"Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki"
Ingeborg Bachmann

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Zima stulecia, kozaki Relax i lalka Barbie-oglądam się za siebie, czyli post bez końca:)


"Już nigdy nie będzie takiego lata (...)
 nigdy nie będzie takich wędlin
 Takiej coca-coli
 Takiej musztardy,
 I takiego mleka (..)
 Nigdy nie będzie takiej telewizji,
 Takich kolorowych gazet..."
"Finlandia" Świetliki:)

Jako,że poprzedni post o smakołykach z czasów dzieciństwa Wam się spodobał będzie dalszy ciąg:) Na początek zaznaczam, że jeśli chodzi o zdjęcia to korzystałam z dobrodziejstw internetu:)

Urodziłam się podczas zimy stulecia...

Jak widać ludzkość jakoś sobie radziła:)
 Większość zapewne miała na nogach kozaki-cud Relaxy (nigdy już potem nie trafiłam na cieplejsze obuwie) Na szczęście bardzo szybko zostałam posiadaczką ślicznych dziewczęcych czerwonych kozaków na lekkim nawet obcasiku. Rany jakie one były cudne! To były fantastyczne Mikołajki kiedy zamiast prezentu schowanego starą tradycją w bucie znalazłam buty jako prezent:)

to na szczęście nie te śliczne kozaczki Mikołajkowe:)

Na nogach się miało kozaki a na kilkuletnim korpusiku kożuszek, ale taki, co to się w nim wyglądało jak miś albo baranek. Pamiętam go dokładnie:)
A pod spodniami albo pod spódniczką nosiło się rajtuzy. Nie rajstopki, ani nawet rajstopy, to były rajtuzy! Rajtuzy nawet nazywają się nieprzyjemnie i w brzmieniu samo słowo jest jakby bardziej chropowate. Nienawidziłam ich szczerze, zawsze były dyskretnie za małe i lekko wisiały w kroku, w dodatku trochę drapały brr. Czy Was też rodzice ciągle podszczypywali po nogach podczas ich nakładania? Nie myślcie sobie ci, którzy szczęśliwie nosili już rajstopki, że moi rodzice byli jacyś okrutni i z wrednym uśmieszkiem dużego człowieka szczypali po nogach tego małego. Nie! Ci, którzy doświadczali procederu (w zimie stanowczo zbyt częstego) nakładania na małe i większe nóżki rajtuz wiedzą, że elastyczność nie była ich mocną stroną, wręcz przeciwnie były niemiłosiernie sztywne:)
Wszystkie dziewczynki marzyły o komplecie czapka i szalik w różnych kolorach z trzema paskami i z logo kangurkiem:
Oryginalny komplet był dość drogi, dlatego musiałam się zadowolić podróbą:(

Po zimie zazwyczaj przychodzi wiosna a po wiośnie lato (przynajmniej w latach 80-tych był zachowany ten porządek-teraz różnie z tym bywa) i przełomowym momentem, od którego zaczynał się sezon letni była zgoda rodziców na przesiadkę z rajtuz na podkolanówki. Cóż to było za szczęście móc ubrać do przedszkola kolanówki! One zazwyczaj były białe i miały wzorki były bardzo charakterystyczne. Na pewno je pamiętacie. Niestety nie mogę znaleźć żadnego zdjęcia:( Obiecuje, że w najbliższym czasie przekopie zdjęcia i znajdę siebie w tych podkolanówkach:)

Na rozpoczęcie roku szkolnego obowiązkowa była plisowana granatowa spódniczka, biała bluzka, rzeczone podkolanówki, albo białe rajtuzy, nieodłącznym elementem był na zakończenie roku kwiatek-goździk:) A w zwykły dzień szkolny nosiło się fartuszek


O rany to mój fartuszek jest! Miałam identyczny. Na szczęście przymus ich noszenia był tylko do końca lat 80-tych, czyli ja się męczyłam w fartuchu jakoś do III klasy. Na plecach targałam tornister. Jeszcze w pierwszych latach podstawówki był on ze skóry, ciężki sam w sobie, potem na początku lat 90-tych nastąpił wielki szał na pierwsze plecaki z materiału zamykane na takie plastykowe zatrzaski.

klasyka

Przez drugie pół roku szkolnego trochę się nanosiłam na plecach tego tornistra, bowiem w połowie roku się przeprowadziłam i musiałam dochodzić do szkoły. A był to spory kawałek. Drogę tę dzielnie pokonywałam sama! Nie bano się mnie puszczać, pomimo tego, że po drodze były dwa przejścia przez jezdnie. Ot czasy:)
Do drugiej klasy poszłam już do nowej szkoły (to nie był myślę dobry pomysł) typowej tysiąclatki (stara szkoła cieszyła się mianem najstarszej w mieście, mieściła się w starym klimatycznym budynku z mosiężnymi drzwiami zupełnie nieprzystosowanymi dla małych człowieczków), za to nowa szkoła znajdowała się jakąś minute od mojego domu. Mogłam na nią spoglądać z okna. Notorycznie się więc spóźniałam (w starszych klasach), bowiem wydawało mi się, że wystarczy mi 20 sekund, potem 10 sekund na dotarcie do niej:) A poza tym chyba jakoś niespecjalnie mi się do niej spieszyło:))

takimi kredkami się robiło pierwsze szlaczki w pierwszej klasie. Tak, tak uprzedzę Was były jeszcze kredki Bambino i później trochę mazaki:)

 Taka plastelina-prawdziwy rarytas!
jeszcze się załapałam na ostatnie chwilę kleju w takiej postaci. Niedługo potem już był dostępny taki w tubce, co się zwał "biurowy"

ktoś mi buchnął moją książkę czy jak?!


Pamiętacie?

Długo marzyłam o takim piórniku. W końcu go dostałam. Potem był szał na zamykane na zamek piórniki z wyposażeniem. W końcu się doczekałam był z obrazkiem My Little Pony:) Niestety musiał mi wystarczyć taki bez wyposażenia bez bocznych skrzydełek, jednopiętrowy. Ale i tak był szał, był szaał:)

W piórniku tym niektórzy mieli długopis-kilka kolorów. Najprawdziwszy hit:)



Nieliczni ci, którzy mogli wykazać się starannym pismem mogli pisać piórem Zenit. Jak to pisało!
klasa.klasa! Ja niestety robiłam kleksy, dlatego pisałam długopisem firmy Zenit:) Królestwo za takie pióro! Długopis Zenit miał kilkanaście wcieleń.

pierwszą rzeczą jaką się robiło zaraz po podpisaniu zeszytów to własnoręczne robienie marginesów:)

Takich cudów już nigdzie się nie uświadczy:)

miałam tylko raz taką odznakę:)

Tych niekoniecznie wzorowych uczniów Dzienniczek ucznia napawał lękiem:) Miałam taki z kaczuchą)


Każdy uczeń, zwłaszcza wzorowy wpłacał pieniążki na książeczkę SKO (Szkolna Kasa Oszczędności). To taka nauka ekonomii:)

No dobrze wróćmy więc do domu. Popatrzmy jakie tam cuda niewidy były:)
U babci dostawało się obiad zrobiony na przykład  w prodiżu. Pamiętacie taki sprzęt?
pranie robiło się w pralce Frani...a to już wyższy level. Posiadali nieliczni:)
Oglądało się czarno-biały świat w:
normalnie mój:)

Potem mieliśmy szczyt radzieckiej techniki telewizor Rubin. Oglądało się go, a w głowie tłukła się myśl-zapytanie: wybuchnie czy nie wybuchnie? pamiętacie one te telewizory lubiły wybuchać, chyba w ramach sabotażu sąsiedzkiego (znajomej mojej ciotki wybuchł rzeczony Rubinek i spaliło się pół domu) po tej historii poziom adrenaliny podczas oglądania wespół zespół z kortyzolem wzrósł niebezpiecznie:)

oto on: wybuchowy telewizor:)

Jako, że w ówczesnym programie tv nie było zbyt dużo propozycji słuchało się radia (wersja krótka)

moje radio!
i wersja wydłużona. Też taki mieliśmy:)

 albo jeśli było się szczęśliwym posiadaczem kasetowca Grundig albo Kasprzak kaset.

maniakalnie się na niego nagrywaliśmy z kuzynem

Potem Grundig miał kolejne swoje wcielenia jeszcze bardziej profesjonalne. W pierwszych latach 90-tych przyszedł szał na tzw jamniki. (ja mam to szczęście, że słuchałam całych audycji-mało świadomie rzecz jasna-jeszcze ze szpulowca i nie mogę odżałować, że został wywalony na śmietnik razem ze szpulami buuu)

nasz jamnik był koreański i nazywał się bodajże fanasonic hihi

Kolejny cud techniki! Można było słuchać muzyki zawsze i wszędzie. I pomyśleć, że jest to już zabytek nad zabytkami:) Ależ ja marzyłam o walkmanie! dłuuugo. No szpaaan był!

A kiedy przychodziły chłodne zimowe wieczory grzaliśmy się farelkami (nasza żywot swój zakończyła zupełnie niedawno)
nasz model był niebieski
Inne źródło ciepła:

mieliśmy identyczny tylko niebieski. U babci jeszcze był odkurzacz ręczny Kasie:)

A teraz coś z zupełnie z innej beczki:
Taką maszynę miał mój tato. Pisał na niej doktorat i różne swoje rzeczy. W II klasie na Dzień Ojca trzeba było napisać wypracowanie o tacie i ja napisałam między innymi, cytuje z pamięci: "Mój tato pisze naukowe bzdury na maszynie i lubi The Police". Bawi nas ta fraza do dziś:) Potem ja stukałam na maszynie i czułam się strasznie ważna!
A propo taty to:
jeszcze do niedawna golił się taką maszynką. Identyczną! Twierdzi, że taka jest najlepsza, co wcale nie znaczy, że umie się nią ogolić bez krwawej rzezi na twarzy:)

Ci, którzy wyczekali swoje cierpliwie dochrapywali się własnego telefonu stacjonarnego: 
prawdziwy luksus!

My nigdy nie mieliśmy własnego telefonu, ale jak mieszkaliśmy w Domu Asystenta telefon był na portierni. Zawsze można było z niego zadzwonić, a jeśli ktoś dzwonił do nas pani portierka z kresowym akcentem (moja ulubiona pani) wołała do telefonu przez taki specjalny sprzęt. To się chyba nazywało interkom. 
Często się także dzwoniło z takiego aparatu. Pamiętam jeszcze te starsze modele, ale byłam za mała żeby z nich dzwonić:) Większość nie miała telefonu i zawsze się ludzie odnajdywali. A teraz? teraz się już nie da:)

Zestaw podstawowy herbata w szklance i zegarek-hit komunijny! Zegarek ma zapewne budzik, podświetlacz  i co najważniejsze MELODYJKI! Kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt melodyjek:) 
Dziewczynki dostawały taki babski zegarek i wisiorek z Bozią, albo przy dobrych wiatrach złote kolczyki lub łańcuszek, ale nuuuda!


Kawę pili dorośli w tych szklankach, sypaną, z wielkich kopiastych łyżek (uwielbiłam patrzeć jak cukier powoli jest wciągany przez duży puch kawowy) Ale żeby napić się tej kawy musieli sobie jeśli już ją gdzieś upolowali zmielić w:

Strasznie hałaśliwe stworzenie, ale za to jak pięknie pachniało:)
A wodę czasem się gotowało przy pomocy grzałki



A jak my dzieci spędzaliśmy czas wolny? Przed telewizorem? 
Nie! (no chyba, że Teleranek, a wieczorem Za chwilę dalszy ciąg programu) my dzieciaki większość czasu spędzaliśmy na podwórku:) 
Dziewczynki robiły fikołki na trzepaku (ja nie robiłam), grały w gumę, albo w kręconkę. W obu tych dyscyplinach nie byłam najlepsza:) Chłopcy grali w kapsle i zbierali resoraki i żołnierzyki.
 Z wielką przyjemnością się bawiłam samochodzikami kuzyna.Miał ich mnóstwo. Była tam straż pożarna, policją, karetka. Taki świat w mikro wymiarze:)
 Problem w tym, że on chciał się ścigać, bawić w policjantów i złodziei, robić kraksy, a ja tworzyć miasta z komisariatem, szpitalem i samochodami wożącymi rodziny. Krótko mówiąc konflikt interesów:)) Często bawiliśmy się też w dom w namiocie zrobionego z krzeseł i koców. Nie ma lepszej zabawy!
Można się było bawić nie tylko z rówieśnikami, ale także z dorosłymi. Z nimi grało się w gry planszowe Chińczyka, Monopol albo Eurobusness Pamiętam, że na wczasach w 88 roku graliśmy po kilka godzin dziennie w to drugie!
Można było także sprawdzić swoją wiedzę poprzez elektroniczną encyklopedie wiedzy. Pytania wcale nie były proste:) Kochałam to!
Ja jednak najbardziej lubiłam się bawić w sklep. Wyciągało się w szaf ubrania i wszystkie domowe drobiazgi i się sprzedawało. Ależ frajda! No i zestaw edukacyjny mała poczta: moja ukochana zabawa!


No i nie można zapomnieć o kultowej zabawce:
nu pagadi zajec!!
o rany!


Pięękne!
Małe dziewczynki bawiły się lalkami i misiami.
 Takie lalki się woziło w wózkach (miałam czerwony) odrobinkę są one upiorne :)
oprócz misiów lalek były także koty. Miałam bardzo podobnego stwora:
 Z plastikowych zabawek jak byłam zupełnie mała to miałam takiego wielkiego kaczora na kółkach, jeździłam z nim wszędzie (mam gdzieś z nim zdjęcie, znajdę to dorzucę)

Miałam także lalkę Piotrusia, która to lalka miała uwaga...siusiaka!! Zgniła mu głowa bo karmiłam go jak na troskliwą matkę przystało mlekiem. No i niestety trzeba było Piotrusia wyrzucić bo śmierdział okrutnie. Mleko nienajlepiej się sprawdza w głowie lalki:))) 
Była też Kasia. Miś Kasia:) Miś Kasia miała ogólnie przechlapane, bowiem sadystycznie się nad nią pastwiłam. Robiłam jej dziury w pysku, a potem, tym razem jak na profesjonalnego stomatologa przystało wypełniałam je różnymi maziami:)
Czas na lalkę Zuzę. 
Babcia mi ją przywiozła ze Związku Radzieckiego. Była duża (lalka nie babcia) i jak się jej podniosło ręce to chodziła. Skończyła dramatycznie. Chciałam Zuzce założyć czapeczkę na jej dużą głowę. Traf chciał, że czapeczka była malutka i tak się szarpałam z Zuzą, że w końcu jej głowę urwałam. Rozpacz dziecka, które samodzielnie wykończyło ukochaną lalkę jest niewysłowiona:))

Już jako większa dziewczynka marzyłam jak wszystkie inne dziewczynki o lalce Barbie! Żadne tam Diany, czy inne rodzime wynalazki mające zastąpić prawdziwą Barbie nie były w stanie mnie zadowolić:)
Ja doczekałam się jednej Barbie i jednego Kena. Miałam koleżanki, które miały ich po kilka włącznie z domkami i samochodami. Ja miałam jedną skromną sztukę:) Skończyła dość marnie. Wyciągnęłam jej głowę i zrobiłam irokeza. Wisiała ta głowa na ścianę, na tle punkowych plakatów i wycinków z gazet. Taki już los lalki Barbie:) ja coś miałam chyba z tymi głowami?

Miało już nie być żadnych zdjęć, ale nie mogę nie umieścić tej małpki Moncziczi! Kto miał taką samą ręka do góry!!:))

Szukam i szukam i nie ma! A bez gumowej figurki E.T z wyciąganą głową post jest niekompletny!!

Moi drodzy. Zaczęłam wpadać w panikę! Przestraszyłam się, że ten post nie ma końca i ja tak będę to pisać i pisać, aż mi oczy wypłyną na klawiaturę, a w dłoniach i w palcach złapie mnie nieustający skurcz i tak tu zastygnę! A post sam się będzie pisał:)
Tak więc podejmuje w tej oto chwili decyzję, że kończę, że się nie da wspomnieć o wszystkich urządzeniach, zabawkach, akcesoriach. Być może będzie kolejny odcinek? Kto wie?:) A póki co idę sobie stąd do mojego współczesnego łóżeczka  i...męża:))
Uff a jednak KONIEC:)

PRYWATA:

Obiecałam, że pogrzebie w moich zdjęciach i znajdę fotę mej nogi w kolanówię. Niestety nie udało mi się:) Także zdjęcia jak wracam ze szkoły z tornistrem na plecach wygląda inaczej niż sobie wyobrażałam, ale jak już zadałam sobie trud wykopalisk zamieszczę to, co udało mi się wygrzebać:)

Książeczka Zdrowia Dziecka.
W niej to odnotowane jest żem urodzona 2 miesiące wcześniej z wagą 1200 gr i 27 cm WOW, cytując Dziewońskiego ze skeczu o Kubie "olbrzymie bydlę"!

Ja z misiem Kasią (to ta sama misia, której leczyłam zęby) na zdjęciu także wózek, w którym Kasia się ledwo mieściła. Wózek był koloru soczyście czerwonego:)

Niezidentyfikowany obiekt latający się zrobił od lampy:)

Dyplom przedszkolaka- bardzo byłam szczęśliwa, że już nie muszę chodzić do tego miejsca tortur! Żeby było śmieszniej pani obok, której siedzę na zdjęciu (z lewej) okazała się (10 lat później) być mamą mojego chłopaka Marcina. To się nazywa spotkanie po latach!


Zdjęcia E.T nie posiadam. Jedyne jakie mam to takie: dla ludzi ze słabym wzrokiem: E.T siedzi mi na głowie:))


Tu wracam ze szkoły z tornistrem na plecach. Nic nie widać, ale i tak jest śmiesznie:))


I dwa bonusy. Mój tato miał w zwyczaju Smieną 8 cykać setki zdjęć (ojcowie myślę tak mają), ale mój tato dodatkowo nadawał im, tym zdjęciom tytuły np:

to zdjęcie nosi tytuł:

powinnam się obrazić? hihi

a to koszmarne! wiecie jak ciężko się otwierało te drzwi? A one prowadziły do domu!:) O znowu obiekt latający mi się na kolanie zalogował:)

to zdjęcie natomiast nosi uroczy tytuł:

Tato mnie bardzo kocha! Ma poczucie humoru nie ma co! Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nie wyglądam najlepiej:)

28 komentarzy:

  1. Nawet nie wiesz jak bardzo lubię Twoje wycieczki w czasie :) Lalka Barbie to klasyka. Kiedyś jako już starsza dziewczynka kupiłam sobie książkę, która była swoistą wyprawą poprzez dzieje Barbie od początków po współczesność- bardzo ciekawa książka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. ale cię wzięło na wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. kasiu- cieszę się, że dobrze się bawisz na wycieczkach przeze mnie organizowanych:)

    przynadziei: no wzięło, wzięło. Ten poprzedni post o smakach dzieciństwa był nieplanowany- to smak irysków tak podziałał. Miała być tylko o nich wzmianka:) Drugi post już tak sam jakoś wyszedł spod palców:)

    OdpowiedzUsuń
  4. A idź Ty gadzie niedobry! Tylko zerknęłam na chwilę do Ciebie, a tu takie zdjęcia! Kurka blaszka, a ja muszę lecieć! Wpadnę później albo jutro. I se poczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kredki, plastelinę, zeszyt do nut miałam właśnie takie! "Litery" - to był mój podręcznik, tylko nie wiem, co ja robiłam , bo już umiałam czytać wczesniej...Na fartuszek też się jeszcze załapałam, ale góra do 2 klasy, bo w 1 to na pewno jeszcze nosiliśmy. Gierka w łapanie jajek to była podstawa, każdy ze skupieniem pobijał kolejne rekordy...

    OdpowiedzUsuń
  6. najpierw się uśmiałam, potem (przyznam się wyjątkowo) spłakałam ze wzruszenia na ten fartuszek szkolny, odznakę i pióro oraz piórnik chiński. Miałam i taki młynek, chociaż już nie takie szklanki, telewizory i kaseciak Grundig, małpkę, pralkę, wszystko. Oprócz tego buty czeszki, gumki pachnące chińskie i najważniejszy atrybut nowoczesnego ucznia chińskie długopisy ze złotą skuwką lub pióra takiez same. Jak one pięknie pisały. Podkolanówki pamiętam, wiszenie na trzepaku też i granie godzinami w gumę obowiązkowo. Zawału zaraz normalnie dostanę.

    OdpowiedzUsuń
  7. aaa, a spłakałam się przy Małej poczcie. Ech

    OdpowiedzUsuń
  8. A prodiż nadal mam w kuchni, rzadko używam, ale będę musiała się z nim przeprosić, bo on dobrze piekł

    OdpowiedzUsuń
  9. oj akcesoria z mojego wczesnego dzieciństwa:) Jednak uważam, ze lata 80te są najpaskudniejszymi jeśli chodzi o modę, makijaż i fryzury. Totalna porażka;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Rewelacja. U nas szkoła była podzielona na dwa, nieleżące koło siebie budynki. Jeden dla klas I-III i drugi od IV do VIII. I właśnie jak przeszliśmy do drugiego to byłem nadgorliwy i jako jedyny przyszedłem w fartuszku ;> Takie wczesne [i]social suicide[/i], ale chyba szczególnie się tym nie przejąłem.

    Słuchając non stop jakiejś piosenki z kaset na jamniku, usłyszałem jak tato mówił, że w końcu zetrę taśmę. Dopytałem się czy to prawda i kiedy potwierdził, ze zapis magnetyczny podczas odsłuchiwania traci na jakości wstąpił we mnie prawdziwy lęk, że sobie ulubioną piosenkę zetrę – zacząłem ją sobie dozować.

    Walkmana też miałem. Te pierwsze żarły energię jak małe miasta, co rusz trzeba było wymieniać baterie.
    Z początku lat 90. pamiętam jeszcze niemieckie katalogi objętościowo encyklopedyczne, a w nich raj dóbr. Od Amig i Commodore, golarki, zestawy do słuchania muzyki, ubrania, buty, naczynia, krzesła i cokolwiek można sobie wymyślić. Przeglądając je zastanawiałem się skąd tego tyle na świecie i... chciałem wszystko ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Pamiętam wszystkie te gadżety, choć muszę przyznać, że odznaki wzorowego ucznia nigdy się nie doczekałem ;) Dziękuję za odwiedziny i ślę pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Dodam tu jeszcze celem wytłumaczenia i informacji ze musiałam chwilowo zamknąć swojego bloga Z babskiej perspektywy, bo ktoś nadał do mojej byłej pracy, co napisałam w ostatniej notce i mam teraz problemy, kazali mi się z tego tłumaczyć. A to jest przecież ang praca a blog po polsku. Nikomu nie mówiłam, że go mam. Ciekawe kto taki usłużny był?

    OdpowiedzUsuń
  13. jak tylko zacznę znowu pisać dam klucz lub otworzę

    OdpowiedzUsuń
  14. O kurcze! No ale kto taka świnia jest!? To musiała być świnia rodzimego pochodzenia! Ręce opadają!
    A poza tym kogo to obchodzi to są Twoje prywatne sprawy. Ale ludzie to są!
    Mam nadzieję, że szybko się reaktywujesz! Będę czekać i niecierpliwie przebierać nóżkami.
    A tam na blogu z Babskiej nie miałaś linka do drugiego? Nie wlezą i tam jak będą chcieli?:((

    OdpowiedzUsuń
  15. LITERY!!! O matko! na dzień dobry w szkole pierwszy dzień i ten podręcznik, pamiętam!!! jakie zajebiste ilustracje były jakby malowane farbkami, ja chciałam być jak ta ala na okładce, nawet mama ścieła mi włosy tak samo!!! pamiętam jak dziś jak pani opowiadała wstęp do tej książki jakąś historyjkę...A FARTUSZKI- pochwalę moją mamę tutaj- nie ubierała mnie w nie, tylko pięknie stroiła ciuchami z Niemiec. Nie nosiłam tego oraz moja przyjaciółka również przez co miałyśmy ksywe ''strojnisie'' bo kolorowe dresy, spudniczki miałyśmy -dzięki mamo. Lubiłam to!!!! A te lalki z przedszkola buhaaaaaa..spalone twarze, dziwne włosy jak ja walczyłam o lalkę murzynkę- była jedna na półce, każdy chciał się nią bawić bo inna była- normalnie zawody...GENIALNY POST!!!

    OdpowiedzUsuń
  16. Odznaki wzorowego ucznia u nas nie było już, znieśli, A lalki BARBIE- wow, trzeba było mieć trzy nie jedną, oczywiście, koleżanka miała 12ście, pół klasy do niej chodziło oglądać:D Klej biurowy masakrycznie cuchnął- to pamiętam, szklanki hihihihihi obowiązkowe na wsiach, moi dziadkowie takie mieli.

    OdpowiedzUsuń
  17. gra MONOPOL hahahah, całą rodzinką w to graliśmy, kantowałam masakrycznie, bo najmłodsza w rodzinie, nie wiedziałam o co chodzi ale udawałam że wiem i papierkowe pieniądze przekładałam..hihihi ale czad..

    OdpowiedzUsuń
  18. A co to ten telewizorek a na nim pszczółka maja??? o co biega bo coś pamietam, coś dzwoni w pamięci ale dojść nie mogę co to było? wiem że to znałam, widziałam i dotykałam ale cholercia co to było...no ładnie, teraz nie zasnę

    OdpowiedzUsuń
  19. A z plasteliną chińską tą pikną to mam złe wspomnienia..lubiłam ja kochałam aż do momentu kiedy obejrzałam film z Krystyną Jandą ''Kochankowie mojej matki'' za mała byłam na ten film, ale obejrzałam, no i tam scena, jak dzieci w domu dziecka są i jedno z nich dostaje czy bawi się tą chińską plasteliną..ani mamy ani taty tylko ta plastelina...i traume przeżyłam. I pytałam się mamy czy nie odda mnie do domu dziecka i zeby mi tej plasteliny nie kupowała hihihihi

    OdpowiedzUsuń
  20. Monika- z tym telewizorkiem to było chyba,tak, że się coś tam naciskało i to małe okienko obok obrazka się zamykało i otwierało i można było przez nie patrzeć. Ale wiesz co wcale nie jestem pewna:)))
    Rozwaliła mnie historia z plasteliną! Jak to jeden szczegół z filmu nie dla dzieci potrafi zamącić w głowie dziecka. Ja miałam straszny zamęt w głowie po obejrzeniu też polskiego filmu "Yesterday", ale nie pamiętam o co mi chodziło:)
    U nas nie można było przyjść bez fartuszka i jeszcze trzeba było mieć tarcze i to nie tylko na rękawie fartuszka, ale i na kurtce. Na szczęście to była już końcówka. Potem jak można było się ubierać w swoje ciuchy, to wyglądaliśmy wszyscy strasznie! A takie strojnisie bardzo miały w naszej klasie przesrane hihihi

    OdpowiedzUsuń
  21. Ahh :) Mój tata do tej pory goli się taką golarką na żyletki, jak tu pokazałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  22. czytałam ze wzruszeniem,świetnie opisane i tyle zaapamiętałas.koniecznie muszę to pokazak mojemu synowi jak wróci ze szkoły,co by mu nie kupic wiecznie mało,wiecznie narzeka.pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  23. Anonimowy kimkolwiek jesteś!:)

    Dziękuje za dobre słowo. Szczerze powiedziawszy gdyby nie wrodzone poczucie przyzwoitości to ten post liczyłby kilometry:)
    Dawno nie byłam tutaj na tym poście i dopiero teraz widzę, że poznikały niektóre zdjęcia. Nie wiem czy jest jakaś prawidłowość ich znikania, bo przecież były:(. No trudno. Już tu nic nie będę zmieniać.
    A co syna, to to już jest inny świat i nie wiem czy zdołasz go przekonać:) My mieliśmy prościej, bo największe przekleństwo tkwi w ciągłym porównywaniu z innymi, to jest podstawowym źródłem kompleksów, złości i dołów. A my? A moje pokolenie nie miało się za bardzo z kim porównywać. Praktycznie wszyscy (z nielicznymi wyjątkami) mieliśmy duże nic:)
    Jak ja się cieszę, że przyszło mi żyć właśnie wtedy:)
    Anegdotka:

    Mój znajomy nauczyciel języka polskiego w gimnazjum i liceum społecznym jak mu młodzież opowiada, że byli na Malediwach, w Malezji, czy w inne Afryce, on wtedy im mówi, że co jak co, ale oni mogą pojechać wszędzie, ale już nigdy nie odwiedzą krajów, które on zwiedził,nie będzie im to dane za żadne pieniądze dane, choćby nie wiem co! Tj: Związek radziecki, Czechosłowacja...
    Bardzo dobre, bardzo dobre nieprawdaż?
    Pozdrawiam bardzo serdecznie i zapraszam:)

    OdpowiedzUsuń
  24. Niesamowicie miło się czytało i te wszystkie zdjecia
    dziekuje Basieńko za ten powrót do przeszłości
    zapewne wywołał on uśmiech na wielu twarzach...:)

    OdpowiedzUsuń
  25. Sam uzywam takiej golarki- oczywisice z porzadnego metalu i dobrych zyletek. Twoj tata mial racje ze nic tak nie goli.

    OdpowiedzUsuń
  26. O ja cie krece!!!!!!!!!!O ja nie moge jakie stare dobre graty!Napatrzec sie nie moge! Ta plastelina, poczta.Wszystko odlotowe!Az sie cieplo na sercu robi:D

    OdpowiedzUsuń
  27. Łał, ale miło się czytało taki post. Super powrót do starych, dobrych czasów.

    OdpowiedzUsuń
  28. Super, pamiętam prawie wszystkie przedmioty tu pokazane, wiele z nich jeszcze mam ale plasteliny chińskiej nie znosiłam, wolałam tę z krasnalem

    OdpowiedzUsuń