"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

środa, 18 lipca 2012

"Powoli zbliżam się do wyjścia...powiedziała książka, czyli komu Świetlickiego? Komu?:)

Pan Marcin Świetlicki pomiędzy jednym a drugim papierosem powiedział mi dziś, że mu się u mnie cholernie nudzi i pojechałby sobie gdzieś do innych ludzi. Może mu będzie gdzie indziej weselej:)
Prośbę jego spełniam i zapytuje komu Świetlickiego komu? bo idę do domu...

Będę robił takie minki, a co!

Kto żyw i chętny niechaj pod postem się zgłasza ino prędko, bo Świetlicki niecierpliwy tylko chatę mi zasmradza:) Marcin zamierza wyruszyć za kilka dni, powiedzmy za tydzień (środa 26.07). Wystarczy wyrazić ochotę przygarnięcia go  zamieszczając zdań kilka pod postem, można także napisać parę słów na temat Świetlików/Świetlickiego jeśli macie jakieś wspomnienie z Mistrzem związane:)


Marcin Świetlicki 
Wiersze
Wydawnictwo EMG, Kraków 2011
stron: 627

Tom zawiera 9 książek poetyckich Marcina Świetlickiego wydanych w latach 1992-2009, oraz 77 wierszy niepublikowanych 44 rozproszone w antologiach, w prasie lub wydaniach poszerzonych. Jest to pierwszy pełny przegląd twórczości poety.
Słowem 535 wierszy Marcina Świetlickiego!


Dziękuje i serdecznie pozdrawiam.

sobota, 14 lipca 2012

Przygody z "Przekrojem" ciąg dalszy-tym razem coś dla miłośników psów (nie tylko!).

Tak się zastanawiam czy nie byłoby dobrym pomysłem założyć specjalnego bloga, w którym zamieszczałabym przekrojowe perełki. Co o tym myślicie?

Zapraszam Was na kolejne smaczki, tym razem na tapecie "Przekrój" z roku 1963. Dziś nie będzie "Wojny domowej". Dziś coś dla miłośników psów. 
Kliknięcie na zdjęcie rzecz jasna powoduje jego powiększenie, staję  się ono  tym samym bardziej przyjazne dla oka:)


Post dedykuje Katarzynce i Tosi:)

1.
2.
 3.
 4.
 5.
6.
7.
 8.

Następny odcinek serii "Zarys psychologii psa" wkrótce:)

A na zakończenie jeszcze jeden smaczek...hmm...co by tu co by? 
A dobra trochę czarnego humoru dla równowagi:

Nie mam sumienia powiedzieć im, że wczoraj wypuściliśmy wodę z basenu...

piątek, 13 lipca 2012

"Przekrój" FOREVER!! Na tapecie Maria Zientarowa i jej "Wojna domowa":))

Witajcie moi kochani nieliczni czytelnicy:)
Jeśli kogoś zadziwi fakt, że post, który pojawił się wczoraj wieczorem pojawia się po raz kolejny dziś i wskakuje na pierwsze pozycję wszędzie tam gdzie goszczę w ulubionych, to tak to nie czary, ani żaden chochlik. Świadomie zmieniłam datę (ponoć to brzydkie i ludzi drażni), ale to w trosce o Was moi drodzy. Żeby ci, którzy mają możliwość zaglądania w progi zaprzyjaźnionych blogów w czasie pracy na dobry początek dnia łyknęli odpowiednią dawkę uśmiechu:))
                 ******
Co jakiś czas nachodzi mnie szał na przeglądanie zachłanne starych numerów Przekroju i wczoraj nadszedł właśnie ten moment. Na początek "Przekrój" najświeższy i mistrz Raczkowski:

Co jest dla ciebie ważniejsze uroda czy inteligencja?
Parsknięcie me było słychać chyba w drugim budynku:)


Na przeglądanie starych Przekrojów przezornie udałam się na dół do siebie. A jaki był powód powrotu do leciwych numerów? "Wojna domowa", na której dwa odcinki się natknęłam na Kino polska mnie natchnęła, a  że trafiłam na moje dwa ulubione odcinki ubawiłam się jak zwykle:)

"Dwója z azymutu"
minuta 6:05 za każdym razem spadam z kanapy ze śmiechu-mistrzostwo!

i
"Trójka klasowa"
minuta 15:22:))

I ja sobie przypomniałam, że serial przecież powstał na podstawie książki Marii Zientarowej, a teksty czytać można było w "Przekrojach" z lat 50/60-tych, więc rzuciłam się na moje magazynowe, cudowne, najwspanialsze stosy i wpadłam jak gruszka w kompot, brudząc sobie namiętnie paluchy od kart wiekowych przewracania.CUDO! Czytam i słyszę, widzę Kwiatkowską, Jankowską, Musiała, Góralczyk i Szczepkowskiego:) Tak już pozostanie na wieki.

Oto kilka fragmentów, które mnie rozbawiły niemalże do łez. Co jakiś czas będę Was raczyć tymi smaczkami, bo jeśli Zientarowa publikowała w Przekroju przez 20 lat (nawet jeśli odcinki "Wojny domowej" pojawiają się co kilka numerów),to mam co czytać na długi czas!:))))

"Przekrój" 1965

                   ****
                    ****
w dalszej części tekstu:


Wystarczy, bo mi się zachichracie na amen:)
Następne smaczki soon:)

wtorek, 10 lipca 2012

Postu zbiorczego część druga, czyli o dalszych losach przyszłego kierowcy i o tym co mnie trzyma w pionie kiedy budzik dzwoni o chorej godzinie. Aa i jednak biblioteka!:)

Drugi tydzień chodzenia do pracy na godzinę siódmą rano. Jak mi? Nie jest tak źle, tak jak myślałam, że będzie oczekując z niesmakiem na te letnie miesiące. Każdy wieczór kiedy kładę się o jakieś absolutnie dziwnej dla mnie porze i wstaję o takowej jest  jednak gwałtem na mej sowiej duszy. Póki nic się wieczorem nie dzieję na mieście i nigdzie się nie wybieram jest ok. O 20 po prostu się kąpie (jeśli nie jestem na spacerze) i wybieram aktywność na wieczór: film czy książka? I to dokonywanie wyboru boli najbardziej, bo chciałoby się wszystko. Korzystać z uroków letnich wieczorów (balkon by sprawę załatwił. Może znacie jakiś eliksir na porost balkonów?), obejrzeć jakiś dobry film, albo powgapiać się w ekran tv i jeszcze poczytać. W systemie porannego wstawania się wszystkiego nie da. To dla mnie po tych pracach zmianowych nowe doświadczenie. Właściwie nie narzekam, nie wstaję wcale tak wcześnie jakby można było zakładać. Śpię aż do 6.30 w porywach do 6.40! gdyż ponieważ nie mam imperatywu porannego kąpania się i mycia głowy. Robię to wieczorem dzięki temu kilka minut po wstaniu mogę wsiąść na rower, co zaraz po myciu głowy byłoby ryzykowne. Śniadanka także nie jadam tak wcześnie, wrzucam tylko produkty do torby i szamam już w pracy zazwyczaj w dobrym towarzystwie. Rano wykonuje cztery czynności: 
1) wstaję- zazwyczaj proces pionizacji trwa najdłużej, 
2) myje zęby- 2minuty,  
3) kremuje buzię-to cały mój makijaż, 
4) ubieram się-3 minuty, 
5) wrzucam jedzonko do reklamówki- 1minuta i wychodzę:) 
Do pracy jadę 7 do 10 minut. I już! Fajnie mam nie?


                                   *************

Smakuje teraz Buddenbrooków i od mniej więcej setnej strony czuje, że książka zaczyna mną zawładnywać. Jest to niekłamana rozkosz czytelnicza. W pracy natomiast doświadczam rozkoszy czytelniczej lżejszego kalibru (taki spokój jest po tej trzymiesięcznej zawierusze i co najważniejsze nie ma Bogumiła!), korzystam więc i cieszę się książką Niedźwiedzia. Cieszyć się długo nią nie będę bowiem czyta się ją skandalicznie szybko i przyjemnie (pomimo tego, że Niedźwiecki mistrzem pióra nie jest). Wczoraj rozpoczęłam książki czytanie i już sam fakt, że czytając słuchałam audycji pana Marka w Trójce jest chwilą magiczną, a koincydencja pt: czytam o uwielbieniu Niedźwiedzia do Niemena, a tu pan Czesław akurat leci jest smakowitą sytuacją. Ów fragment sponsorowały słówka: smakować i smakowity. Mniaaam:)


                                       **************

A teraz słów kilka o planach zawieszonych i planach wyjazdowych.




Zawieszenie dotyczy prawka. Czerwiec jakoś niekoniecznie obfitował w jazdy. W połowie miesiąca wysiadła mi lewa noga więc trzeba było z jednego tygodnia zrezygnować, a w drugim zaliczyć tylko jedną jazdę. W następnym natomiast tygodniu rozchorowała się Agnieszka i tak minęły dwa tygodnie. A potem? A potem, czyli kilka dni temu okazało się, że lipiec także nie będzie sprzyjał naszym spotkaniom, bo po pierwsze Agnieszka planuje w tym miesiącu urlop, a przed nim prowadzi zajęcia teoretyczne popołudniowe i czas będzie miała dla mnie dopiero w okolicach godziny 20. Dziękuje bardzo. Ja o 20 to chcę mieć już spokój:) 
 Ale, ale zostaję jeszcze sierpień, a w sierpniu pod koniec o czym za chwilę ja się wybieram na urlop i nie udałoby się nam wyjeździć pozostałych godzin, zapisać się na egzamin, zdać teoretyczny, wrócić i jeszcze wyjeździć te kilkanaście co najmniej dodatkowych godzin przed egzaminem praktycznym. Jest to zwyczajnie fizycznie niemożliwe. Więc zamiast się bawić w cykanie po troszku, w przerwy do mojego powrotu z wakacji jazdy zawieszamy. Dzięki temu na wrzesień pozostaje mi jeszcze 10 błogosławionych zapłaconych w ramach kursu godzin więc jest szansa, że nie zbankrutuje dokupując te dodatkowe. Myślę, że to najlepsze rozwiązanie:)
Fakt, że nikt mnie nie goni, nie jestem zoobligowana żadnymi terminami do kiedy mam to prawko zrobić daję mi swobodę wyboru i swobodę podejmowania dla mnie najlepszych na ten czas decyzji. Może nie jest to ambitne, może powinnam zacisnąć zęby, jeździć półżywa wieczorami, psuć sobie jazdami weekendy, może i byłaby to dorosła postawa, ale PO CO moi kochani? Po co się tak męczyć, kiedy można w miarę fajnie sobie żyć w ten letni, ciepły czas?:)


                                         ***************

No a teraz przejdźmy do najmilszej części (dla mnie rzecz jasna) dzisiejszego posta. Rozpoczynamy odliczanie do naszego wakacyjnego wyjazdu, który się w końcu spełni. W zeszłym roku się nam nie udało, bo pieniędzy nie było i czekaliśmy na rozwiązanie sprawy spadkowej, ale w tym roku nie wyobrażam sobie nie pojechać tam gdzie na nas czekają od roku!



Gibraltarze, Andaluzjo nadchodzimy!!




 Na wyjazd trzeba nam jeszcze poczekać 45 dni.  Wylot 27.08 powrót 10.09. Oficjalna wersja jest taka, że niby potrzebujemy kasy tylko na przelot (fraza tanie linie lotnicze w przypadku lotu bezpośredniego do Malagi jest dość sporym nadużyciem), ale wiadomo, że musimy mieć pieniądze na życie i na podróżowanie po południowej Hiszpanii (w granicach rozsądku).
Wizja podróży trzyma mnie w pionie i daje siły do wstawania i chodzenia do pracy. To jest fantastyczny zastrzyk mocy. Trzeba mieć na co czekać. Traktujemy ten wyjazd jako podróż życia, bo póki co przy naszych zarobkach nie da się odłożyć w przyszłym roku pieniędzy na taki wyjazd. Jedziemy tylko dlatego, że jesteśmy w posiadaniu pieniędzy nam darowanych. Smutna jest ta świadomość, że dwie osoby pracujące mogą sobie pozwolić na wyjazd za granice nie w nagrodę za przepracowany rok, nie dlatego, że udało się im na niego odłożyć...żyjemy jednak w dziwnym kraju. I mam tu na myśli wyjazd w ogóle, o takim wypasionym można sobie co najwyżej pomarzyć.
Ale nic to cieszmy się póki pieniądze są, bo wcale a wcale nie jest ich aż tak strasznie dużo i topnieją w codziennym życiu (dzięki nim dużo milszym) w zastraszającym tempie. Są tacy ludzie i takie zawody, że taką kwotę, nad którą my się tak trzęsiemy zarabia się w kilka miesięcy, lub ba zaledwie w dwa:)
Tak wiem, wiem i czasem mnie ta myśl paraliżuje powodując ucisk w dołku, że powinniśmy te pieniądze zostawić, zamrozić, zapomnieć o nich do czasu aż osiągniemy zdolność kredytową i wtedy z wielkim tadaaaam je wyciągnąć z odmętów zapomnienia i mieć jakiś tam start w historii kredytowej. Mieć za co wyremontować to mieszkanie, którego kupno się nam marzy od lat. (bo przecież stać nas będzie ewentualnie na mocno używane do remontu). Ale póki ja nie mam normalnej umowy szans na kredyt  nie mamy, a i potem zdaję się szału wielkiego i możliwości nie będzie więc mamy dwa wyjścia:

a) jak wspominałam kasę zamrozić i żyć smutno z naszych pensji,  czekać na Godota, nie specjalnie korzystając z uroków życia, nie mieć nowej lodówki i porządnego łóżka, nie bywać, nie jeździć na krótkie wypady i koncerty, nie jeść pyszności na mieście i nie kupować raz w miesiącu aż trzech książek! Żyć tak jak dotychczas i zapewne przez dłuuugi, dłuugi czas (a z kredytem? ZGROZA!) i nie jechać na wakacje. Rany jak bez sensu!




b) kasy nie mrozić, żyć weselej, swobodniej, korzystać z uroków życia, kupić nową lodówkę, porządne łóżko (jeszcze regał na książki mi się marzy), bywać, zaliczyć koncert Pietera Gabriela, jeść pyszności na mieście i kupować aż trzy książki w miesiącu (tak, tak są to książki wypłatki, ale dzięki kasie ze skarpety mogę sobie pozwolić na więcej!). Żyć inaczej niż dotychczas, cieszyć się wolnością z posiadania pieniędzy, nie zastanawiać się nad każdym wydanym groszem, kupić sobie aż trzy szampony firmy Loreal, (bardzo mi służą, a wybór jest duży), zestaw do picia mate dla dwojga i z lekkością odwiedzać np: fryzjera. I co najważniesze w końcu kawałka świata uświadczyć! No to jest sens:)



I to wszystko bez wyrzutów sumienia i nerwowego zaglądania w portfel. ach! I niech mi ktoś powie, że pieniądze szczęścia nie dają! Ależ dają, dają jak najbardziej, bo mieć pieniądze to mieć wolność, i możliwości zwłaszcza jeśli są to pieniądze darowane, nie okupione zawałem serca i nerwicą z przepracowania:)

My mało roztropni, może nawet nie do końca dorośli wybieramy opcję drugą, cieszymy się swobodą finansową TU i TERAZ zamiast jak na dojrzałych ludzi przystało zadbać o PRZYSZŁOŚĆ. Dzieciaki? Może i dzieciaki, ale za to jakie radosne:)

A Wy jak byście postąpili w tej sytuacji? Zaraz, zaraz czy ja naprawdę chcę to wiedzieć? hihi


                                        **************

Wiedziałam, że prędzej czy później pójdę do biblioteki, to się nazywa być w ciągu bibliotecznym. Ot uzależnienie sympatyczne. Ależ mam łupy! Znowu:)



1/2) "Pchli targ" i "Bękart ze Stambułu" Elif Safak-tyle się nasłuchałam dobrego, że jak się pojawiły na półce bibliotecznej wzięłam dwie naraz, w obawie, że zaraz znów pójdą w świat. Słyszałam, że "Czarne mleko" jest najlepszą książką tej autorki, od niej zamierzam rozpocząć literacką przygodę, tylko co jeśli od razu zjem wisienkę na torcie i reszta już nie będzie taka smakowita?
3) "Cafe Muzeum" Robert Makłowicz-uwielbiam faceta.
4) "Gaumardżos!" Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller-radocha!
5) "Wiosna 1941" Ida Fink- podpatrzone w Zasiedzisku ufam tym wyborom.
6) "Ojciec.prl" Wojciech Staszewski-jestem bardzo książki ciekawa. Stała sobie spokojnie i czekała na mnie:)
7) "Pensjonat pamięci" Tony Judt- chwalona w Tygodniku Kulturalnym.


Nooo!

piątek, 6 lipca 2012

Post tradycyjny, w którym będzie jak zwykle o książkach wypłatkach, o złamaniu abstynencji i o innych łupach.

Miał to być post zbiorczy, ale oszczędzę Was moi mili czytelnicy i o tym i o tamtym napiszę innym razem:) A teraz będzie o książkach, co wcale nie oznacza, że będzie to post zwięzły i krótki, wszak książki to temat rzeka i można o nich rozprawiać w nieskończoność. Post na szczęście gdzieś tam ma swój koniec. Cieszycie się? hihi

Tradycyjnie o książkach wypłatkach. znaczy się znów minął kolejny miesiąc:




Do kolekcji tradycyjnie z serii Reportaż (Czarne) "Farby wodne" Lidii Ostałowskiej, oraz w ramach wyprzedaży książek historycznych Normana Davisa "Europa między wschodem a zachodem", oraz "Marzec 68" Piotra Osęki, którą zostawię sobie na marzec roku następnego:) Obie książeczki dużo tańsze niż w normalnym obiegu. Mlask!
* Ostatnimi czasy mniej tradycyjnie o książkach upolowanych w bibliotece:

Po dwóch miesiącach abstynencji bibliotecznej złamałam się. A to wszystko przez świeżo wydaną książkę Sandora Marai, którą wypatrzyłam w mojej osiedlowej filii, a o której słyszałam wiele dobrego. Już od kilku dni czułam podekscytowanie planowaną wizytą w bibliotece. Wkroczyłam w jej parne progi w lekkiej delirce świadczącej o objawach odstawiennych i wyszłam z niej bardzo zadowolona. Papryczka come back!
Oto moje łupy:



Na zdjęciu:
1)"Czarne mleko" Elif  Safak-moje pierwsze spotkanie z tą autorką.
2) "Życie codzienne i niecodzienne w przedwojennej Polsce" Maja i Jan Łozińscy- wydanie z roku 1999 roku. Szkoda, że nie to najnowsze, ale i tak się cieszę.
3) "Babskie gadanie" Izabela Pietrzyk. Jakiś czas temu tytuł pojawiał się często na blogach. Zobaczymy. Może w sam raz na te upały? Niestety książka jest czymś obklejona, ktoś na nią chyba coś wylał. Jest wstrętna w dotyku. Czymś ją obłożyć muszę, bo mnie telepie jak ją trzymam w dłoni.
4) "Piękna rupieciarnia" Bohumił Hrabal. Najpierw ujrzałam okładkę i nieważne co by to było ja ją już zdecydowałam się  zabrać:)
5) "W podróży" Sandor Marai. To ona mnie zwabiła i wcale się nie gniewam:)
6) "Gorzkie spotkanie" Eileen Chang. O tej autorce (ale o innej książce) przeczytałam u Czytanki Anki i jak ujrzałam książkę to już wyjścia nie było. Decyzja o jej zabraniu zapadła właściwie bez udziału mej woli:)
7) "Nie wierzę w życie pozaradiowe" Marek Niedźwiecki. Z tej książki cieszę się najbardziej. Wiadomo!:)


Jak zwykle moja osiedlowa filia mnie nie zawiodła. Jest świetnie wyposażona. Widziałam, że przemiła pani bibliotekarka czytała nowego Stuhra, a na stole prężył się najnowszy Pilchuś. Szybcy są i chwała im za to! Dobrze czasem zrobić sobie detoks. Po odwyku radość niepomierna i dużo niespodzianek na półkach. 
Przepraszam Was moje własne książeczki. Wiecie, że się starałam. Przez pierwsze półrocze przeczytałam tylko jedną z Was, za to w czerwcu sześć tytułów, kończę siódmą. Wiem, że się cieszyłyście, że byłyście ze mnie dumne, że Was czytam, że w końcu macie szansę  wydostać się z półek, ale nie mogłam inaczej! Ten Sandor mnie złamał:) Postaram się czytać naprzemiennie raz książka biblioteczna, raz własna, albo dwie naraz. Jest to plan jakiś, czy wykonalny? Zobaczymy. 
Z ostatniej chwili: z realizacją planu może być ciężko, mało brakowało a dziś bym poszła do głównej biblioteki, ale na szczęście odbiłam się od zamykanych właśnie drzwi. Tak to jest jak się jest uzależnionym, jak się wpadnie w cug, to nie można przestać. I bach kolejne 7 książek i ziuch, ziuch do kolejnej filii...a jeszcze moja uniwersytecka, do której przezornie się nie zapisałam jest na podorędziu. O nie nie moi drodzy. Stop:)

O książce wygranej i nabytej dzięki zdobyczom cywilizacyjnym:

Kilka dni temu dotarała do mnie książeczka wygrana jakiś czas temu u Skarletka "Początki" Annie Murphy Paul. Na zdjęciu także drugie cudeńko książkowe.


Obok książek siedzi sobie słoneczna podusia do kolekcji z second za całe 2 zyle:)

W końcu w moje progi gościnne zawitali Buddenbrookowie. Nabyłam książkę drogą kupna na allegro za całe 13zł. Po obejrzeniu jakiś czas temu filmu tak mnie wzięło, że aż mi się w środku wnętrzności wywracały! Zaczynam zdanie po zdaniu smakować każde słowo. Powolutku, wieczorami przed snem z należytym pietyzmem i uwagą. Uhhhmmmm:)

* O książce zdobytej zupełnie niespodzianie:)

Moi drodzy okazuje się, że dobrze mieć męża pracującego w drukarni, nie tylko dlatego, że jak mąż pracuje i pieniążki do domku przynosi to fajnie jest, ale  czasem się zdarza i tak, że dodruk jakiejś książki może być zlecony akurat w tej samej drukarni, w której mąż bywa jako pracownik etatowy i do łapek własnych dostarczana jest książka...o taka:


Marcin Świetlicki "Wiersze"

O spełniających się pragnieniach- nadal a propo książek:

Z cyklu uważaj jakie masz pragnienia bo na pewno się spełnią...
Zawsze chciałam pracować z książkami/w książkach. Jakoś mi do nich najbliżej. Do ludzi także, ale co książki to książki;) No i mam spełnione pragnienie, a że odrobinkę odbiegające od pierwowzoru to już inna para kaloszy:)
Pracuje w książkach (dosłownie). Pragnienie się zaiste spełniło, nieco zmodyfikowane, ale się spełniło. Szczegół, że jest to magazyn czytelni i że w oczekiwaniu na przeprowadzkę do nowego budynku (dłuuugo czekać nam przyjdzie jak się okazuje) ów magazyn wygląda tak...jeszcze przed paroma minutami były dwa zdjęcia, których usunięcie przemyśliwałam raz po raz. Dziś przeczytałam mój zakres obowiązków, który znów trafił w moje ręce po zmianach w nazewnictwie instytucji i tam stoi jak byk w punkcie III pt: Odpowiedzialność zapis treści takowej: "przestrzeganie tajemnicy państwowej i służbowej"! Przelękłam się, że zdjęcia magazynu tajemnicą mogą być taką i się wyda i mnie w kajdany zakują i wsadzą za kratki:) Zdjęcia usunęłam więc przezornie. Ty czytelniku, który dopiero teraz trafisz na ów post posłużyć się musisz wyobraźnią.
rzut oka w prawo- opis zdjęcia:
szereg książek leżących na ziemi w stosikach obok siebie w rządkach, a między rządkami małe dróżki...cała połać w książkach leżących na pleckach, a w tle regały, na środku moje biurko:)


rzut oka w lewo-opis zdjęcia:
to samo tylko z lewej strony:)

Szczegół, że znalezienie jakieś książki przysparza niemałych problemów i czasem mam ochotę wpuścić tu bandę znudzonych przedszkolaków żeby zrobili z tym bajzlem porządek:) Już nie wspomnę o tych kilku miesiącach podczas których odbywało się książek przenoszenie tymi ręcami, na kolanach!:)
Nie narzekam! Nie narzekam! Jest dobrze. Pragnienia się wszak spełniają:)

I prawdziwy koniec końców:


Prezent na Dzień Taty. Już dawno miałam Wam o książce, którą przeczytałam w tempie ekspresowym wspomnieć, ale mi uleciało. Z "Gustawa i Ja" cytat, który mnie powalił ze śmiechu na kolana:


W tle mąż. Się pasie:)

O roztargnieniu Gucieńka (Holoubka):

"Kiedyś po powrocie do domu narzeka, jakiego to paskudnego barszczu próbował u Zbyszka Zapasiewicza. Okazuje się, że odgrzali sobie wodę z czerwonym płynem do zmywania, która miała pomóc w odmoczeniu stojącego na kuchni garnka..." 
ŚLICZNE!!



THE END!


AAA Tysiąc buziaków w Dniu Pocałunku!:)))
Cmok, cmoook. cmoook!

wtorek, 3 lipca 2012

Bezsenne noce, senne dnie...



Kochany pamiętniczku mam za sobą dwie nieprzespane noce. Coraz gorzej znoszę zmiany pogody zdaję się, że za złym samopoczuciem stoją te nooo fronty zafajdane co to się ścierają ze sobą. No i pełnia. Pełnia też zrobiła swoje (dziś jest wprawdzie dopiero, ale już mi dała w kość).
Wczorajszą noc spędziłam bezsennie walcząc zupełnie bez sensu z bólem głowy. Do tego mnie mdliło i na zmianę było mi gorąco i zimno. Z uporem maniaka okno otwierałam i okno zamykałam. I jak tu spać będąc w ciągłym ruchu?:)

Zaraz po tym jak przymknęłam oko prawe i oko lewe w mózg w fazie REM wdarł się dźwięk budzika i musiałam otworzyć oba oka. Bolało! A trzeba wam wiedzieć, że od poniedziałku poranki następują nieco wcześniej niż przez ostatnie 7 miesięcy.
O jery dramaat. Od lipca do końca września w pracy oprócz dwóch zmian (tydzień 8-16+sobota i tydzień 10-18) jest zmiana jedna dla mnie niemożliwa do ogarnięcia tak od razu, bo obejmująca jakieś zupełnie dziwne godziny! 7-15!
 Wiem, wiem tysiące może nawet miliony ludzi bywa także w tych godzinach w pracy, ale to mój debiut jest. Rozumiecie moją rozpacz i rozedrganie? Tak wcześnie jeszcze nie wstawałam i to codziennie!
 Te dwie zmiany były genialne, bo 8 rano to nie 7 i nawet te soboty były fajowe, fakt ciężko tak 6 dni, ale potem następował tydzień drugozmianowy dla odmiany czterodniowy i mogłam odespać koszmar zmiany pierwszej. A teraz? Teraz wstać trzeba nie dość, że godzinę wcześniej, to jeszcze niezmiennie na 7 przez 3 miesiące! O jery. Moja sowia natura się na to nie godzi. To zamach na nią. No nic to trzeba i już:)
 W niedziele się wyspałam (sobotę miałam też pracującą bez możliwości odebrania wolnego w poniedziałek więc spałam podwójnie) toteż problem z zaśnięciem miałam w noc następną. Zaliczyłam około 4h snu. Świetnie! W poniedziałek więc o 22 godzinie (chyba ostatni raz tak się położyłam wcześnie do wyrka w przedszkolu!) zawlekłam się w pielesze licząc na 8 godzin snu. A tu nic DUPA. Przyszedł zmienny front, burza, a wraz z tymi zjawiskami wspomniany wcześniej ból głowy i nici ze spania, o odespaniu nie wspominając. Ze 3 godziny snu zaliczyłam. Szaał normalnie! No nic to nie takie rzeczy. Pracując w OiK zdarzało mi się po nieprzespanej nocy (z braku rytmu) iść na 12h dyżur. Phi!  To wspomnienie jakoś mnie trzymało w pionie. Bo jak dałam radę godzin 12 to i 8 godzin wytrzymam. A w nocy myślałam sobie, że w razie czego wezmę urlop na żądanie jeśli ból głowy do rana nie przejdzie i to mnie pocieszyło (mój stary numer-nigdy nie posłużyłam się tym procederem, ale sama świadomość, że jest taka możliwość podtrzymuje na duchu). Rano głowa już nie bolała więc zdecydowałam się jednak do pracy udać. Łatwo nie było, ale jakoś przetrwałam. Musiałam się wprawdzie wspomóc tablicą Mendelejewa o smaku owoców egzotycznych w postaci Tigera (skutecznie na 2h), Żeń-szeniem w postaci tabletki i pod koniec pracy kawą w postaci płynnej ale dałam radę.
Cały dzień się snułam tu i ówdzie jak zombie nieprzytomna, a w głowie grała mi piosnka z tekstem dostosowanym do sytuacji "Być zombiakiem, być zombiakiem bo zombiaki są występne i zdradzieckie".
 Tyle na bieżąco. To miał być post zbiorczy pisany na raty, ale zanim się ukonstytuuje on w całości mogą minąć wieki, dlatego też post o niewyspaniu zaiste fascynujący zafunkcjonuje jako wpis samodzielny. 

A teraz muszę się kłaść spać, bo mam do odespania przynajmniej 3 godziny z nocy niedzielno-poniedziałkowej i 4 godziny z nocy poniedziałkowo-wtorkowej (dzisiejszy przydział snu litościwie dla siebie samej przemilczę)
Życzcie mi powodzenia i trzymajcie kciuki żeby nie było burz i wyjących do księżyca psów, bo trzeciej nieprzespanej nocy nie dźwignę:)

niedziela, 1 lipca 2012

"Ocaleni z XX wieku" mówią, Mikołaj Grynberg słucha...

Długo zbierałam się do napisania kilku słów o zdaję się najważniejszej w tym roku (póki co) książce. O książce dla mnie arcyważnej -skończyłam przed chwilą czytać "Dziennik" Pilcha i to słowo przez niego często używane przylgnęło do mnie i dobrze, bo jest to przymiotnik jak najbardziej zasadny w odniesieniu do książki, o której pragnę Wam opowiedzieć -koniec dygresji:)

Dlaczego tak długo się zbierałam do napisania kilku słów o książce? Przecież przeczytałam ją w maju zaraz po powrocie z koncertu Gabriela w Oświęcimiu (i rzecz jasna pobycie w Muzeach obu). 
Ano dlatego, że zwyczajnie nie wiedziałam jak o niej napisać, jak i co żeby nie obedrzeć Jej ze swej niezwykłości, z głębi, z piękna zwyczajne.

Mikołaj Grynberg "Ocaleni z XX wieku.Po nas nikt już nie opowie, najwyżej ktoś przeczyta..."
Świat Książki Warszawa 2012.

Mikołaj Grynberg jest fotografem i "Ocaleni z XX wieku" jest jego książkowym debiutem. Debiutem wyjątkowym. Fotografie przemówiły. Konkretnie postaci z jego fotografii przemówiły. Grynberg spotkał się z 25 ocalałymi zamieszkującymi tereny Izraela. Bohaterowie wywiadów...wróć rozmów, a raczej spotkań, bo to słowo właśnie najlepiej oddaje specyfikę tych niech będzie wywiadów/spotkań snują swoje opowieści z czasów wojny. Niektórzy doświadczyli losów Żydów w najbardziej okrutny sposób przeżywając cudem pobyt w obozach koncentracyjnych, inni się ukrywali do końca wojny, jednym pomagali Polacy inni przez Polaków znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. I potem, po wojnie nie było różowo i bajecznie, bowiem większość Ocalanych musiała/ chciała opuścić świat swojego dzieciństwa/młodości i wyruszyła do Izraela, odtąd to ta ziemia stała się ich Krajem (tak właśnie nazywają Izrael). Krajem, który wcale nie witał ich z otwartymi ramionami. Tamci Żydzi nie rozumieli Żydów europejskich, gardzili nimi, nie byli w stanie pojąć jak mogli dać się zabijać. Często gardzili nimi i wstydzili się ich postępowania podczas wojny. Odtąd nigdzie nie będą u siebie. 
Wszędzie obcy, niechciani. Różnie sobie bohaterowie Grynberga radzili i radzą z traumą, jedni  zapomnieli (a przynajmniej tak im się wydawało) i spoglądali w przyszłość, inni zasiedli dwoma nogami w dawnym życiu od czasu do czasu spoglądając w teraźniejszość. Niektórych trawi (nadal, stąd czas teraźniejszy) złość na Polaków, na kraj, który opuścili, nie tęsknią, nie żałują. Jeszcze inni tęsknią bardzo mocno, ale nie mają do nikogo żalu. Po prostu żyją, mając w sercu swoją własną prywatną Polskę. Układają sobie życie na nowo, zakochują się, zakładają rodziny. Doświadczenia ludzkie są przecież złożone,  życie to sinusoida i raz bywa strasznie, dramatycznie, a potem wychodzi słońce. Na tym to właśnie polega.

Awiwa i Poldek Maimon

Dla mnie w tej książce nie historie były najważniejsze, choć bez ich bohaterów, bez ich osobistych zwierzeń nie byłoby tej książki, najbardziej jednak wzruszająca, poruszająca do głębi nie była tematyka, ale rozmowy same w sobie. Formuła tych rozmów, sposób ich prowadzenia wbrew regułom reportażowym stanowi o wyjątkowości "Ocalonych z XX wieku" Mikołaja Grynberga.


Relacja i więź, która wytwarzała się każdorazowo podczas spotkań między Mikołajem Grynbergiem, a Awiwą i Poldkiem Maimonem, Ireną i Dovem Johannesem, Giorą Bar Nir, Ireną i Kubą Wodzisławskimi, Krysią i Samuelem Willenbergami, Haliną i Władkiem Kornblaum, Cyporą i Efarmem Laadan, Lusią i Mietkiem Raubvogel, Róźką Micenmacher, Irką i Gienkiem Waks, Stellą i Izio Gold, Ryszardem Low, Bianką i Marcelem Goldman i Ritą i Tulem Schenierer jest niemalże namacalna dla czytelnika. Czuć jej siłę, czuć jej moc. Piękno nie umiera jednak i ta myśl, że pomiędzy ludźmi może się wytworzyć taka cudowność daję otuchę. Ta więź nie bierze się tylko z wrażliwości Grynberga, ale także dlatego, że Mikołaj w tych opowieściach odnajduje ślady swojej rodziny, tropy swojej własnej rodzinnej historii. On wie słuchając swoich rozmówców co przeszli, jakie dramaty były ich udziałem, jego rodzina, dziadkowie doświadczyli podobnych. Nie jest znikąd. Jest swój. ROZUMIE. Nie ocenia, nie narzuca, on SŁYSZY. On nie tylko słucha, a uprawia trudną sztukę słyszenia. On robi to czego jego rozmówcy najbardziej potrzebują, oni mogą mu opowiedzieć czasem pierwszy raz w życiu czego doświadczyli, bo pierwszy raz w życiu ktoś ich naprawdę SŁUCHA i SŁYSZY, po prostu Grynberg się w swoich bohaterów wsłuchuje. I to jest tak po ludzku wzruszające i piękne. Grynberg nie upiększa, nie zmienia toku wypowiedzi, gramatyki i stylistyki niekiedy niepoprawnej. I ta autentyczność sprawia, że czytelnik ma wrażenie (ja miałam), że także spotkał się z tymi ludźmi. Siedział z nimi i zajadał te tak bardzo ważne ciasteczka...bo jakby tych ciasteczek nie zjadł...to...byłaby najprawdziwsza w świecie chryja:)

Rita i Tulo Schenirer

Smakowałam słowa, zdania i nastrój tych wyjątkowych rozmów powolutku po jednym spotkaniu dziennie. Rozsiadałam się w niewidocznym fotelu obok i patrzyłam na tych starszych ludzi, którzy przeszli piekło, patrzyłam z jaką troską odnoszą się do Mikołaja traktując go nierzadko jak własnego wnuka, z jaką troską odnoszą się do siebie nawzajem. Jacy są w tym wszystkim prawdziwi, a przede wszystkim najbardziej wzruszało mnie, że SĄ, bo już niedługo odejdą. Razem z nimi odejdzie mądrość tamtego pokolenia.
Czasem korciło mnie by zajść do następnego pokoju, następnego miejsca, zjeść inne ciasteczka, ale powstrzymywałam się, z czułością bezwiednie głaskałam zdjęcie znajdujące się przed każdym rozdziałem i zamykałam książkę, ją także bezwiednie obdarzając głaskiem. Jeszcze jedno słowo, które obok ZROZUMIENIA, WSŁUCHIWANIA, WZRUSZENIA ciśnie mi się na usta, to SZACUNEK. Jeszcze CZUŁOŚĆ i CIEPŁO.
 I muszę to dodać. Te rozmowy były niejednokrotnie zwyczajnie zabawne. Trudno w to uwierzyć biorąc pod uwagę ciężar tematyki, ale właśnie tak było. Tak się zdarzało. Nie bójcie się tej książki. Nawet ci, którzy czują i wiedzą, że są za wrażliwi żeby udźwignąć temat Zagłady nie bójcie się! Szkoda by było nie przeczytać, nie poczuć tej arcyważnej, że posłużę się klamrą książki:) 

NA ZAKOŃCZENIE:

Rzadko mi się zdarza, a właściwie nigdy mi się nie zdarza płakać podczas czytania książki. A tu moi drodzy raz mi się zdarzyło.  Zaraz na początku lektury gardło się ścisnęło, łzy po policzkach spłynęły kiedy przeczytałam:

"...zaraz zacznę bardzo płakać. Wtedy ani ani nie płakałam...dopiero teraz to przychodzi. Czekaj jeszcze chwilę. Pokażę ci, jak maszerowałam. (Irena wstaję i zaczyna maszerować wokół stołu. Ma zacięty wyraz twarzy, a w oczach ani jednej łzy). Tak chodziłam i udawałam idiotkę i krzyczałam: Patrz jeszcze mogę zatańczyć. I raz i dwa, i obrót!. Nie potrafię opowiedzieć, jak było dalej.
Mikołaj: Pani Ireno, zróbmy przerwę. Wrócę do pani za kilka dni...
Irena: Chwilę, musimy wyjść z tej kaplicy, bo ja tam nie mogę zostać bez pana. Ten Niemiec wziął nas i krzyczał, że jak ja jestem Maria (udawała Polkę przed Niemcami), to się okaże, czy moja patronka mnie uchroni. Kazał nam stanąć przed tą Marią i...
Mikołaj: Strzelał do was?
Irena: Tak. I trafił w tamtą Marię...
(Irena szlocha i nie umie znaleźć polskich słów, by kontynuować opowieść)
Mikołaj: Koniec.
Irena: Mów do mnie. Ty mów do mnie.
Mikołaj: Ja nie przyjechałem do was po to, żeby wspomnienia wracały do tego domu z taką siłą...
Irena: Kochany, tyle lat na ciebie czekałam, żeby zacząć tak płakać.
(Irena przytula się do mnie i dalej już nie możemy rozmawiać, bo oboje nie możemy przestać płakać).

Spotkaliśmy się jeszcze raz tydzień później. Po naszym ostatnim spotkaniu Irena przespała czternaście godzin..."

Irena i Dov Johannes

Mogłabym wynotować dużo więcej zdań i cytatów, ale nie odbiorę Tobie szanowny czytelniku przyjemności ich odkrywania podczas własnej lektury "Ocalonych XX wieku".

KONIEC.