"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

wtorek, 23 sierpnia 2011

Proza gęsta jak gaszcz, w który warto dac sie wciągnąc, czyli "Ludwig" Davida Albahari

To nie było moje pierwsze spotkanie z Davidem Albahari. Wcześniej przeczytałam jego książkę "Mamidło", która zrobiła na mnie kilka lat temu duże wrażenie. Z tym większą radością i oczekiwaniem zabrałam Ludwiga ze sobą do domu z bibliotecznej półki. Dopiero siedząc na własnej kanapie, przyjrzałam się książce bliżej i zauważyłam, że nie ma ona rozdziałów, ani nawet akapitów!
 Przeraziłam się. W tym przestraszeniu zupełnie zapomniałam, że "Mamidło" miało taką samą formę i nie stanowiło to dla mnie najmniejszego problemu:) Nie pomna wcześniejszego pozytywnego doświadczenia nie byłam pewna czy dam radę książkę przeczytać. Nie potrafię kończyć czytania gdziekolwiek. Źle się z tym czuje.
 I nawet podjęłam decyzję, że odpuszczam, ale ręce same wędrowały w stronę książki. Czułam do niej niepowstrzymany pociąg, niemalże organiczny! Postanowiłam zaufać intuicji i dać Ludwigowi szansę. Późną bardzo nocą książkę otworzyłam z myślą: zobaczę, czy wejdę w nią, zobaczę jak się czyta... (tak, to jest jedyny plus bezrobocia skorelowanego z byciem skrajną sową, że czytać można w czasie kiedy przykładni obywatele karnie śpią)

No i weszłam, w słowa, zdania po pas. Wciągnęło mnie natychmiast. Czułam się jak koń Artax wciągany przez bagno z "Niekończącej się opowieści". Byłam zupełnie bezradna wobec mijającego czasu, wobec zbliżającego się świtu i wobec zamykających się oczu. Musiałam czytanie przerwać. Zrobiłam to z wielkim bólem i z Ludwigiem w głowie udałam się na spoczynek. Gdyby nie tak późna, albo tak wczesna pora (jak kto woli), nie wyszłabym z powieści do ostatniej strony. Wciąga, bowiem jak narkotyk:)
Z drżącymi rękoma i zachłannym wzrokiem dnia następnego wróciłam do książki. Obstawiłam się jedzeniem i piciem. Wiedziałam, że przez najbliższe dwie godziny będę pomieszkiwać w zupełnie innym świecie. W świecie, w którym atmosfera jest gęsta jak gąszcz, w którym język oplata jak bluszcz i nie wypuszcza.
Znikłam dla świata na te dwie cudowne godziny. Nie można było do mnie nic mówić, o nic pytać.
Zazwyczaj czytaniu towarzyszy mi muzyka, niezobowiązująca muzyka. Świetnie sprawdza się Oldfield, czy Smolik, którego miałam zamiar cichutko sobie puścić jako tło. Ale nie tym razem. Tym razem nie byłam w stanie słuchać niczego co znam, rozpraszałam się natychmiast. A podczas gryzienia, przeżuwania takiej literatury (w dodatku bez akapitów), bardzo łatwo wyjść z czytania. A to bolesne jest. W sukurs przyszli mi panowie Bach, Mozart i inni. Składanka z muzyką poważną idealnie się sprawdziła. Zagłuszała zbędne rozpraszające dźwięki, domu, klatki i osiedla, jednocześnie nie zagłuszając mojego toku czytania. Książki tej nie da się ot tak sobie odłożyć  w celu udania się do toalety, czy zalania ostygającą wodą zielonej herbaty. Samemu trzeba wyznaczyć sobie moment wyjścia na chwilę ze zdań, najbardziej dogodny. Gorzej, że tam nie ma dogodnych momentów. Zdania się ciągną, splatają jak sznureczki. Wchodzą niepostrzeżenie w następne. Nie żeby było ich na stronie aż tak dużo. Oj nie. W żadnym razie. Na jednej stronie znajdowały się zazwyczaj po dwa zdania, ale za to jakie! Zdanie wielokrotnie i wielokrotnie złożone. Cu-do-wny potok słów. Jeśli lubisz konkret w języku i wypowiedzi- odradzam:)

Nie napiłam się więc  tej zielonej herbaty, a i mało nie doprowadziłam do zawstydzającej katastrofy z przyczyn fizjologicznych. Ktoś niewtajemniczony rzecz może: trzeba było iść z książką do toalety. Dokonać niezbędnych czynności nie przerywając prawie lektury. No owszem można, ale nie z tą książką. Istnieje bowiem ryzyko, że się zostanie tam w toalecie by dokończyć chociaż, zdanie, a potem stronę i znowu zdanie, które rozpełzło się niepostrzeżenie na następną stronę. I tak trzeba by do końca książki. A to nie przystoi tyle czasu spędzać w WC:)  Nie z tą książką na kolanach:)
Ty, który to czytasz, zadasz sobie zapewne (może już nawet lekko poirytowany) pytanie: no ale o czym to jest do cholery! Piszę i piszę i nie wyjaśnia!
Ano właśnie, fabuła jest tak prosta, że można ją streścić w kilku zdaniach: 

a) bohaterami są dwaj pisarze- młodszy Ludwig, starszy "S". Przyjaźnią się od kilku lat.
b) młodszy Ludwig kradnie powieść S. A, że powieść istnieje jedynie w głowie S, na etapie pomysłu, którym S dzieli się z Ludwigiem kradzież zostaje dokonana w bardzo subtelny, nie do udowodnienia sposób. W dodatku Ludwig upokarza S na kilka jeszcze innych, mniej subtelnych sposobów. W rezultacie Ludwig osiąga  niebywały sukces, jest wielbiony przez tłumy, nie tylko w kraju i za jego granicami, a S pozostaje nikim, i to takim nikim, którym pogardza cały kraj.
c) miejsce akcji i trzeci główny bohater miasto Belgrad. Miasto- potwór, miasto- niewdzięcznik, miasto- kilkumilionowa prowincja, nosząca po swej ziemi głupich ludzi.
d) książka składa się z ciągnącego się przez 183 strony monologu starego S, która wspomina czas przyjaźni z Ludwigiem.
Tylko tyle, i aż tyle...

I to cała fabuła, cała akcja. Proste? No proste. Ale ta prostota jest tylko pozorna, bowiem historia się komplikuje, zapętla, nabiera kolejnych znaczeń, otwierają się kolejne szuflady, a z tych szuflad wyskakują kolejne mniejsze szufladki. 
Czytelnik, czyli ja zadaje sobie szereg pytań (tzn. potem, bo podczas czytania wszelka myśl wyrywa z transu i uniemożliwia czytanie), kim jest Ludwig, kim jest S i czy ta więź, która ich łączy to na pewno tylko przyjaźń? Pytania dotyczą obu panów, bowiem miałam wątpliwość  zarówno co do prawdziwości uczuć i intencji Ludwiga wobec S, jak i co do czystości uczuć przyjacielskich S wobec Ludwiga. Nasuwa się myśl najprostsza, że to co ich łączy to miłość homoseksualna. S zbyt gorliwie i zbyt często zaprzecza jakoby łączyło ich coś więcej niż relacja przyjacielska, żeby mu wierzyć. Bo czyż przyjaciele dyskutują, tak jak bohaterowie siedząc w  wannie? Czyż w męskiej przyjaźni na porządku dziennym są takie czynności:

"...podawałem Ludwigowi solidnie posłodzoną lemoniadę i szykowałem się do wymasowania mu karku, ramion i całej reszty"

Nawet gdyby jeden z przyjaciół był zawodowym masażystą, to masaż, jeśli w ogóle miał miejsce w męskiej relacji dotyczyłby ewentualnie karku. Co do pleców mam już poważne obiekcję.
S z uporem maniaka powtarza, że do niczego więcej nie doszło i pewnie nie doszło, ale podejrzewam, że tylko dlatego, że Ludwig nie pozwolił na dalszą zabawę. Bo już na 13 stronie dowiadujemy się, że:

"Zresztą jest całkiem możliwe, że kobiety go wcale nie interesowały , ani też mężczyźni, to akurat wiem, nie ważne skąd, pewnych spraw nigdy nie należy ujawniać..."

Wnioskuje więc, że skłonność homoseksualna nie była do końca obustronna. Inne zachowania jakie S przejawia wobec Ludwiga, także nie noszą cech czysto przyjacielskich i w innych aspektach. S darzy Ludwiga absolutnym uwielbieniem. Pozwala siebie nazywać jedną literą alfabetu, chociaż w jego imieniu, ani nazwisku nie ma tej litery. Zostaje zredukowany do jednej litery, w dodatku w żaden sposób z nim nie związaną. Czy dla Ludwiga ma znaczenie w ogóle kto z nim przebywa większość czasu, kto zabawia, kto mu umila czas, kto w końcu jest jego nie tylko towarzyszem, z którym można podyskutować, ale właściwie już przede wszystkim sekretarką redagującą jego nie najwyższych lotów teksty, sprzątaczką, gospodynią i masażystą? Już w pierwszym dniu bliższej znajomości S świadomie, bądź nieświadomie ustawia się w pozycji służalczej, sprzątając mu zapuszczone do granic możliwości mieszkanie.

Po co S tkwi w tej relacji, skoro ona mu nic nie daje? A któż powiedział, że nic nie daje? Każda relacja, nawet ta najbardziej poniżająca daje coś obu stronom. Inaczej nie tkwilibyśmy w chorych, krzywdzących, toksycznych związkach i relacjach. I nie inaczej było w przypadku S. Dzięki temu, że przyjął zasady gry narzucone i wygodne tylko dla Ludwiga mógł przebywać w jego otoczeniu, cieszyć się jego ciałem, jego obecnością. Z wdzięcznością godną lepszej sprawy przyjmować okruchy uwagi i zainteresowania. Oddać się w całości drugiemu człowiekowi. S pochlebiało to, że mógł opowiadać zachwyconemu Ludwigowi, o książce, którą chcę napisać. Cieszył się, że te opowieści poprawiają mu skutecznie humor, że jego twarz się rozjaśnia. I to za czyją sprawą-zadawał sobie pytanie S? Ależ to ja, to ja to sprawiam. To moje słowa spija Ludwig z ust, to moje słowa spisuje w notesiku. I nie przyszło S ani przez chwilę do głowy, że Ludwig wykorzystuję jego naiwność i oddanie, żeby to wykorzystać przeciwko niemu. Po niedługim czasie bowiem S dostaje do ręki książkę złożoną z jego pomysłów, a nawet dosłownie ze zdań przez niego wypowiedzianych. I tu już nie ma odwrotu. Przyjaźń rozsypała się jak domek z kart, nie ma już czego zbierać.
Jednak czy naprawdę S zamyka rozdział pt: Ludwig? Nie, nie zamyka. Wciąż o nim myśli, opowiada i o nim śni.

"...brzydzę się Ludwigiem, powiedziałem później do mojej żony, ale ona nie chciała mnie słuchać. Nie wiem, co gorsze, wyznała mi kiedyś, tamten czas, kiedy wciąż przebywałeś z Ludwigiem i niemal w ogóle mnie nie widywałeś, czy ten obecnie, kiedy go nie widujesz, ale za to nie przestajesz o nim mówić..."

Miałam jeszcze nadzieję, że S zna odpowiedź na to pytanie, wie, że teraz czas bez Ludwiga, z żoną jest czasem właściwym w życiu, że uwolnił się spod wpływu "przyjaciela", że obsesja minęła. ale nie już w następnym zdaniu czytamy co na ten temat myśli S:

"...Nic jej nie odpowiedziałem, chociaż było dla mnie jasne, który czas był lepszy, tyle że miałem też całkowitą jasność, iż nic z tego nie mam. Wspomnienia są jak powidła: po pierwotnej słodyczy zostaję tylko lepkość wokół ust"

Tak naprawdę S boryka się sam ze sobą. Sam musi siebie upominać, stawiać do pionu, żeby nie rozsypać się na małe kawałeczki i nie wybaczyć Ludwigowi. A jest co wybaczać: kradzież książki, późniejsze upokorzenie na oczach mieszkańców Belgradu, oraz bardzo prawdopodobne uwiedzenie żony. Tego jednak, czy miało to zdarzenie miejsce pozostaje zagadką. S kilka razy jest bliski wybaczenia krzywd i sam nawet odczuwa poczucie winy.

I można zadać sobie pytanie dlaczego Ludwig się tak podle zachował, kim trzeba być żeby tak brzydko postąpić z drugim człowiekiem? Można nazwać Ludwiga okrutnikiem, a S jego ofiarą.
Ale ja bardziej skłaniam się w stronę pytania: dlaczego S był takim głupcem, takim słabym człowiekiem żeby bez refleksji stawiać się w roli ofiary, pozwalać się wykorzystywać, godzić się by Ludwig traktował go jak podnóżek. Kradzież książki wydaję mi się być tylko wierzchołkiem góry lodowej i niejako konsekwencją. Nie usprawiedliwiam rzecz jasna postępowania Ludwiga! Twierdzę jednak, że ludzie się odnajdują nie bez powodu, że spełniają wzajemnie swoje nieuświadomione potrzeby, także, jakkolwiek to zabrzmi w relacji kat-ofiara.

 Treść książki można potraktować dosłownie, ale można także zadać sobie pytanie: kim jest Ludwig i czy ta postać w ogóle  jest rzeczywista, czy nie jest tylko chorym tworem wyobraźni S, czy ogóle istnieje?
Czytając o uwielbieniu jakim był obdarzany przez masy, przez mieszkańców Belgradu, całego kraju i świata miałam poważne wątpliwości, czy w jakimkolwiek kraju, a już tym bardziej na  świecie jakikolwiek człowiek pióra mógł zyskać status takiej gwiazdy, półboga niemalże? Ciężko mi to sobie nawet wyobrazić.
Zastanawia mnie także stosunek S do Belgradu. W jego wspomnieniach miasto to jawi się jako wielki potwór, czyhający na każde jego potknięcie. Miasto zdemonizowane do granic. Zagłębiając się w te obsesyjne wizje miasta-ludożercy miałam poważne wątpliwości co do stanu umysłu S. Nie chcę mi się wierzyć, że mieszkańców miasta, wszystkich pospołu tak bardzo interesuje sprawa dwóch pisarzy i ich konfliktu. Skandalizującej piosenkarki możliwe, ale pisarzy? W sumie chciałabym żyć w takim mieście, w którym najwyższym uwielbieniem obdarzano by ludzi piszących.

Wielki ukłon w stronę tłumaczki Doroty Jovanko- Cirlić się należy, która z takim wyczuciem przełożyła tą gęstą, duszną prozę. Trzeba nie lada talentu żeby przetłumaczyć taką literaturę. Nie wiem jak czyta się oryginał, ale mam wrażenie, że został zachowany rytm powieści, nastrój, a dodatkowo obok przemyśleń i sensów przekazanych przez autora, mamy tutaj kontakt z pięknym językiem polskim. Płynie się po kartach powieści, unosi wraz ze słowami. To tak jakby napisać w jakimś sensie nową książkę:)

Szczerze powiedziawszy proza ta wzbudziła mój zachwyt najbardziej od strony językowo-stylistycznej, jasne, że zastanawiałam się nad naturą człowieka, ale był to namysł czysto rozumowy, emocję budził przede wszystkim forma i język. Nie wiem jak to wyjaśnić.

Pióro Albahriego kojarzy mi się z pisarstwem W.G Sebalda, w jego "Austerlitz" wsiąkłam w podobny sposób. Może jest trochę mniej mroczna od Ludwiga, mniej duszna. I Sandor Marai mi właśnie przyszedł do głowy. Skojarzenia pewnie będą różne, tak jak jesteśmy różni, my czytelnicy.
Dla mnie to olśnienie, może nie na miarę książki roku, ale dawno mi się tak dobrze nie mieszkało w jakiejś książce, dawno tak nie wsiąkłam w słowa, słowa, słowa...po prostu magia.
Jednak mam świadomość, że nie każdemu ta książka przypadnie do gustu i serca. Ale warto spróbować, nawet jeżeli wydaje nam się, że to nie dla nas. A nuż...?

Na stronie Czarodziejska gora cytatów zamieszczam cytaty z 'Ludwiga"
http://czarodziejskagoracytatow.blogspot.com/

"Ludwig"
David Albahari
Wydawnictwo W.A.B
seria: Don Kichot i Sancho Pansa
Wydanie I
Warszawa 2010
stron: 182







3 komentarze:

  1. Widzę, że książka Cię poruszyła. Dziwna, interesująca. Nie słyszałam nawet o niej. Skąd wyszukujesz takie lektury?:)

    OdpowiedzUsuń
  2. A stała sobie na nowościach w bibliotece. Zaraz umieszczę informację jakie to wydawnictwo:) Trafiłam na tego autora kilka lat temu. "Mamidło" wzięłam do ręki przypadkowo. Wiedziałam tylko tyle, że książka jest o Żydach i to mi wystarczyło:)
    Nawet nie widziałam, że wydał następną, więc się mile zaskoczyłam.
    Książkę czyta się, pomimo ciężkości błyskawicznie. Ja miałam 2 podejścia. 1/3 w godzinę i na drugi dzień 2 h i już.
    Cieszę się, że pochyliłaś się nad tym dłuugaśnym postem. Może kiedyś się nauczę pisać krótsze:))

    OdpowiedzUsuń
  3. I znowu muszę napisać w komentarzu, że pierwsze słyszę o tym pisarzu. Czasami właśnie takie odkrycia, bywają zaskakujące. Z chęcią zapoznam się z tą książką.

    OdpowiedzUsuń