"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

wtorek, 24 lipca 2012

Kino Izrael-mały przegląd filmów-część PIERWSZA, czyli te obejrzane niedawno:)

Wzięło mnie na kino izraelskie. Wydawało mi się, że widziałam zbyt mało filmów z tego kraju, żeby wyrobić sobie pogląd, ale jak zaczęłam grzebać tu i tam to okazało się, że jak najbardziej widziałam ich dość sporo. Niektóre są świeżo obejrzane (o tych kilka słów więcej) inne obejrzane nawet kilka lat temu, więc siłą rzeczy wspomnę tylko tytuły i ogólne wrażenie jakie po sobie pozostawiły. Niektóre są w koprodukcji z innymi krajami, inne samodzielne. 

W ostatnim tygodniu obejrzałam trzy filmy izraelskie , właściwie  w koprodukcji najświeższy to:

"Misja kadrowego" reż: Eran Riklis


Pewnie nie zwróciłabym uwagi na ten tytuł gdybym nie zaczęła grzebać w necie i łączyć reżyserów, czy aktorów z już wcześniej obejrzanymi filmami. Eran Riklis wyreżyserował genialne "Drzewo cytrynowe", o którym to filmie rozpisywałam się sowicie., więc musiałam sięgnąć po kadrowego bez dwóch zdań!  Jak wypadł nowszy film tego reżysera? "Drzewa cytrynowego" nie przebił (o to będzie trudno), ale miło spędziłam czas. 
Tytułowy kadrowy, bardzo dobrze grany przez Mark Ivanir
jest pracownikiem największej piekarni w Jerozolimie, robi za kadrowego, ale też jego zadaniem jest dbanie o dobre imię firmy. Imię  to zostało nieco zszargane, bowiem w zamachu zginęła jedna z pracownic Julia z pochodzenia Rumunka. Podczas wewnętrznego śledztwa wychodzi na jaw fakt, że Julia figurowała na liście płac jako zatrudniona, a w rzeczywistości już dawno nie pracowała w piekarni. Prasa doszła więc do wniosku, że zatrudniający swoich pracowników, tak głęboko mają ich w nosie, że absolutnie nic o nich nie wiedzą. Tak być nie może, dlatego też kadrowy zostaję zmuszony do obycia podróży w rodzinne strony Julii, w celu zatarcia złego wrażenia, towarzyszy mu trumna i wścibski dziennikarz. I właściwie od tego momentu zaczyna się film. Dotąd jakoś nie kupowałam tej historii, ale z każdym następnym kadrem i ja zaczęłam się wciągać w tę dość mało prawdopodobną opowieść. Do trumny i wścibskiego dziennikarza dołączają przedstawiciele ambasady izraelskiej  konsulowa i jej mąż (dość specyficzni), sympatyczny kierowca, który poradzi sobie z każdą nawet najbardziej niemożliwą do przewidzenia sytuacją na rumuńskiej drodze, oraz zbuntowany nastoletni syn zmarłej. Cel podróży: rodzinna wioseczka Julii, w której mieszka także jej matka, babcia chłopca. Ponieważ kadrowy jest egoistycznym, nastawionym na zysk, dbającym tylko o siebie facetem, na początku zależy mu tylko i wyłącznie na zdobyciu stosownych podpisów pod papierami, bez których on sam nie może powrócić do kraju. Ale jak można się domyślać z każdym przejechanym kilometrem prowadzącym w głąb Rumunii główny bohater także zaczyna podróżować w głąb siebie, że użyje górnolotnej frazy i odkrywać siebie samego sprzed lat, czułego, empatycznego faceta, któremu nie chodzi tylko o sprawy materialne i formalności. Podróż przebiega burzliwie i jest pełna przeszkód. Różnymi środkami transportu przyjdzie bohaterom podróżować i różne roszady personalne będą miały miejsce...
Brzmi to być może banalnie, ale historia jest tak sympatycznie opowiedziana, że to się po prostu dobrze ogląda i właściwie mało ważne jest to czy się w ową przemianę bohatera wierzy czy nie:)
Nie wiem czy to przemawia na korzyść czy na niekorzyść filmu, ale jest on mało izraelski, w swym klimacie przypomina bardziej kino francuskie, czy inne europejskie.  Może bałkańskie, może troszkę Kusturicą zawiewa. Jednym słowem milusio. Nie jest to film wybitny, ale na ciepły, letni wieczór w sam raz:)
P.S tego reżysera mam jeszcze film "Syryjska narzeczona", ale niestety brak napisów:(

Free Zone, reż: Amos Gitai


Na ten tytuł zwróciłam uwagę także będąc na fali uwielbienia dla "Drzewa cytrynowego". Oba tytuły łączy aktorka Hiam Abbass. Niestety spotkało mnie sromotne rozczarowanie i właściwie mam ochotę po prostu napisać: nie oglądaj, szkoda czasu, ale chcąc być sprawiedliwą napiszę kilka słów (tylko czy potrafię tak w kilku słowach?).
Młoda amerykanka Rebbeca w tej roli Natalie Portman  obecnie mieszkanka Izraela po trudnym rozstaniu z mężczyzną swojego życia wsiada do taksówki i prosi by ją zawieźć jak najdalej od miejsca rozstania. Za kierownicą siedzi Hanna, która zamiast męża musi załatwić ważną sprawę na terenie Jordani, w której znajduje się tytułowa wolna strefa. Nie ma ochoty na pasażera z samochodzie. Godzi się jednak zabrać spłakaną Rebbecę i obie panie ruszają w drogę. Hanna zajmuję się wraz z mężem handlem opancerzonymi samochodami właśnie jedzie odebrać pieniądze, które jest im dłużny pewien tajemniczy Amerykanin. Okazuje się to dość trudne, bowiem główny powód tej długiej podróży zniknął, pozostawiając w docelowym miejscu jedynie swoją palestyńską małżonkę. Izraelka, Palestynka i Amerykanka żydowskiego pochodzenia (po ojcu, czyli dla Izraelitów nie jest Żydówką), duże pieniądze i motyw drogi, wędrówki,  który można ograć na tysiąc sposobów taki układ stanowić może ciekawy zaczyn na naprawdę dobre kino. Niestety wyszedł obraz pretensjonalny, silący się na kino ambitne, nowatorskie. Jest tyle sposobów żeby w interesujący sposób opowiedzieć to co wydarzyło się zanim panie się spotkały, a reżyser sięgnął po retrospekcję wyświetlające się w tle głównego obrazu. Niby nic takiego się nie stało, ale sprawiło to (na mnie) wrażenie sztuczności i przekombinowania. Ja już wiedziałam, że niestety nie mam do czynienia z kinem wybitym, ani nawet dobrym, a z przebierańcem. Potem jest tylko gorzej, nawet pojawienie się mojej ulubionej aktorki nie zmniejszyło negatywnego nastawienia do filmu. Akcja jest niespójna, historia pomimo wszystkich elementów nie składa się w całość. Jedyne dwie naprawdę dobre sceny, które szczerze zapadają w pamięć, to scena otwierająca i zamykająca film.
Amos Gitai za ten obraz był nominowany do Złotej Palmy w Cannes. Nie wiem, nie rozumiem z jakiej racji i za co. Chyba za temat. Nic poza tematem (niewykorzystanym) i grą aktorską (nie można aktorkom odmówić kunsztu gry) nie pozostało w pamięci i sercu oprócz irytacji i żalu za straconym tematem. Jakże mi przykro!

"Mabul" (polski tytuł "Potop", 2011), reż: Guy Nattiv


Trzecim filmiem, obajrzanym jako pierwszy jest "Mabul". Gra w nim aktorka, którą z poczatku kojarzyłam z jednego filmu, a potem okazało się, że z jej udziałem widziałam tych filmów jeszcze dwa, oba godne jak najwyższej uwagii. Specjalnie o "Mabul" piszę w ostatniej kolejności, ponieważ ten tytuł i nazwisko aktorki będzie punktem wyjścia do II części małego przeglądu filmowego, na który składać się będą filmy obejrzane wcześniej, nie tylko te z Ronit Elkabetz w roli głównej. 

Rzeczona Ronit Elkabetz gra w "Mabul" matkę chłopca i żonę swego męża. Rodzina mieszka w małym miasteczku, w którym nie dzieję się nic. Ona pracuje w przedszkolu i widać, że praca sprawia jej ogromną radość. On ojciec chłopca pracuje jako pilot małych samolotów i spryskuje pola. Latanie jest jego pasją. Przedmiotu pasji samolotu i latania zostaje na swoje własne życzenie pozbawiony. Przez alkohol zostaję odsunięty od czynnego latania. Jako, że nie bardzo umię się odnaleźć w pracy naziemnnej snuję się z kąta w kąt, zapadając gdzie popadnie w drzemkę. 13 letni syn chodzi do szkoły i przygotowuje się do Bar-Micwy. 
Nie wygląda na to żeby miał przyjaciół. Uznanie wśród uczniów zyskuje odbrabiając za nich zadania domowe. Nie robi tego za darmo. Dzięki temu ma własne pieniądze, których w domu nie ma zbyt dużo. Szkolne życie nie jest dla nastolatka łatwe. Prześladuje go kilkoro starszych chłopców, a i przygotowania do Bar-Micwy idą mu z wielkim trudem.  Każdy z członków rodziny żyje po swojemu, nie ma między nimi ciepła, ani potrzeby bliższego, szczerego kontaktu. Żyją jedynie obok siebie. W tą bezpieczną stagnację wdziera się rewolucja w postaci starszego syna, który dotychczas mieszkał w zakładzie zamkniętym. Rodzice oddali go 12 lat temu, ponieważ nie potrafili sobie poradzić z jego chorobą.  Chłopak jest autystykiem. Nie ma z nim kontaktu, nie mówi, nie potrafi o siebie zadbać, potrzebna mu całodobowa opieka. Niestety (albo właśnie stety) ośrodek zostaje zamknięty i starszy syn wraca po wielu latach nieobecności do obcych miejsc i ludzi. Taka zmiana dla autystycznego chłopca i dla reszty rodziny jest traumatycznym wydarzeniem, które wprowadza totalny chaos w poukładany, zatęchły rodzinny światek. Nie ma wyjścia, trzeba się na nowo zorganizować, na nowo ze sobą zacząć komunikować. Rodzina, każdy z osobna musi zmierzyć się z własnymi ograniczeniami, przyzwyczajeniami, musi zacząć nazywać rzeczy po imieniu, a nie chować się za absorbującą codziennością. Nie jest im łatwo...ale w końcu musi coś pierdyknąć i odblokować tych ludzi tworzących rodzinę.
To nieśpieszny, spokojny, wbrew tematyce ciepły, pięknie skadrowany obraz  i ŚWIETNIE zagrane role. Wszyscy stanęli na wyskości zadania. Na szczególną uwagę zasługują chłopcy grający synów starszy Michael Moshonov i młodszy Yoav Rotman.
Może brakuje trochę tempa, ale taka jest dynamika obrazu. Warto obejrzeć, choćby dla ostatnich kilunastu minut.  Mocna końcówka swoim klimatem przypominająca trochę "Co wiesz o Elly".

Część druga w następnym poście:)
Pozdrawiam serdecznie.

4 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Widziałam widziałam swoje miejsce znajdzie w części drugiej małego przeglądu filmowego:)

      Usuń
  2. Oglądałam "Misja Kadrowego" jakoś przypadkiem trafiłam na ten film, podobnie tak jak Tym szukając czegoś w necie. Trochę mroczny jest ale przyjemnie się go oglądało. "Drzewa cytynowego" jeszcze nie oglądałam. Zaraz oblookam na filmwebie co to i czy warto. Podejrzewam, że tak;)
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Drzewo cytrynowe" to obok "Róży" i "Nietykalnych" najlepszy i najważniejszy film roku 2012 (póki co). Był moment, że film był dostępny na Iplaxie, ale szybko znikł. Ja go widziałam na Kulturze, ale pewnie można go spiracić (ciii)

      Usuń