk...na hvarskim rynku.
 
 
Hvar też ma swoje Macondo!



Wracamy na pole. Musimy się uwinąć przed 23 bo po tej godzinie już wjeżdżać samochodami nie można na teren campingu. Nie chcemy zostawiać naszej szafy na pobliskim parkingu. W nocy bardzo wieje. Pierwsza nie najlepiej przespana noc. Wszystkie poprzednie przespane snem niemowlęcym. Spokojnym i głębokim. Nie ma to jak świeże powietrze.A morskie to już w ogóle cud, miód i orzeszki!

wtorek 10.09

Wstajemy wcześnie nieco niewyspani. Świeci słońce jest ślicznie. Śniadanie jemy oddzielnie. Ja w namiocie. Os jest chyba jeszcze więcej niż wczoraj. Są wyjątkowo upierdliwie. Zastanawiamy się czy nie pojechać obadać tego drugiego campingu w Milnej i wrócić przed południem by podjąć ewentualną decyzje o zmianie. Ostatecznie decydujemy się zabrać od razu ze wszystkim zanim minie nam czas wyczekaułtowania się. Szkoda mi kasy na takie coś (199kun= ok 27euro! za noc. No bez przesady!) Nawet nie chodzi o kasę, bo to też nie jest aż tak strasznie dużo, ale to tak jak z łupami w second. Po co mam kupować spodnie za 100zł jeżeli wiem, że w second wyszperam równie fajne za kilka/kilkanaście złotych. Do kwestii campingów podchodzę w ten sam sposób. Może nawet ambicjonalnie. Ja nie znajdę tańszego i lepszego? Oczywiście, że znajdę. Nawet na drogim Hvarze:)  Bierzemy kąpiel, robimy kupę (tak kupa to ważna rzecz). W razie gdyby na następnym polu sanitariaty były niezbyt ciekawe. Temat higieny codziennej mamy zaliczony.
Zbieramy się. Jest wcześnie więc decydujemy się najpierw poplażować. No gdzieżby indziej jeśli nie w opisywanej często Dubovicy! Zwłaszcza, że dzieli nas od niej dosłownie kilkanaście minut jazdy autkiem.
Zostawiamy pojazd i  idziemy dość długo w dół na plaże. Droga jest czadowa. Dobrze, że rozważnie wzułam sandały a nie japonki:) Materacujemy się, pływamy jest po prostu bosko! 

 DUBOVICA!!



I ta świadomość, że nic nie musisz. Możesz zostać, możesz już iść. W końcu z plaży wygania nas głód. Trzeba się przecież jeszcze rozbić i "ugotować jakiś obiad". Dziś mąż ma zamiar usmażyć sardynki w zalewie zakupione dzień wcześniej na hvarskim targu. Dojeżdżamy na pole "Mała Milna" w miejscowości Milna. Bardzo fajne umiejscowione pole. Tuż nad morzem. Te miejsca całkiem przy brzegu już zajęte przez campery. Jest problem z cieniem. Miejsc zacienionych jest bardzo mało. Wybieramy miejscówkę taką średnią. Nieopodal jest wielkie mrowisko. Widać wędrówkę mrówek. Ich trasa przebiega w dużej odległości od naszego domku. Jemy sardynki, które okazują się obrzydliwe. Pada więc na kolejną słoikową breję. Bardzo mi się na tym polu podoba (dość, że doba tańsza o 40kun). Sanitariaty są bardzo kiepskie. Po dwie damskie i męskie kibelki (w tym damskie nie mają zamknięcia!) i trzy prysznice bez żadnych półeczek). No ale nic to ważne, że jest. Fajny za to klimat i plaża pod samym nosem. A nawet dwie. Pole położone pomiędzy dwoma plażami. Miejską i tą w założeniu campingową. Po prysznicu, obiadku (znowu osy. Co jest z tym Hvarem. To wyspa os czy jak?) ruszamy tym razem w przeciwnym kierunku niż miasto Hvar. W planie Stary Grad, Vrobska i może Jelsa.

Nad Starym Gradem wiszą ciężkie chmury. Nie straszne nam one. Ruszam z aparatem w uliczki (mąż już ma troszkę dość tego zwiedzania dzień po dniu). Miasteczko mnie urzeka totalnie. Jest malutkie i urokliwe. Kręcą się turyści wiadomo, ale jest ich stanowczo mniej niż w Hvarze. I tak się pałętam pomiędzy kamieniczkami aż zapada najpierw mrok, a potem zmrok. Piękne są te uliczeńki i placyki. Magia. 

 Wiszące chmury nad Starym Gradem. Ale my się nie boimy!







 Wychodziłam noc. Magia!
 

W zupełnej nocy jedziemy 3km dalej do jeszcze mniejszej Vrobski. Mam wrażenie, że minimaluzyjemy się. Najpierw większy Hvar z dość dużym portem, potem mniejszy Stary Grad z odpowiednio mniejszym portem a następnie najmniejsza Vrobska z porcikiem. Niestety Vrobska jest tylko oświetlona na głównym trakcie. Nie można wejść w uliczki, bo są zupełnie ciemne. Trafiamy na jedną oświetloną prowadząca do kościoła. Niewspółmiernie okazałego i dużego w porównaniu z wielkością mieścinki. 

 Wielki kościół w miniaturowym miasteczku.
 
Na koniec zostawiamy sobie Jelsę. Robi na mnie najmniejsze wrażenie (albo ja już jestem tak rozbestwiona po urokach wsześniejszych perełek). Auto zostawiliśmy na płatnym parkingu. Nie płacimy dużo, bo bawimy w tam najkrócej. Jedyne miejsce, które osładza nam pobyt to undergrandowy sklep z płytami, kartkami i różnymi innymi ciekawostkami. Fajno tam!


 Wnętrze wesołego sklepu. Ale miejscówka fajoska!
 










Zdjecie z misiem. Tfu z panem:)
 
Wracamy krętymi drogami do "domu". Musimy wypatrywać zjazdu żeby nie przegapić naszego campingu.
Kładziemy się spać. To nasza druga noc w tej części wyspy. Śpimy dobrze. Znów usypia nas szum morza, które jest zaledwie o krok. Jak dobrze...

środa 11.09

Poranek mamy dość nerwowy. Wzmogła się ilość os. Jest ich niemożliwie dużo! Do tego rozlazły się mrówki. Odkryliśmy kolejne mrowisko. Bliżej naszego domu:( Dzień wcześniej na w razie czego kupiliśmy spray na owady. Nie działał tak jak chcieliśmy. Nie naszym celem było zabijanie ale odstraszanie owadów. Zaczynamy rozglądać się za innym miejscem na polu. Trwa to dość długo, bo albo mrowiska albo całkowity brak cienia. W końcy odnajdujemy swoje miejsce, które okazuje się rewelacyjne. Aż żal, że poprzednią noc spaliśmy gdzie indziej i tej Viry beznadziejnej nie mogę odżałować. Przenosimy namiot taki rozłożony. Wyglądamy dość komicznie. Na szczęście nie mamy daleko. Z "okna" widzimy plaże.

Po rozsunięciu okiennic centralnie mamy taki widok!









Widok na domek ze schodka:)
 
 Z "kwaterki" schodki prowadzą na drogę. Normalnie mamy nasze prywatne wejście do gospodarstwa domowego:) Nie ma mrówek i os też mniej. Nie wiem czy to jakoś koreluje? Po akcji namiotowej postanawiamy poplażować. Mąż nie chce jechać do Zarace (chciałam zobaczyć plaże i rozejrzeć się po tamtejszym campingu). Mąż chce zostać jednak na miejscu. Mnie nie bardzo kręci siedzenie na takiej zwykłej plaży. Woda nie jest tu już tak czysta. Słońce wali po gałach niemożebnie. Kupujemy parasol (100kun!) trzeba było nam kupić gdzieś w markecie taniej. 


Plaża miejsca. To znaczy campingowa niby. Uciekajmy stąd!
 
Mam jakiś gorszy dzień. Wszystko mnie wkurza, a najbardziej mąż (wiecie to taki babski czas. Hormony nie mają urlopu). Cieszy mnie gdy gdzieś znika i zostawia mnie samą z moim fochem. Ciężko mi z samą sobą. Myślę sobie cholera jasna tu w tym raju mnie dopada ten czas. Ejże. Jakżesz to tak! Mija godzina męża nie ma. Zaczynam się lekko niepokoić. W końcu wraca i mówi, że odkrył opodal dwie plaże. Obie słabo dostępne i dla golasów. Prowadzi mnie na pierwszą. Skalistą. No to jest plaża. Wystarczyło wleźć na górę, a potem zejść na dół takim dość ostrym zejściem i jesteśmy na pięknej, prawdziwej plaży z czyściutką wodą. Do tej właściwej, oficjalnej dla golasków już nie dochodzimy. Szybka kąpiel, bo wszystko zostało na plaży. Wracamy do domku na obiad i szybko biegniemy na naszą dziką golaskową plaże. Jesteśmy na niej sami. Sami na naszym skrawku, bo nieopodal pływa statek z turystami, a dalej na plaży (takiej z piaskiem) też kręcą się ludzie. My mamy to gdzieś. Długo unoszę się na materacu. Ależ widoki!

 Wiecie jak to jest kiedy macie tysiące zdjęć i jedno jest piękniejszego od drugiego? Mówię Wam KOSZMAR!
 




 Obowiązkowo nasz przyjaciel materac:)
 
 Mnóstwo kamiennych ludków pozostawionych przez naszych poprzedników.

 Woda Jamnica (ohydna) i książka (nie przeczytałam z niej ani zdania) na relaksie:)
 
Na drugim planie parasol za 100 zwierzątek futerkowych typu kuna. O jery tyle kasiory!:)




 Zostawiliśmy swojego ludka. Prawda, że wygląda jak duży ziemniak?


Spędzamy na plaży kawał dnia. Zbieram kamyki. Obdaruje nimi znajomych. Tak to głupi pomysł, ale coś chce im przywieźć z wakacji. W zeszłym roku przytargałam wór hiszpańskich muszelek,  w tym będzie cięższy kamienny kaliber. Wracamy pod wieczór. Kąpiemy się przebieramy i zamierzamy gdzieś pojechać. Nie wiemy jednak gdzie. Wszędzie byliśmy, a na nieznane drogi nie chcemy się porywać. Postanawiamy, że dziś dzień przed powrotem na ląd możemy sobie pozwolić na kolacje w knajpce. Jemy w naszej miejscowości, opodal campingu. Towarzyszy nam zachód słońca. 

 Tak wiem to okrutne:)
 
Ja obieram kurs na pizze (no co ja poradzę, że nie jadam owoców morza, które na mnie patrzą, a na rybę nie mam ochoty), mąż zamawia tradycyjne danie z ryby. Do tego woda Jamnica (zimna jest zjadliwa, nie taka słona) i cola. Jest pysznie, zajadamy. Na zakończenie darmowy kieliszek wina na trawienie:) Uhmmm

 Uhm mniaaam!

Decydujemy się na ponowną wizytę w Starym Gradzie. To miejsce nas urzekło najbardziej.
Znowu krążę po uliczkach. Już spokojniej. Już nie szaleję z aparatem. Po prostu chodzę i po prostu jestem. Myślę, że dobrze jest móc być w mieście, które nas urzekło więcej niż raz.
Nad miastem krąży burza. Robi się chłodniej. Postanawiamy powoli wracać. Jedziemy. Nie mamy daleko, ale jednak troszku się jedzie tymi zakrętaskami. Burza jedzie z nami niestety. Ja się zasadniczo boję burzy a już najbardziej w górach. Wprowadzam nerwową atmosfere. Kiedy się boje jestem opryskliwa. jak mały piesek co ze strachu szczeka. Się błyska i grzmi. Mąż chce szybko dojechać na miejsce. Ma za sobą jedną burzową przygodę w Chorwacji sprzed 10 lat kiedy to w burzy spadały kamienie przed maskę samochodu. Myślę, że trochę się tego wspomnienia lęka. Droga mi się dłuży. To jest naprawdę bliziutko a mi się wydaje, że nie ma podróż końca. W końcu jest Dubovica następnie Zarace a potem powinna być Milna. No gdzie ta Milna! Nie ma jej i nie ma! Za to burza jest i owszem. W końcu jest zjazd. Jest camping. Oddycham z ulgą. Na plaży w domku plażowym jakaś impreza. Błyska się i grzmi. Widok piękny. Już się tak nie boję kiedy widzę, że inni mają luz. Gorzej, że bardzo mocno wieje. Postanawiamy przestawić auto tak żeby osłaniało namiot od podmuchów. Trochę pomaga, ale w nocy wiatr zmienia kierunek i już nas nic nie chroni. Namiot trzepoce, morskie fale walą o brzeg. Jakoś śpimy...właściwie w tą ostatnią noc na wyspie śpimy dobrze i śnimy pięknie:)

Do zobaczenia wkrótce. 

4 komentarze:

  1. Fragment o kupie epicki ;)
    Ciekawe czy do opuszczonej bazy wojsk radzieckich na Lastovie w końcu dotrzecie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Widoki z folderów reklamowych:) Tylko skąd tyle os wytrzasnęłaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie nie wiem jaka jest prawidłowość z tym osami. Na pierwszym campingu w Kastel Stary prawie w ogóle ich nie było. W Jagodnej to samo. I nagle w Virze i w Milnej całe stada i to nie takie, że się kręcą opodal (takie już dawałam radę ignorować, co jak na osobę z fobią jest sukcesem), ale te były takie namolne prawie w kanapkach. Następne miejsca już było ok. Wydawało mi się, że tam gdzie duże skupiska ludzi tam i dużo os, ale na tych polach było raczej pustawo. Może to działa odwrotnie. Im mniej ludzi tym więcej os przypada na nieszczęśnika. Nie rozkłada się to. Nie wiem. To dla mnie zagadka jest. Stawiam na te kamienne murki okalające "kwaterki" namiotowe...chociaż w Jagodnej też takie były a osy w nich nie mieszkały hmmm. Tajemnicza sprawa.

      Usuń
  3. Kot Hitler mnie rozwalił :) Zdjęcia boskie, a ludzik-no,no,no, lepszy niż bałwanek :)

    OdpowiedzUsuń