"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

środa, 4 kwietnia 2012

Z Polski do Polski wędrówka. "Sami swoi i obcy" Mirosław Maciorowski

Książka, o której chce napisać siedzi we mnie już od jakiegoś czasu. Jest to jedna z tych książek, które wołają, krzyczą by ją przeczytać zaraz jak tylko wylezą z torby i wlezą na półkę. Teraz, natychmiast! To się nazywa chemia moi drodzy. Organiczny wręcz pociąg do książki. Smakowałam ją kilka dni świadomie sobie ją dawkując. Przegrały z nią wszystkie książki biblioteczne. A jak wiecie rzadko mi się zdarza przedkładać książkę własną nad książkę wypożyczoną. Z tą pozycją nie mogło być inaczej. 
Trafiłam na nią jak już wspominałam kilka miesięcy temu w Poznaniu, wzięłam do ręki, otworzyłam, a tam rozdział o Zielonej Górze. Taki zbieg okoliczności:)
Tak też się dziwnie zdarza, że poniższy tekst został przeze mnie napisany dokładnie miesiąc temu. Doprawdy nie wiem dlaczego nie zamieściłam go wcześniej.

 "Sami swoi i obcy" Mirosław Maciorowski

Książka składa się z dwóch części.





 Pierwsza troszkę obszerniejsza to zapis wspomnień ludzi przesiedlonych z Kresów (Polaków i Ukraińców) na Ziemie Zachodnie, czy jak kto woli Ziemie Odzyskane (wyzyskane, jak mawiał pan Popiołek), druga cześć to reportaże o tej samej tematyce. Materiał zebrał Mirosław Maciorowski. Reporter Gazety Wyborczej z Wrocławia. Sam jest potomkiem przesiedleńców. Początkowo założeniem reportera było pozyskanie kilku wspomnień do Gazety Wyborczej w ramach cyklu, ale w obliczu takiej ilości nadesłanych historii postanowił ze zbioru reportaży skompilować książkę.Pozycja owa wzbogacona jest w bardzo dużą ilość zdjęć.  I chwała mu za to!


Wyobraźcie sobie, że żyjecie sobie w kraju, mieście,wsi, domu, który uważacie na swój, kochacie to miejsce, ulice, drogi i zakamarki. To jest wasz świat, znacie sąsiadów, niektórzy są wam bliscy. Aż tu nagle w wyniku zawirowań historycznych kraj, w którym się urodziliście przestaje być Waszym krajem, jesteście uważani za obcych. Granice się przesunęły. Ktoś zadecydował za was w jakim kraju będziecie od tej chwili żyć. Rozpoczyna się wędrówka ludów. Powojenny exodus. Mieszkańcy wschodniej Polski, która przynależy teraz do Związku Radzieckiego zmuszeni są opuścić ziemie przodków, a ci, którzy zdecydują się pozostać już nigdy nie będą u siebie. Dla niektórych przesiedlenie do Polski jest zbawieniem (mieszkańcy Ukrainy), dla innych przekleństwem.
Zachodnia granica kraju się przesuwa dość mocno w bok zagarniając ziemie należące wcześniej do Niemiec. Tam na zachodzie odbywa się równie dramatyczna wędrówka. Ludzie podobnie jak na Wschodzie tracą domy i ziemię uważaną przez wieki za część ich kraju. Dwa krańce, wielkie życiowe dramaty. 



W książce rzecz jasna przedstawiona jest tylko historia polskich i ukraińskich repatriantów. No właśnie tak nazywani byli przesiedleńcy przez nowe władze, a repatriacja oznacza powrót z niewoli lub wygnania do ojczyzny. Ci ludzie nie powracali do siebie. Nikt nie wyjechał dobrowolnie. Autor nazywa ich w tytule wypędzonymi. Tragedie przesiedlanych w głąb kraju niemieckich obywateli samemu można sobie dopowiedzieć. W końcu ludzie są do siebie podobni. Tęsknota za utraconym wszędzie jest taka sama. 

Z relacji bohaterów książki dowiadujemy się po krótce jak wyglądało ich życie wcześniej, w jakich warunkach przebiegała podróż i jakie były pierwsze wrażenia z nowego miejsca zamieszkania. Niektórzy spotykali swoich bliskich, którzy już wcześniej przygotowali grunt, inni byli zupełnie sami na obcej ziemi.
A jak wyglądały pierwsze godziny w nowym mieście? Najpierw PUR, który dawał przydział na ziemie i dom. Bywało i tak, że ludzie sami sobie go wybierali. Jeśli nie był zajęty, nie powiewała na nim flaga, oznaczająca, że ktoś już tam mieszka,  można było się wprowadzać. Czasem dom jakby sam wychodził na przeciw, innym poszukiwania zajęły dużo czasu, były długie i mozolne. Dla większości pionierów Ziem Zachodnich architektura domostw, ich nowoczesne wyposażenie były dużym zaskoczeniem i wyzwaniem. Często prości ludzie nie potrafili sobie poradzić z technicznymi nowinkami. 
Najbardziej pogodne są wspomnienia ludzi, którzy wówczas byli dziećmi. Wiadomo one najszybciej potrafią się przystosować do nowego. Często traktowały podróż jak przygodę. Najsmutniejsze są losy babć i dziadków tych dzieci. Nie przesadza się przecież starych drzew. Niektórzy zostawili wielkie majątki by rozpocząć zupełnie od zera na równi z tymi, którzy tam na wschodzie zostawili biedne chaty. Wszyscy są tak samo obcy, tak samo na nowej drodze. Do tego w większości nie widzieli sensu w tej wędrówce, bo jak to tak z Polski, która już nie jest oficjalnie Polską jechać do Polski, która za to wcześniej Polską nie była. Obłęd.
Ludzie byli przestraszeni, nie wiedzieli jak tu teraz żyć. Do tego było niebezpiecznie, bo grasowały bandy szabrowników. Najliczniejsze z centralnej Polski. Często napady (szczególnie na domy samotnie stojące) odbywały za przyzwoleniem nowej władzy.
Częstokroć przesiedlenie na Ziemie Zachodnie, czy Północne przynosiło wymierne korzyści nowym mieszkańcom. Ich status wzrastał, dzieci chodziły do szkoły, rodzice do pracy. Kto wie czy tam na wschodzie mieliby takie szansę rozwoju? Dla jednych była to nobilitacja, dla drugich degradacja.

Wspomnienia pisane są językiem prostym, mówionym, nie mają większej wartości literackiej, bardziej emocjonalną, wspomnieniową. Czyta się je często ze ściśniętym serduchem. Niektóre są smutne, pełne nostalgii, inne pełne nadziei. Tyle wspomnień, tyle skrajnych i różnych emocji towarzyszących przesiedleńcom, ilu nowych osadników Ziem Odzyskanych. Nie wiem już jakiego określenia mam używać. Ziemie Odzyskane to nazwa propagandowa i ma niewiele wspólnego z historycznymi faktami. Ziemie Zachodnie nie do końca określają owe fakty, bo przecież w skład tych ziem wchodziły jeszcze Ziemie Północne.

O ile część wspomnieniowa była dla mnie raczej wzruszająca, to ta część reportażowa, mająca jednak większą wartość literacką była dla mnie przede wszystkim porażająca. Ta część jest bardziej mroczna, smutna i duszna. Szczególnie bolesne są relacje mieszkańców Wołynia i ich relacje z Polakami. To trudna wiedza.
Warto przeczytać Samych swoich i obcych, warto się czegoś dowiedzieć, przeżyć. Warto zwrócić swoje serce, głowę i uwagę w tym kierunku, tym bardziej, że świadkowie tamtych zdarzeń powoli odchodzą. Pozostaną ich wnuki i prawnuki, ale to już nie to samo. 

Książka jest dla mnie ważna także dlatego, a może przede wszystkim właśnie dlatego, że jak wiecie mieszkam na Ziemiach Zachodnich. Moje miasto dawna Grunberg pojawia się na kartach książki dwa razy. Z przyczyn oczywistych to na tych właśnie fragmentach skupiałam się najbardziej. Odnajdywałam dawne ślady miasta. We wspomnieniach Zielonagóra (z początku pisana łącznie) przedstawia się trochę sielsko, zielono, czysto, a jednocześnie dość mroczno i niebezpiecznie.

Wspomina pani Jadwiga Korcz-Dziadosz (Sambor-Zielona Góra)

"Mama ruszyła na rekonesans po miasteczku. Nie było tu śladu zniszczeń wojennych, były porządne, brukowane jezdnie i gładkie chodniki, rzucała się w oczy obfita zieleń: ulice obsadzone były lipami, a wiele domów otoczonych było pięknymi ogrodami. Niestety na najlepszych domach przypięte były informacje, że są zajęte...

Jadwiga Korcz-Dziadosz

Bronisława Bartosz wspomina (Ryków niedaleko Złoczowa w województwie tarnopolskim-Zielona Góra)

"Po południu poszliśmy do miasta. Domy piękne, miasto wojna niezniszczone, dużo zieleni. Trochę pustawo, chodzą grupkami ludzie, nasłuchujemy, jak mówią, jak mówią, czy po polsku? A jeśli tak, podchodzimy do siebie, zapoznajemy się, ale widać i Niemców, rozmawiają przyciszonym głosem, czują się niepewnie. Boją się sowietów, których dosyć dużo kręci się po mieście. Oto idzie kilku polskich żołnierzy, śpiewają, podchodzimy do nich, witamy się, trochę nam lżej na sercu. To wilniaki, podpiwszy sobie, chodzą po mieście, podśpiewują szczęśliwi, że wojna się już skończyła...wieczorem robi się niebezpiecznie, w nocy słychać krzyki, strzały, zaczynamy czuwać, mamy broń. Wychodzimy na strych i nasłuchujemy. Rano dochodzi wiadomość, że to czerwonoarmiejcy buszują po nocach, strzelają, a już samotna kobieta nie śmie się po zmroku pokazać, bo zgwałcą".

Bronisława Bartosz

Kraniec zachodniej Polski nazywany był przez nowe władze Ziemiami Odzyskanymi, że niby mamy do nich moralne prawo od dawna, tylko zostały nam odebrane, a teraz wracamy do macierzy. Stąd nazywanie przesiedleńców repatriantami. Ot taka propaganda.
Prześledziłam mapy i akurat ziemia lubuska znika z granic Polski dokładnie w 1249 roku. Może i faktycznie kiedyś owe Ziemie należały do Polski, ale to było prawie 1000 lat temu. Jakie to ma znaczenie dla akurat zamieszkujących tą przestrzeń ludzi?

Dwa pierwsze pokolenia nie czuły się do końca u siebie, panowało przekonanie, że Niemcy wrócą i zabiorą co swoje, nie ma sensu więc rozpakowywać tobołków jeśli zaraz znów trzeba będzie gdzieś ruszać.


Jadwiga Korcz-Dziadosz


"...ale my przecież szukaliśmy jedynie jakieś kwatery. Mieszkanie a tym bardziej dom nie były nam potrzebne, ta sytuacja nie mogła trwać długo, te Ziemie Odzyskane pewnie zaraz będą ponownie "odzyskane", bezpieczniej przeprowadzić się-może bliżej Sambora?

 Dopiero trzecie pokolenie, te autora "Samych swoich i obcych" otworzyło i rozpakowało walizki. Oni  dopiero poczuli się pełnoprawnymi mieszkańcami tych Ziem.

Bronisława Bartosz 

"Zielona Góra (Grinberg). 14 sierpnia 1945. Jesteśmy na miejscu. Na stacji ruch, przyjeżdżają wysiedleńcy, przyjeżdżają szabrowniki...Dom przy ulicy Św. Trójcy, parterowy cztery pokoje, kuchnia, spiżarka, łazienka, a  na poddaszu dwa pokoje, ładny hol, strych...wyszabrowali co się dało i wyjechali, a po nich zajęli dom Sowieci-wojsko. My już zastali tylko kupę brudów i śmieci. W mieszkaniach brudy, ściany schlapane kompotem...zaschnięte kupy. W jednym pokoju pierze wysypane z pierzyn, pokrwawione, zmieszane z papierami i szkłem...


 Ulica Św. Trójcy istnieje nadal. To mała uliczka pomiędzy blokami.Znajduje się tam placyk zwany parkiem (z niedużą ilością rachitycznych drzewek). Przedtem znajdował się tam cmentarz pod nazwą Świętej Trójcy. 
Kresowiacy i ich potomkowie stanowią 40% mieszkańców Zielonej Góry. Reszta to potomkowie przybyszy z innych części kraju, oraz autochtonów, których na Ziemi Lubuskiej pozostała spora grupka. Trudniej było się Kresowiakom przystosować niż przesiedleńcom z Polski Centralnej, czy innych części kraju. Różniły ich obyczaje, tradycję, ubiór, sposób uprawy roli, język. Z biegiem lat różnice się stopniowo zacierały

Jak wiecie kwestia Ziem Zachodnich interesuje mnie od dawna, ale po przeczytaniu książki popadłam wręcz w obsesję. Co rusz trafiam na ślady dawnych mieszkańców. Domy poniemieckie są bardzo charakterystyczne. Teraz już wiem mniej więcej jak duża mogła być Zielona Góra zaraz po wojnie. Granice te wyznaczają domy w rozpoznawalnej zabudowie. 
Przechodząc obok takiego skupiska domów (czasem  samotnych oddalonych od miasta) wyobrażam sobie pierwszych osadników, których intuicja (albo przydział) poprowadziła od dworca prosto i w prawo i proszę bardzo dom, duży murowany, czasem z przybudówkami gospodarczymi, w sam raz dla Mućki. Dom jest jeszcze pusty. Trzeba się spieszyć, żeby nikt inny nie ubiegł. Nowi mieszkańcy stają przed domem z tobołkami, z całym swoim dobytkiem, zmęczeni i smutni. Teraz to jest ich nowe miejsce do życia. Wokół inne domy, albo sady, lasy i pola. Niejednokrotnie przez czas jakiś muszą mieszkać pod jednym dachem z dotychczasowymi mieszkańcami, którzy szykują się do drogi w przeciwnym kierunku. Niektórzy trochę znają język niemiecki, innym tym nie znającym trudniej, ale jakoś wspólnie egzystują. We wspomnieniach nie odnotowano aktów agresji, czy specjalnej niechęci, wręcz przeciwnie raczej połączenie w niedoli przesiedleńca.  Ci ludzie obywatele wrogich sobie państw bywało, że pomagali sobie wzajemnie. Czasem nawiązywała się nawet bliskość. 

Jadwiga Korcz-Dziadosz


"...W sąsiedztwie domu w piętrowym budynku mieszkały jeszcze dwie Niemki. Dziadek Michał -dobra dusza-szybko zorientował się, że są głodne, wystraszone, i zaczął je dokarmiać. Gdy w listopadzie 1945 roku wyjeżdżały za Odrę, starsza z nich powiedziała: Jest pan dobrym człowiekiem-niech pan tu mieszka!"


Niemieckie właścicielki domu w Zielonej Górze


 Te fragmenty we wspomnieniach wzruszają szczególnie. Tych dawnych mieszkańców także próbuje sobie wyobrazić. Jak wyglądali, czym się zajmowali. 


Wróćmy jednak na chwilę jeszcze do książki.
Historia rodziny z Kielc boli najbardziej. Ci ludzie pokonali faktyczną podróż z Polski do Polski. Odbyli, bowiem podróż w jej granicach. Z Kielc na Mazury. A dlaczego? Sami przeczytajcie.

Kilka następnych dni po przeczytaniu "Samych swoich i obcych" śledziłam mapy dostępne w internecie, oraz przeczytałam wszystkie dostępne w pracy numery czasopisma społeczno-historycznego "Pionierzy" wydawanego przez sekcję  Historyczną Stowarzyszenia Pionierów Zielonej Góry. Szkoda, że tych pisemek tak mało:( Już przestało wychodzić. Obczytałam wszystkie wspomnienia. Jedno znalazło się właśnie w książce. 

Najchętniej zeskanowałabym Wam większość tych wspomnień, ale przewrotnie zamieszczę tylko jedno wspomnienie Niemki, która po latach powróciła do kraju swego dzieciństwa. Ta kobieta miała szczęście mogła powrócić, zwiedzić miejsce, w którym wcześniej żyła. Kresowiacy częstokroć nie mają takiej szansy, bowiem wielu miejsc już nie ma. Poszły na zatracenie. Nie istnieją:(




Zdaję sobie sprawę, że tego mojego wywodu nie można nazwać recenzją, ale inaczej nie umiem pisać, zwłaszcza o takiej tematyce. Są emocję i już.
Książkę polecam nie tylko zainteresowanym tym tematem i nie tylko mieszkańcom Ziem Odzyskanych. To dobra, warta uwagi pozycja. 
Cieszmy się, że żyjemy w czasie pokoju i nikt nam nie karze w ciągu kilku dni (a czasem godzin) zostawiać całego swojego życia, nie musimy podróżować w ścisku, w nieludzkich warunkach do odległych miejsc, obcych miast i ludzi. Szczerze nie wiem czy zniosłabym to godnie. Nie wiem czy jestem na tyle silna. Na szczęście nie muszę sobie zadawać takich pytań. Mogę za to od czasu do czasu zatrzymać się przed jakimś starym domem i chwilę podumać nad jego pierwszymi w "nowej Polsce"  mieszkańcami, których być może już nie ma i nad dawnymi, których nie ma już na pewno.

Na tej stronie znajduje się kilka wspomnień, oraz dwie bardzo ciekawe rozmowy z historykami.

http://odkrywca.pl/sami-swoi-i-obcy-prawdziwa-historia-repatriantow,681237.html 


P.S Wszystkim tym, którzy przeczytali ten długaśny post gratuluję i dziękuje:)

5 komentarzy:

  1. Wiem, że to książka dla mnie i wierzę, że gdzieś tam czeka mój egzemplarz. Z książkami, które bardzo mi się podobają, też tam mam, że cytowałabym bez końca, żeby podarować ją innym. Jednocześnie taka próbka mówi czasem więcej niż sążnista, wypracowana recenzja. Wiosny w duszy i za oknem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że spodoba Ci się ta książka, chociaż słowo spodoba nie jest najbardziej trafnym określeniem. Bardziej do słowo "bliska".

      Usuń
  2. :) te opowieści i reportaże też zrobiły na mnie wrażenie i też pisałam o tej książce u siebie.

    Moja babcia trafiła do Szczecina z okolic Białegostoku. Nigdy się na to nie użalała, zawsze uważała, że to co zastali tutaj było lepsze niż to co zostawili. Nigdy nie chciała tam wrócić; dla niej to było ZSRR, a nie jej dom. Żadnej nostalgii.

    Drugą część rodziny mam polsko-niemiecką, bo takie z kolei były losy Wielkopolan. Jedni zostawali w kraju, inni wyjeżdżali do Niemiec. Moja druga babcia została w Polsce, jej ukochana siostra wyjechała do Berlina z mężem. Po wojnie spotkały się może z 10 razy, pozostawały im tylko listy. Podobne historie, podobne decyzje pokazywał serial "Pogranicze w ogniu" - znasz te obrazy ?

    Ja z kolei mieszkam od zawsze na ziemiach, które dawniej wyglądały inaczej. Dopiero teraz, w ostatnich latach, mozolnie podnoszą się z peerelowskiej szarości i pospolitości. Oglądam stare zdjęcia Szczecina i okolic i skręca mnie z nerwów nad tym, że nie uszanowano tych miejsc. Mogły wyglądać prawie jak Amsterdam, a wyglądają... Pewnie, ze ja jestem już zwyczajnie STĄD, ale ślad emocjonalnego rozerwania w moim DNA pozostał z pewnością ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem byłam i czytałam:)
      Ależ masz rodzinną historyje. Moja jest zwyczajna.Chociaż może nie:) Ale moja babcia także przyjechała do ZG z okolic Białegostoku (dokładnie wieś Żarnowo 7km od Augustowa, do samego Białegostoku jest kawałek, ale to te okolice). Z tym, że moja babcia wyjechała dobrowolnie do pracy. Właściwie całe rodzeństwo babci wyjechało, tylko jeden brat pozostał na gospodarce. Druga babcia mieszkała w okolicy w Bydgoszczy, blisko granicy z ówczesnymi Niemcami. Myślę, że babcia była z nieprawego łoża, a prababcia potem wyszła za Niemca i zdaje się, że moja babcia była voldsdojczką, pracowała u Niemca (dlatego obiad zawsze był na 12-koszmar). Wydaje mi się, że tam musiały być jakieś zawirowania:)

      Usuń
    2. Zwyczajna...? Dobra jesteś :)) To naprawdę niezła opowieść :) Powiem ci jeszcze, ze moja babcia (ta z okolic Białegostoku) była na robotach w Niemczech i omal tam nie została. Niemcy, do których trafiła byli starzy i nie mieli dzieci. Spodobała im się młoda gospodarna dziewczyna, spodobała im się jej zaradność i chęć do pracy w gospodarstwie. Chcieli, żeby została, chcieli ją nawet adoptować :)

      Swoją drogą to jest właśnie historia, jakiej powinni uczyć w szkołach. Nie czarno-biała, tylko właśnie taka, niejednoznaczna... Czarno-biała historia to domena polityków. Za taką nie przepadam. Zupełnie inny typ historii wygląda z reportaży, albo raczej zza reportaży :)
      Ostatnio czytałam "Londyńczyków" z wyd.Czarne. Tam jest zaskakujący rozdział o gen. Andersie. Zaskakujący, bo ciut nieprawomyślny.

      Usuń